Ireneusz Jeleń: najbardziej bałem się, że nie będę mógł chodzić

Ireneusz Jeleń
PressFocus Na zdjęciu: Ireneusz Jeleń

– Wypalanie nerwów w kręgosłupie to coś, co naprawdę boli. Piekielnie. Każde nakłucie igłą to osobny ból, a nakłuć trzeba, by wiedzieć, że trafiło się w nerw – mówi Ireneusz Jeleń, 29-krotny reprezentant Polski, który wciąż aktywnie gra w piłkę nożną. Były piłkarz Wisły Płock, Auxerre i Lille wraca do czasów, gdy grał przeciwko Robinho i Ronaldinho, a na boisku zmieniał Edena Hazarda. Wspomina też niemiecki mundial i opowiada, jak dobrze mu się gra w klasie okręgowej.

  • – Zmieniałem Hazarda, grałem przeciwko Ronaldinho, był moment, że mogłem trafić do wielkich klubów – mówi Ireneusz Jeleń
  • – Gdy mój syn miał 16 lat poszedł pomagać nosić naczynia w karczmie, by nabrał szacunku dla pieniądza – tłumaczy były reprezentant Polski
  • – Nawałka od tamtego czasu się zmienił. Nie mogliśmy się dogadać – Jeleń wyjaśnia stosunki z byłym selekcjonerem za czasów współpracy w Górniku Zabrze
  • – Do dziś pamiętam jaki ból czułem, gdy specjalistka w Warszawie wypalała mi nerwy w kręgosłupie – wspomina Ireneusz Jeleń

Zszedłeś z piłkarskiej sceny 9 lat temu bez wielkiego szumu a potem… A potem zrobiło się o tobie jeszcze ciszej. Nie jest łatwo nawet dodzwonić się z propozycją spotkania na wywiad i zadania klasycznego pytania: co u pana słychać?

– Ale porozmawiać twarzą w twarz wcale nie jest trudno. Rzeczywiście był czas, że odciąłem się od mediów, ale rozmowy, czy zdjęcia nigdy nikomu nie odmawiałem. Tak zostałem wychowany, taki byłem zawsze i taki pozostałem – otwarty dla każdego.

Widziałem to na twoim meczu w barwach Piasta Cieszyn z Czarnymi Jaworze. Tu rozmowa z kibicami, tam zdjęcie z rywalami, a potem wspólne piwo i grillowana kiełbaska z kolegami z drużyny. Widziałem też, że gra w piłkę sprawia ci prawdziwą przyjemność.

– Bardzo dużą. Gdyby ktoś zapytał mnie kiedyś, kiedy jeszcze grałem w Wiśle Płock, jak długo będę grał, to byłbym pewien, że aż do czterdziestki, albo i dłużej. Bo ja kocham grać w piłkę. Ale był taki czas, gdy zakończyłem poważną karierę, że miałem trochę futbolu i tego wszystkiego dość. Na szczęście długo to nie trwało. Od paru lat jestem zawodnikiem i prezesem CKS Piast, czyli klubu, w którym zaczynałem grać w rodzinnym Cieszynie. Kiedyś powiedziałem, że wrócę tu po zakończeniu kariery i słowa dotrzymałem. Choć tym prezesem specjalnie być nie chciałem, ale mnie koledzy namówili. I dają spore wsparcie przy codziennej robocie, zwłaszcza tej papierkowej. Ale to w ogóle klub, gdzie pomaga nam wiele osób. Ja jestem formalnie prezesem, ale bez ich ciężkiej pracy i zaangażowania nic bym nie zrobił. Nic. Piast i wszystko wokół niego to nasze wspólne miejsce, o które wszyscy dbamy. 

Widziałem ten klimat, faktycznie chodziłbym na mecze mieszkając w Cieszynie. Ale to był mecz domowy i to sparing, a jak jest w lidze? Kibice przeciwnika ostro docinają byłemu reprezentantowi Polski? Rywale chcą cię koniecznie ograć? 

