Niebywała pogoń Tottenhamu. Co za mecz w Leicester!

Harry Kane
Pressfocus Na zdjęciu: Harry Kane

W środę zostały rozegrane dwa zaległe pojedynki 17. kolejki Premier League. W pierwszym z nich Leicester rywalizował z Tottenham. Do przerwy obie ekipy umieściły piłkę w siatce, choć to Koguty były stroną przeważającą. Druga połowa była już bardziej statyczna, ale to końcówka dostarczyła więcej emocji. Po zaciętym boju i niebywałych zwrotach akcji, komplet punktów padł łupem gości 3:2 (1:1)

Tottenham naciskał, ale to Leicester rozwiązał worek z bramkami

Od pierwszych minut meczu na King Power Stadium, zdecydowanie więcej aspektów sportowych prezentował Tottenham. Od początku aktywny był Harry Kane, który polował na piątego gola w tym sezonie. Przez kwadrans Koguty naciskały na Leicester, ale niewiele z tego wychodziło. Piłka obijała aluminium lub wpadała do koszyczka Schmeichela.

I tak sukcesywna kontra Lisów w pewnym momencie pozwoliła im na objęcie nieoczekiwanego prowadzenia. Patson Daka otrzymał podanie wgłąb pola karnego, dopadł do futbolówki i z bliska uderzył nie do obrony w kierunku lewego słupka.

Londyńczycy błyskawicznie wzięli się do odrabiania strat. Antonio Conte wymachiwał rękoma do swoich piłkarzy, nie kryjąc oburzenia wydarzeniami na murawie. W 34. minucie Tottenham doprowadził jednak do remisu za sprawą swojego kapitana. Harry Kane przed oddaniem strzału wykiwał obrońców, a zaraz potem huknął z wielkim impetem w stronę bramki. Piłka zanim wpadła do siatki, odbiła się jeszcze od słupka.

Od tego momentu Leicester ponownie skupiło się na zadaniach defensywnych, wypatrując szans w kontrach czy stałych fragmentach gry. Natomiast Tottenahm napierał z każdą kolejną chwilą, ale do przerwy wynik nie uległ już zmianie.

Niespodziewane zwroty akcji w końcówce

W drugiej połowie tempo meczu drastycznie zwolniło. Leicester próbowało nie stracić drugiego gola, chociaż Tottenham miał kilka dobrych okazji do zmiany wyniku. Czas mijał a na boisku nie wiele się zmieniało. Obie drużyny ograniczyły się do walki w środku pola, rzadko zapędzając się pod bramkę przeciwnika.

Kiedy mecz powoli dobiegał końca, o swojej obecności przypomniał James Maddison. Anglik miał odrobinę szczęścia, bo piłka po jego uderzeniu odbiła się od jednego z obrońców Spurs i zmyliła golkipera, pozostawiając go bezradnego przy interwencji.

Nie był to jednak koniec strzeleckich emocji. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że nic więcej nie ma się już prawa wydarzyć. Tymczasem Tottenham odrobił straty z nawiązką, dzięki czemu rzutem na taśmę wyszarpał komplet punktów. Wszystko dzięki przytomnej postawie Bergwijna w doliczonym czasie gry.

Holender przy trafieniu na remis miał dużo szczęścia, bo miał ułatwione zadanie, strzelając odbitą futbolówkę z bardzo bliska. Gdyby tego było mało, kilkanaście sekund później wykorzystał gorszy moment obrońców gospodarzy. Kapitalna kontra zapoczątkowana przez Kane’a pozwoliła na zwycięstwo. Bergwijn otrzymał podanie od swojego kolegi i bez namysłu pokonał bramkarza płaskim strzałem z kilku metrów, ustalając przy tym ostateczny rezultat.

Komentarze