“Gdyby nie wypadek, teraz byśmy nie rozmawiali”. Polak walczy o nagrodę z Mbappe i Richarlisonem

Marcin Oleksy
PressFocus Na zdjęciu: Marcin Oleksy

– Jak tylko oddałem strzał, stanąłem na nogi i poczułem takie “bum”. Adrenalina chyba zaczęła momentalnie działać, bo zacząłem się troszkę trząść. Od razu poczułem, że zrobiłem coś wielkiego – mówi w rozmowie z Goal.pl. nominowany do nagrody Puskasa Marcin Oleksy, reprezentant Polski w Amp Futbolu.

  • Marcin Oleksy jest ampfutbolistą Warty Poznań.
  • W listopadzie zdobył gola, który został nominowany do FIFA Puskas Award!
  • – Nie ucieknę od tego. Nie mam też jakichś obiekcji, aby o tym nie opowiadać – mówi nam o tragedii, która go spotkała.
  • – Każdy z nas jest w stanie robić wielkie rzeczy – inspiruje sportowiec.

Marcin Oleksy nominowany do nagrody FIFA

Nie mogę zacząć inaczej. Wielkie gratulacje! Jakie to uczucie znaleźć się w gronie takich piłkarskich tuzów, jak Mbappé, Balotelli czy Richarlison?

Marcin Oleksy: Powiem zupełnie szczerze, bardzo dziwne. Bo nigdy nawet nie wyobrażałem sobie takiego wyróżnienia. Ale myślę, że również niezwykle pozytywne. Taka pozytywna energia z tego wszystkiego płynie. To wszystko dopiero do mnie dochodzi. 

Czyli jeszcze nie doszło?

– Doszło, ale z godziny na godzinę jest tego coraz więcej. Coraz bardziej mi się to nasila. Na pewno radość jest dużo większa. Jestem naprawdę podekscytowany, że mogę znaleźć się w tak zaszczytnym gronie. 

To również w pewnym sensie dla Pana motywacja?

– Nie tylko dla mnie. Dla nas wszystkich to może być motywacja do dalszej pracy. A dla nas, ampfutbolistów, a także osób z niepełnosprawnością, w szczególności. To dowód na to, że niepełnosprawność nie istnieje. Ograniczenia nie istnieją. Trzeba im przeciwdziałać i robić swoje. 

A co Pan czuł podczas tego strzału? Była chłodna kalkulacja czy może momentalny impuls?

– Kalkulacja. Zawsze staram się kalkulować różne sytuacje boiskowe. Jeśli czuję, że zaraz może zdarzyć się coś podobnego, jest szansa na spektakularne trafienie “szczupakiem” czy takie “nożyce”, to to robię. Staram się przewidywać. Teraz się ładnie mówi: antycypować. Także w tamtej sytuacji również antycypowałem, a pomogła mi w tym praktyka, bo na treningach takich rzeczy próbowałem wiele razy. Mam to szczęście, że udało mi się to w warunkach meczowych i dzięki temu teraz rozmawiamy. (Śmiech)

Od razu Pan czuł, że to było coś niezwykłego?

– Od razu! Jak tylko oddałem strzał, stanąłem na nogi i poczułem takie “bum”. Adrenalina chyba zaczęła momentalnie działać, bo zacząłem się troszkę trząść. Od razu poczułem, że zrobiłem coś wielkiego. Najgorszy był moment, gdy po oddaniu strzału odprowadzałem piłkę wzrokiem. Ale jak tylko zobaczyłem, że znalazła się w siatce, byłem niemal pewien, że to przedniej urody gol. Naprawdę mega uczucie. 

Pana historia jest o tyle ciekawa, że przed laty miał Pan okazję grać w piłkę jako bramkarz. Rozumiem, że był Pan z tych golkiperów, którym futbolówka przy nodze nigdy nie przeszkadzała? 

– Nie zaprzeczę. Od dziecka byłem golkiperem, ale nie miałem problemów z grą nogami. Wręcz przeciwnie. Lubiłem to robić. Zresztą dzisiaj jestem tego beneficjentem. Tamta przygoda mnie ukształtowała. Być może też dzięki temu nie bałem się uderzyć z przewrotki i ogólnie nie boję się twardej walki o piłkę, upadków. Zostały mi w głowie pewne automatyzmy, jak upaść, szybko się w powietrzu przekręcić, żeby nic sobie nie zrobić. Mała rzecz, ale za to niezwykle dzisiaj pomocna. 

Czyli można powiedzieć, że pewne elementy rzemiosła bramkarskiego pomogły w zaadoptowaniu się do warunków ampfutbolowych?

