Porażka niczego nie zmienia. Na co stać Solskjaera i United?

Ole Gunnar Solskjaer
PressFocus Na zdjęciu: Ole Gunnar Solskjaer

Pytanie, które wraca niczym bumerang. Niedługo Ole Gunnar Solskjaer będzie świętował trzy lata pracy na Old Trafford. Od grudnia 2018 roku jako tymczasowy opiekun, natomiast od marca 2019 już jako pełnoprawny trener Czerwonych Diabłów. Tak więc na co stać Norwega i Manchester United po tak długim okresie wspólnej przygody? Czy porażka z Liverpoolem zmieniła cokolwiek w postrzeganiu tej relacji? A może powinniśmy osobno rozpatrywać potencjał trenera i drużyny?

  • Ole Gunnar Solskjaer będzie świętował trzy lata pracy na Old Trafford – przez ten okres nie zdobył żadnego trofeum
  • Norweski szkoleniowiec zapoczątkował zmiany, jednak nie zdołał ich ugruntować. Trudno określić obecny Manchester mianem klubu, który ma własny styl gry
  • Blamaż w starciu z The Reds w równy sposób obciąża trenera i zawodników, dlatego nie sposób stwierdzić, czy zmiana menedżera przyniosłaby spodziewany efekt
  • Nie tylko United rozczarowują. Everton przegrał drugie spotkanie z rzędu i powoli popada w przeciętność
  • Asysta i gol – Emile Smith Rowe jest jednym z symboli nowej fali na The Emirates
  • Piłkarze Chelsea urządzili sobie trening strzelecki, natomiast ich rywale udowodnili, e Premier League to dla nich za wysokie progi

Mamy prawo narzekać

Trzy lata i nic. Ani jednego trofeum. Żadnych zmian, które można uznać za rewolucyjne. Nic, co powinniśmy określić stylem gry forsowanym przez Solskjaera. A jednak Manchester pod wodzą Norwega ma w sobie coś dziwnego. Coś przyciągającego wzrok. Coś, co nie pozwala przestać myśleć, mówić i pisać o poczynaniach klubu z Old Trafford. A przede wszystkim zastanawiać się, czemu wszystko wygląda tak, jak wygląda i dlaczego nie wygląda inaczej.

Wielkie zwycięstwa i wielkie, a nawet większe porażki. Niezrozumiałe decyzje i świetne zmiany. Fatalne pierwsze i kapitalne drugie połowy. Trzy setki strzelonych i prawie dwie straconych goli. Fantastyczny triumf w starciu z PSG i zakończenie zmagań w Lidze Mistrzów na fazie grupowej. 9:0 z Southampton i 1:6 z Tottenhamem. Drugie miejsce w lidze i przegrana w finale Ligi Europy. Osąd tego bohatera nie może być jednoznaczny.

Łatwo powiedzieć, że Manchester United jest beznadziejny. Jednak trudniej obronić to stwierdzenie. Jeżeli Czerwone Diabły pod wodzą Norwega prezentują się źle, to co powiedzieć o Norwich, Newcastle, Burnley czy Leeds? Zapewne w tym miejscu ktoś zwróci uwagę – to przecież nie są kluby kalibru United. I będzie miał rację. Na wszystkie wydarzenia należy patrzeć z szerszej perspektywy, jednak równocześnie nie można przesadzać z jej szerokością. Arsenal, Tottenham, Leicester? Te zespoły również prezentują się zdecydowanie poniżej oczekiwań, a ich klasa przecież znacząco nie odbiega od klasy Manchesteru. Liverpool i Chelsea również potrafiły zakończyć sezon za plecami The Red Devils.

A jednak przypadek Manchesteru wyróżnia się na tle Premier League. W innych miejscach mogą narzekać na jakość kadry – na Old Trafford nie wypada, zwłaszcza po letnim okienku. Finanse, budżet? Tutaj nie muszą się o to martwić. Martwią się za to o trofea, których nie przybywa. Reszta potrafi dowieźć wynik do końca (czyt. wygra ligę lub puchar), United wpadają na metę tuż za zwycięzcą lub nawet do niej nie docierają. Jeżeli problemem jest psychika, to dlaczego tyle razy Czerwone Diabły potrafiły odwrócić wynik przegranego meczu?

Zmiany, których nie widać

Solskjaer zapoczątkował zmiany, jednak nie zdołał ich ugruntować. Coś ruszyło, ale nie zaskoczyło. Norweg w pewnym momencie osiągnął swego rodzaju stabilizację, dał kibicom powody do radości i… to by było na tyle. Trudno powiedzieć, że to był/jest Manchester Ole Gunnara Solskjaera. Tak naprawdę od momentu rozstania się Alexa Fergusona z Old Trafford Czerwone Diabły nie prezentowały własnego stylu. Tylko za Mourinho było trochę bardziej defensywnie.

