Kiedy zaczynałem na poważnie interesować się piłką, moimi idolami i absolutnymi królami wyobraźni byli Maciej Żurawski i Tomasz Frankowski. Wtedy moim zdaniem najlepszym skrzydłowym był Kamil Kosowski, a oglądając wiadomości sportowe po „Wiadomościach”, czekałem na informacje, czy kolejnego gola za granicą strzelił Andrzej Niedzielan. To były w ogóle niesamowite czasy. Nie wiem, ile macie lat, czytając ten tekst, ale czaicie, że kiedyś wyniki sprawdzało się w Telegazecie? Jak teraz o tym myślę, to aż trudno mi uwierzyć w to, że przecież to nie było wcale tak dawno temu. Dzisiaj biorę telefon do ręki, odpalam aplikację i mogę obejrzeć praktycznie każdy mecz na świecie.
Nie wiem, jak było to u was, ale ja dość długo czekałem na pierwszy dekoder. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj: skakałem pod sam sufit, kiedy tata przyniósł do domu dekoder Polsatu Sport. Zrobił to tylko po to, żebym mógł na żywo oglądać mecze Celtiku Glasgow, w którym biegał właśnie „Magic” Żurawski. Z całym gigantycznym szacunkiem do panów, których wymieniłem powyżej – bo dali nam, kibicom, mnóstwo wspaniałych chwil – Robert Lewandowski to jest zupełnie inna galaktyka. Inny układ słoneczny, dlatego sam się zastanawiam co stało się, że jego kolejne rekordy nie robią już takiego wrażenia?
Piszę o swoich subiektywnych odczuciach, ale zastanawiam się, czy macie podobnie. Jesteście w ogóle w stanie wyjrzeć w przyszłość i wyobrazić sobie, co będzie za pięć lat? Jak będzie wyglądał nasz piłkarski świat, kiedy Lewandowskiego po prostu w nim zabraknie? Tu nawet nie chodzi o te wszystkie rekordy, które po drodze ustanowił i które powszednieją nam w oczach. Cztery gole wbite Realowi Madryt? Zaliczone. Ponad czterdzieści bramek w jednym sezonie Bundesligi? Odhaczone. Środowy wieczór i wymazanie rekordu Messiego? Zrobione.
Pijacki absurd, który stał się prawdą
Oczywiście, nie mam szans pamiętać lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy reprezentacja Polski faktycznie trzęsła piłkarskim światem i była jedną z najmocniejszych ekip na globie. Nigdy nie dowiemy się, co osiągnęliby piłkarze z tamtej złotej jedenastki, gdyby w swoich szczytowych latach mogli bez problemu wyjechać za granicę i grać w największych zachodnich klubach. Ale zostawmy gdybanie historykom. Dziś mamy gościa, który od lat utrzymuje się na najwyższym poziomie.
Żeby jeszcze mocniej podbić ten obraz: przypomnijcie sobie końcówkę tego środowego meczu. Do bramki Barcelony, zastępując kontuzjowanego kolegę, wchodzi Wojciech Szczęsny. Dwóch Polaków w koszulkach FC Barcelony, grających razem w Lidze Mistrzów. Przecież jeszcze dekadę temu to brzmiałoby jak pijacki absurd albo scenariusz z gry komputerowej z wpisanymi kodami. A to się dzieje. Tu i teraz.
Szatnia, w której byliśmy wszyscy
Wydaje mi się, że tym, czego Robertowi brakuje najbardziej – i to jest ta jedna, jedyna rysa na pomniku – to potężny sukces z reprezentacją. Złapałem się na tym, że nigdy nie byłem tak bezwarunkowo zakochany w polskiej kadrze, jak w 2016 roku podczas mistrzostw Europy we Francji. To był magiczny czas. Autentycznie: pierwszą rzeczą, jaką robiłem po obudzeniu się rano, było łapanie za telefon i sprawdzanie, czy Łukasz Wiśniowski wrzucił już nowy materiał na kanał „Łączy nas piłka”. Ta cała ekipa – Błaszczykowski, Grosicki, Jędrzejczyk, Krychowiak, Szczęsny – pokazywała tam prawdziwych siebie. Człowiek miał wrażenie, że siedzi z nimi w tej szatni, że jest tuż obok, że dzieli z nimi każdy żart i każdy stres. To był chyba ten realny moment, kiedy Lewandowski mógł z kadrą osiągnąć coś epokowego. Skończyło się tak, jak się skończyło. Karne z Portugalią będą boleć zawsze.
