Liverpool przegrał tytuł. A może jednak jeszcze nie?

Aston Villa - Liverpool
PressFocus Na zdjęciu: Aston Villa - Liverpool

To będzie opowieść z pogranicza romantyzmu i science-fiction. Coś z kategorii “podania i legendy angielskie”. W końcu Liverpool traci do City trzy punkty, a do końca sezonu zostały tylko trzy mecze. Czy The Reds mają prawo marzyć? Oczywiście. A na ile te marzenia mogą pokryć się z rzeczywistością? To już inna bajka. W czym czerwona część Merseyside może upatrywać swojej szansy?

  • Remis w starciu z Tottenhamem znacząco utrudnił The Reds pogoń za City
  • Liverpool traci trzy punkty do Obywateli – czy to oznacza, że walka o tytuł dobiegła końca?
  • W czym społeczność klubu z Anfield Road powinna szukać nadziei? Lista nie jest zbyt długa, a niektóre argumenty wydają się mocno naciągane

Drobna różnica w ligowym kalendarzu

Zarówno Liverpool, jak i City mają przed sobą jeszcze trzy ligowe spotkania. The Reds czeka rywalizacja z Aston Villą, Southampton i Wolverhampton, natomiast The Citizens zagrają z Wolves, West Hamem i AV. Dwa podobieństwa, jedna różnica. I to właśnie ta swoista asymetria daje nadzieję drużynie z Anfield Road.

Aston Villa, co do tego możemy być zgodni, nie walczy już o nic. Podobnie jak Southampton, a więc te zespoły “wykreślamy”. Nieco inaczej ma się sprawa Wilków, które przecież ciągle mogą dogonić West Ham i wyrzucić Młoty z europejskich pucharów. Pięć punktów straty, trzy starcia do rozegrania przy dwóch potyczkach londyńczyków. No ale skoro Wolves łączy obu kandydatów do mistrzostwa, również wykreślamy.

Zostaje nam wspomniany WHU, który aktualnie plasuje się na 7. lokacie, ale przy dobrych wiatrach może wskoczyć pozycję wyżej. Właściwie to nie przy dobrych, a przy bardzo dobrych, ponieważ podopieczni Davida Moyesa musieliby nie tylko wygrać dwa pozostałe pojedynki (City, Brighton), ale także liczyć na porażkę United z Crystal Palace. Możliwe? Oczywiście. W końcu w tutaj rozważamy każdy, nawet tak wysoce nieprawdopodobny scenariusz.

Przed stołeczną ekipą dwa mecze, które zdecydują o tym, czy piłkarze z London Stadium zagrają w europejskich pucharach, a jeżeli tak, to w których rozgrywkach. Dlatego w rywalizacji z Obywatelami nikt nie odstawi nogi. A Moyes, jako były szkoleniowiec Czerwonych Diabłów, na pewno nie pozwoli swoim podopiecznym na ulgowe potraktowanie rywali.

Absencje w defensywie Obywateli

Gary Neville jest przekonani, że wyścig o tytuł jeszcze nie został rozstrzygnięty. Legenda United, a obecnie ekspert SkySports uważa, że kontuzja Rubena Diasa w znaczący sposób utrudni City rywalizację na ostatniej prostej:

Wierzę, że Wolves lub West Ham mogą zaskoczyć Manchester City. Bez kontuzjowanego Rubena Diasa Obywatele zmierzą się z ekipami, których system gry jest w stanie zaszkodzić The Citizens. Obie drużyny mają za sobą dobre sezony i są niewygodnymi przeciwnikami. City będzie musiało dać z siebie wszystko. Uraz Diasa powoduje, że dotychczasowa współpraca środkowych obrońców przestała istnieć. Kontuzja zwiększa szanse Liverpoolu. Myślę, że w tym wyścigu jest jeszcze coś do ugrania.

Słowa Neville’a w jakimś stopniu oddają sytuację kadrową w zespole Guardioli, jednak nie w pełni. Nie tylko Ruben Dias opuści końcówkę sezonu. Razem z Portugalczykiem pozostałe mecze z trybun obejrzą także John Stones i Kyle Walker. Nie wygląda to zbyt kolorowo, prawda? W starciu z Newcastle Diasa zastąpił 100-letni Fernandinho, a na boku defensywy zagrał Zinczenko, któremu daleko do Walkera. Jest jeszcze Ake, ale jemu to i ja bałbym się zaufać. Gary widzi w tym wszystkim nadzieję dla Liverpoolu.

Presja na City? Motywacja rywali? Steven Gerrard i Philippe Coutinho?

Ten akapit to już tak zwane bajkopisarstwo. Ale przecie lubimy rozważać, lubimy marzyć i tworzyć przeróżne scenariusze, w które później sami próbujemy wierzyć. Co powiecie na to, że Steven Gerrard, jako legenda Liverpoolu, przed rozpoczęciem meczu rzuca swoim piłkarzom takie hasło – “bądźcie ostrożni”. A może nawet nie musi nic mówić, ponieważ oni już doskonale wiedzą, co mają robić, a czego nie powinni. Coutinho czy Ings, przecież nie skrzywdzą swojego byłego klubu, prawda? Ewentualnych buntowników zamknie się w szatni, a co.

Sami widzicie, że to fikcja. Trudno wyobrazić sobie, by Villa po prostu oddała punkty rywalom albo później w jakiś niesamowity sposób zmotywowała się na City. Wilki rzucą się jak wściekłe na Obywateli, a The Reds potraktują łagodnie? Ja tego nie widzę. Nie chce mi się wierzyć, że ktokolwiek ma większą motywację albo że tę motywację da się w jakiś sposób zwiększyć. Nic z tego. Każdy gra o swoje, każdy gra do końca. Spójrzcie na Brighton i wynik ich ostatniego starcia. 4:0 z Manchesterem United (tak, to tylko United, ale jednak 4:0 to 4:0). A przecież Mewy teoretycznie nie walczyły już o nic. Tutaj, w Premier League nie ma mowy o klubowych sympatiach i poleganiu na dawnych koneksjach.

Presja na City? Ci, którzy są na szczycie, zawsze odczuwają jakąś formę nacisku środowiska. Jednak w tym przypadku nie mówimy o drużynie, która po raz pierwszy wspięła się tak wysoko i nie zna zasad panujących na górze, tylko o ekipie doskonale zorientowanej w konwenansach elity Premier League. Obywatelom zostały tylko trzy mecze. Z przeciwnikami z kategorii “do pokonania bez nadzwyczajnego wysiłku”. Oczywiście każdy z nich może sprawić niespodziankę – w końcu to piłka nożna. A co na to Manchester? Musi tylko trzykrotnie strzelić o jednego gola więcej niż rywale.

Komentarze