Porażka z Liverpoolem niczego nie zmieniła. Solskjaer tak naprawdę chyba nigdy nie miał zbyt wielu fanów. A że (podobno) ma wsparcie zarządu, to najprawdopodobniej utrzyma się na stanowisku przynajmniej do końca roku. Gary Neville twierdzi, że Norweg zostanie przynajmniej do końca, ale sezonu. Jeżeli faktycznie Ole dostanie kolejną szansę na poprawę, czy zdoła ją wykorzystać? Na co stać Manchester United po jego wodzą? W pewnym momencie byliśmy pewni, że na wszystko, natomiast teraz zaczynamy się zastanawiać, czy Czerwone Diabły zdołają zakończyć zmagania w top 4. A może powinniśmy osobno rozpatrywać potencjał trenera i drużyny? Może inny szkoleniowiec w pełni wykorzystałby możliwości klubu? Jedno jest pewne: blamaż w starciu z The Reds w równy sposób obciąża trenera i zawodników. Właściwie jest jeszcze jedna pewna rzecz: nadal nie wiemy, na co stać tę “relację”. I chyba nigdy tego nie wiedzieliśmy.

Rozczarowanie kolejki: Everton

The Toffees od ponad miesiąca grają zaskakująco. Zaskakująco źle. Kontuzjami można wytłumaczyć wiele, ale nie cztery porażki w sześciu ostatnich spotkaniach. Fatalną serię rozpoczęła przegrana z Aston Villą – trzy dni po tym meczu Everton odpadł z EFL Cup (po karnych z QPR), następnie wygrał z Norwich i zremisował z United, a później musiał uznać wyższość West Hamu i Watfordu. Najbardziej bolesny rezultat podopieczni Rafy Beniteza zanotowali w ten weekend. Chociaż do 78. minuty prowadzili 2:1, końcowy wynik wyglądał zupełnie inaczej. Szerszenie w 13 minut strzeliły aż cztery gole i wracają z Goodison Park z kompletem punktów. Natomiast klub z niebieskiej części Merseyside znowu popadł w przeciętność, której pod wodzą hiszpańskiego szkoleniowca miał uniknąc.

Bohater nieoczywisty: Emile Smith Rowe

Asysta i gol w starciu z Aston Villą. To dorobek wychowanka Arsenalu, który podobno nie zasługuje na koszulkę z numerem dziesięć. Emile Smith Rowe jest jednym z symboli nowej fali na The Emirates. Być może 21-latek jeszcze nie w pełni udowodnił, że powinien grać z “10” na plecach, jednak z każdym kolejnym meczem jest tego coraz bliższy. “De Bruyne z Croydon” potrafi naprawdę wiele i ciągle się rozwija. Kanonierzy już mają z niego ogromną pociechę.

Wydarzenie kolejki: 7:0 w starciu Chelsea z Norwich

Spodziewaliśmy się, że w pojedynku The Blues z Kanarkami piłka kilka razy może zatrzepotać w siatce. Oczywiście tej, którą za plecami miał Tim Krul – na ofensywne popisy gości nie było co liczyć. Jednocześnie wynik wyższy niż trzy lub cztery zero nie wydawał się prawdopodobny. W końcu Chelsea musiała sobie radzić bez Romelu Lukaku i Timo Wernera. Na szpicy wystąpił Kai Havertz, dla którego ten mecz miał być świetną okazją na przełamanie i powrót na właściwe tory. Kto jako jedyny z piłkarzy ofensywnych nie zaliczył ani gola, ani asysty? Kai Havertz. Show skradł Mason Mount, który trzykrotnie zaskoczył Krula i skutecznie obsłużył Reece’a Jamesa. Gospodarze urządzili sobie trening strzelecki, natomiast ekipa z Carrow Road po raz kolejny udowodniła, że Premier League to dla niej za wysokie progi.

Polacy w Premier League

  • Łukasz Fabiański (West Ham) – 90 minut i zwycięstwo w starciu z Tottenhamem, czyste konto i cztery obronione strzały
  • Przemysław Płacheta (Norwich) – nie znalazł się w kadrze na pojedynek z Chelsea
  • Jakub Moder (Brighton) – 90 minut i żółta kartka w przegranym (1:4) meczu z Manchesterem City
  • Jan Bednarek (Southampton) – 90 minut w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Burnley
  • Mateusz Klich (Leeds) – 63 minuty w rywalizacji z Wolverhampton (1:1)

Komentarze