– Myślę, że tak. Jak wspomniałem, człowiek się rzucał na piłkę, nauczył się, jak zrobić to w odpowiedni sposób. A choć teraz gram w polu, upadki także nie są mi obce. Wiem, że jak upadnę, to nic mi się nie stanie, bo umiem sobie z tym radzić. Przygoda bramkarska na pewno bardzo mi w tym pomogła. 

Wiem, że ma Pan ogromny dystans do siebie. Pozwoli Pan, że zapytam wprost: w 2010 roku polski futbol stracił drugiego Artura Boruca czy może Wojciecha Szczęsnego?

– Szczerze? Stracił Marcina Oleksego. (Śmiech)

O proszę. To grubo polecieliśmy… 

– Czasami tak trzeba! Ja potrafię siebie docenić. Znam swoje możliwości. Rozwijałem się wtedy całkiem nieźle, równie dobrze rokowałem. Być może gdybym miał nieco więcej szczęścia, byłbym na ich miejscu? Tego się nie dowiemy. Można gdybać, ale to nic nie da. Ale wiem, że mogłem osiągnąć wiele. Mogłem dorównać najlepszym bramkarzom na świecie.

Czuł to Pan wtedy?

– Do pewnego momentu. Wiedziałem, na co mnie stać, ale w pewnym momencie, poczułem, że nie dostałem prawdziwej szansy. Mijaliśmy się z pierwszym moim klubem, niby we mnie mocno wierzyli, ale nigdy nie dali mi szansy pokazać pełni umiejętności. Musiałem odejść do czwartoligowej Korony Kożuchów, gdzie mogłem odnaleźć się na nowo, ale pokomplikowały mi się pewne sprawy. Jak to w życiu. Trzeba było pójść do pracy, synek był w drodze. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by piłka miała być priorytetem. No i potem zdarzył się wypadek…

Filip Starzyński: tamte słowa trenera Stokowca przelały czarę goryczy
Filip Starzyński

– To było bardzo niepotrzebne. Ja wiem, o co chodziło trenerowi, ale te słowa wypowiedziane w emocjach zabrzmiały bardzo źle. Już wtedy poczułem, że przelało to czarę goryczy i sytuacja może być nie do odratowania. Wydaje mi się, że zwolnienie trenera Stokowca było w pewnej mierze następstwem tamtej rozmowy z kibicami – mówi w rozmowie

Czytaj dalej…

Zdarza się Panu wracać pamięcią do tamtych wydarzeń?

– Oczywiście, to chyba naturalne. Nie ucieknę od tego. Nie mam też jakichś obiekcji, aby o tym nie opowiadać. Trzeba żyć dalej, nie można stać w miejscu. Może tak często, jak kiedyś, do tego nie wracam, ale zdarza mi się o tym myśleć. Skłamałbym, gdybym zaprzeczył.

 Jest Pan dzisiaj silniejszy dzięki temu?

– Trudno powiedzieć. Może jestem nieco bardziej odporny. Odważniejszy. A czy jestem silniejszy? Możliwe, że tak. Możliwe, że życie mnie troszkę zahartowało, psychicznie radzę sobie z wieloma rzeczami od tego czasu dużo lepiej. Choć z drugiej strony ja zawsze taki byłem. Ten wypadek nie sprawił, że jestem jakiś inny, co zresztą potwierdzą moi znajomi. Nie zmieniłem się jakoś specjalnie. Poza tym, że nie mam nogi… (Śmiech)

A miewa Pan pretensje do losu? Że akurat Pana musiało to spotkać?

– Nic nie dzieje się bez przyczyny. Widocznie to było mi pisane. A czy mam dzisiaj o to pretensje? Skądże! Przecież gdyby nie ten wypadek, byśmy teraz nie rozmawiali… 

No tak się akurat złożyło…

– No właśnie. Los tak chciał. Nic na to nie poradzimy. Trzeba patrzeć wprzód, nie można się załamywać. To truizm, ale warto o tym przypominać. Ja cieszę się z tego, co mam. Doceniam to. Mogę powiedzieć, że mimo tego, co mnie spotkało, cieszę się życiem. Każdy z nas ma swoją drogę, mnie wylosowano taką. Tyle. 

Trudno się było przyzwyczaić do nowej rzeczywistości?

– Hmmm… Myślę, że nie. Troszkę mi zajęło zastanowienie się nad odpowiedzią na to pytanie, ale tylko dlatego, że przypomniałem sobie, jak na początku ciężko było się poruszać na wózku. Nie o samą jazdę mi chodzi, a o świadomość, że mogę skończyć na wózku. Jednak później wszystko się ułożyło. Dostałem protezę, nauczyłem się chodzić o kulach. Miałem trochę boleści, bo kość nie chciała się goić, jak należy, ale wreszcie się zagoiła. Potrzebne były nawet dwie operacje. Musiałem pojeździć na wózku przez dwa lata. To był najgorszy moment. Ta świadomość niesamodzielności, uzależnienia od drugiej osoby. No, ale było, minęło. 