Swoją drogą, patrząc na to, co wydarzyło się ostatnio w piłce afrykańskiej, zaczynam zastanawiać się, czy my jako naród zrobiliśmy faktycznie wszystko, żeby powtórzyć karnego Błaszczykowskiego? To oczywiście żart, ale jestem w szoku, że coś takiego dzieje się na oczach całego świata. Senegal wygrywa mecz na boisku, a po dwóch miesiącach kolesie przy zielonym stoliku postanawiają, że puchar trafia do Maroka. Wybaczcie, ale dzisiaj nie o tym, wracamy do tematu.
Zamiast marudzić, odpal mecz
Obiecałem sobie jedno: nie zamierzam dzisiaj narzekać. Nie chcę wracać do kwestii szkolenia. Nie będę analizował, co musimy zrobić, żeby przypadek Roberta Lewandowskiego nie był tylko anomalią i żebyśmy potrafili produkować takich piłkarzy seryjnie. Pisałem o tym ostatnio. Dzisiaj piszę totalnie jako kibic, który po prostu kocha polską piłkę. Wiemy o tym, że choć Lewandowski to fizyczny fenomen, to PESEL-u nie oszuka. Nie da rady grać wiecznie.
Chciałem Wam dzisiaj tylko zwrócić uwagę na to, byśmy wreszcie zaczęli doceniać czasy, w których żyjemy. Zasiadamy wygodnie na kanapie, odpalamy mecz, a tam Polak ładuje bramki Realowi czy Manchesterowi United. Napierdziela się na boisku z najlepszymi obrońcami świata i niesamowicie często jest od nich po prostu lepszy. Nie będę marudził jak jakiś stary dziad, że „kiedyś to było”, albo wieszczył, że za parę lat polska piłka wpadnie w wielką, czarną dziurę. Bo tak naprawdę nie wiem, czy tak będzie. Może właśnie teraz, na jakimś orliku, kopie piłkę kolejny Lewandowski?
Zwracam Wam po prostu uwagę na to, by cieszyć się, że mamy kogoś takiego w naszej epoce. Ja sam od środowego wieczoru uśmiecham się pod nosem, wracając wspomnieniami do jego wyczynów. Odpalam te pięć bramek w dziewięć minut z Wolfsburgiem, te mecze, w których w pojedynkę wygrywał nam eliminacje. Serio, były takie spotkania, że on praktycznie sam wygrywał nam mecz.
Lewandowski, czyli nie kumpel z podwórka
Wcześniej pisałem o filmikach, które oglądaliśmy na kanale „Łączy nas piłka”. Macie jakiś swój ulubiony? Mój to ten, gdzie Krychowiak ze Szczęsnym robią pierogi, a później częstują ludzi. Pamiętam, że płakałem wtedy ze śmiechu, a fragmenty tych scen pokazywały wszystkie polskie telewizje. Mało w tych materiałach było Lewandowskiego. Może inaczej: od niego można było czuć taki dystans, że to nie jest taki spoko ziomek, jak np. Grosicki czy Peszko. Wizerunek Lewandowskiego w mediach w ogóle był taki, że trudno było go jakoś bardzo polubić jako człowieka. Klasa sportowa bez dyskusji to ta najwyższa, jednak czegoś w tej relacji z kibicami po prostu brakowało.
Myślę, że Sebastian Staszewski, pisząc książkę pt. „Prawdziwy”, mimo że opisał wiele historii, których Robert raczej nie chciałby ujawniać, najzwyczajniej w świecie pomógł kapitanowi polskiej reprezentacji. Nie słuchaliśmy tych wszystkich tekstów o piciu koziego mleka, chodzeniu spać wcześnie, prowadzeniu się bardzo zdrowo. Zobaczyliśmy prawdziwego człowieka, z jego problemami, słabościami. Myślę, że wielu kibiców polskiej piłki czegoś takiego potrzebowało i dobrze, że nastąpiło to jeszcze wtedy, kiedy Roberta oglądamy na boisku.
Kącik humorystyczny
Może wiecie, a może nie, ale właśnie Robert Lewandowski pomagał bardzo mocno w promocji ampfutbolu, czyli piłki nożnej dla osób po amputacjach. Wspierał polską reprezentację, z tego, co wiem od chłopaków z tej drużyny, z niektórymi z nich miał dobry kontakt. No to czas na żart, który usłyszałem właśnie w szatni ampfutbolu.
Do szatni wpada gość i krzyczy:
– Chłopaki, chłopaki, dziecko mi się urodziło!
– No to ekstra! Gratulacje!
– Dzięki chłopaki.
– Ej, a ile ma nóg?
– No jak to ile, no dwie.
– A, no to jak dwie, no to nie twoje.
Trzymajcie się i do następnego piątku.
Marcin Ryszka