Trzeba było się dostosować do panujących warunków. A wiem, że w pewnych momentach miał Pan okazję nieco improwizować.

– Zgadza się. Zawsze chciałem samemu sobie radzić. Czasami zjeżdżałem po schodach na tyłku, nie chciałem, żeby ktoś mnie znosił. Jak trzeba było zrobić jakieś przyziemne rzeczy, jak śniadanie, robiłem sobie je sam. Zdarzało się ciągnąć za sobą wózek z dzieckiem, wychodziłem na dwór, po jakimś czasie nie było już większego problemu. 

Amp futbolu również uczył się Pan stopniowo. Trudno było wytrzymać kondycyjnie cały mecz?

– Tak. Początki były piekielnie trudne. Technicznie jakoś sobie radziłem, byłem zadziorny, nie odpuszczałem, ale musiałem się nauczyć poprawnie biegać o kulach, by wytrzymywać cały mecz. Kondycja też dopiero po jakimś czasie przyszła na odpowiednim poziomie. Tak naprawdę poprawnego biegania to uczyłem się niemal trzy lata. Tyle potrzebowałem, żeby opanować na obecnym poziomie takie podstawy. Ale dziś już nie mam problemu z poruszaniem się po boisku.

Piłkarz Legii Warszawa: otrzymywałem pogróżki

Z Rafałem Augustyniakiem spotkaliśmy się na zgrupowaniu w Turcji, by porozmawiać o tym, jak to jest być kibicem Widzewa i trafić do Legii. Wyszła z tego szczera rozmowa o pogróżkach z rodzinnych stron, a także o tym, jak po wojnie wyglądało życie i propaganda w Rosji. Kiedyś od kibica Widzewa dostałem SMS-a, w którym zaprosił

Czytaj dalej…

Zawziętość to Pana klucz do sukcesu? 

– Raczej tak. Choć z natury nie jestem jakiś mega uparty, ale ja zawsze mocno reagowałem na piłkę. Uwielbiałem w nią grać. A jak już grałem, nigdy nie odpuszczałem. Kiedyś wuefista mi powiedział, że jakbym gonił za piłką na pięćdziesiątkę czy na sto metrów, to byłbym najszybszy na świecie. Bo samo bieganie jakoś niespecjalnie mi wychodziło, ale jakbym tylko miał gonić piłkę, to czas miałbym kilka razy lepszy. Na boisku czuję się jak taki dzik! (Śmiech)

Wracając do spraw bramkarskich. Nie wszyscy mogą wiedzieć, że uczy Pan bramkarskiego fachu młodych adeptów. Jak to się stało?

– Od około trzech lat staram się nieco pomagać na tym poletku młodym chłopakom. Obecnie tego czasu mam nieco mniej, zaraz zresztą jadę na zgrupowanie, ale jak tylko mam nieco więcej wolnego czasu, pomagam w lokalnej drużynie, przekazuję młodzieży pewne wskazówki. Nie będę przekonywał, że co to ja nie jestem, ale na ile mogę, to staram się czegoś ich nauczyć. Chcę też uświadomić ich, że mimo przeciwności losu każdy z nas jest w stanie robić wielkie rzeczy. I wpoić też taką radość z piłki. O tym się mało mówi, ale to równie istotne, co solidny trening. 

Często spotyka się Pan z głosami, że jest inspiracją dla wielu ludzi?

– Powiem nieskromnie, że bardzo często. Nie kryję, że to bardzo dużo dla mnie znaczy, jestem z tego naprawdę dumny. Nigdy o tym nie myślałem, że mogę być dla kogoś inspiracją, ale tak się stało. Nic tylko się cieszyć. I dawać przykład. Dopóki tylko będę miał siłę, będę to robił. 

Ma Pan jakieś postanowienie noworoczne?

– Nie. Nigdy nie miałem żadnego. Co ma się wydarzyć, to się wydarzy. Ja żyję z dnia na dzień, tu i teraz. Wolę skupiać się na swoich obecnych celach. 

Co to za cele?

– Jak najwięcej sukcesów. Zarówno z reprezentacją Polski, jak i z Wartą Poznań. Tego bym sobie życzył. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Ciężko pracuję, aby to się spełniło. Nie jest tak, że tylko sobie tego życzę. Staram się to realizować. Zresztą nie mam w zwyczaju sobie czegoś życzyć…

To ciekawe, bo na koniec miałem zapytać: czego można Panu życzyć, ale teraz to już po zabawie…

– Przepraszam… (Śmiech)

  • Zobacz także: Cezary Kulesza – osąd kadencji prezesa PZPN

Komentarze