– Zaczynaliśmy od B-klasy, potem Serie A, teraz jesteśmy w okręgówce i bywa z tym różnie. Jakieś prowokacje się zdarzają, dziwnych tekstów z trybun też czasem nie brakuje, ale ja się tylko wtedy uśmiecham, żartuję i wszystko rozchodzi się po kościach. W czasie meczu zdarzają się różne rzeczy, ale już po gwizdku nawet ci, co trochę ze mną jechali, często podchodzą przeprosić i poprosić o zdjęcie. Ogólnie jest miło. A na to, by dać się sprowokować jestem zwyczajnie za stary.

Sprowokować dałeś się się tylko raz w karierze? Gdy David Jemmali z Grenoble wjechał ci w nogi? 

– Chciał mi połamać kości. Na szczęście nie trafił mnie idealnie, bo gdyby tak było, mógłbym mieć kilka miesięcy przerwy. Nie wytrzymałem, odepchnąłem go i obaj dostaliśmy czerwone kartki. Chciał wykluczyć mnie z meczu i udało mu się to niestety, choć na szczęście nie w taki sposób, w jaki chciał. Po tym jego brutalnym faulu broniły mnie nawet francuskie gazety, trochę usprawiedliwiając moją złość. Ale potem już tak się nie zachowywałem. 

Oglądasz czasem to zdarzenie na YouTubie? Albo kompilację swoich bramek z Auxerre?

– Czasem wracam, ale raczej na gole. Fajnie powspominać tamte lata, przypomnieć sobie, jak wszystko wpadało do bramki. W Lille już tak dobrze nie było, ale przez te lata w Auxerre czułem się naprawdę świetnie. Z Lille też mam zresztą trochę dobrych wspomnień, bo przecież grałem tam choćby z Edenem Hazardem, którego zmieniłem nawet na boisku w swoim debiucie, czy z Dimitrim Payetem. Wielcy gracze. Do dziś mam zresztą satysfakcję, gdy oglądam mecz w telewizji i widzę któregoś z tych grajków. Mogę powiedzieć do swojego syna Kuby, albo do kolegów, że nie tylko z nimi trenowałem, ale i grałem. Tyle, że oni grają nadal, a ja już nie.

Grasz, ale na innym poziomie.

– To jednak nie to samo. Grunt, że wspomnienia pozostały. Pytałeś mnie wcześniej, które swoje gole i mecze najbardziej pamiętam. Z golami jest łatwo, bo najpierw do głowy przychodzi mi ten z zerowego kąta, na Parc des Princes w Paryżu. Wygraliśmy 2:1 i to był wspaniały moment w sezonie, w którym strzelałem prawie wszystko. Czułem się idealnie. Tamten gol z Paryża był taki, że do dziś nie wiem, jak podjąłem decyzję o takim właśnie uderzeniu i jak to w ogóle wpadło. Pamiętam też dobrze swojego pierwszego gola w pucharach dla Auxerre i strzał z ponad 30 metrów, gdy piłka odbiła się jeszcze o poprzeczkę, a my pokonaliśmy Dinamo Zagrzeb. Dumny jestem z tego, że byłem wtedy w takim miejscu i w takiej formie. 

Najlepsi piłkarze, z którymi kiedyś grałeś i przeciwko którym grałeś? Nie licząc oczywiście Lewandowskiego.

– Pamiętam taki mecz Auxerre w Lidze Mistrzów w Mediolanie, gdy wyszliśmy na San Siro przeciwko drużynie pełnej gwiazd. W AC Milan grali wtedy Robinho, Ronaldinho, Ibrahimović, Nesta, Pato, Pirlo, czy Zambrotta, z którym po meczu wymieniłem się koszulkami. Mistrz świata, zawsze go lubiłem. Te koszulki to zresztą dziś fajna pamiątka po karierze, podobnie jak to, że nadal jesteś pamiętany. Jakiś czas temu byłem w Zabrzu, gdzie podpisywałem umowę o współpracy z Górnikiem. Prezesem był Darek Czernik, który zrobił zdjęcie i wysłał do Łukasza Podolskiego z komentarzem, że już nie musi wracać, bo mają innego napastnika. Uwierzysz, że “Poldi” odpisał praktycznie natychmiast, z pytaniem, co w klubie robi Jeleń? Pamiętał mnie po tylu latach, a przecież pogadaliśmy tylko raz, po pamiętnym meczu na mistrzostwach świata w 2006 roku. Fajna sprawa, naprawdę przyjemna. Marzy mi się zresztą, by Łukasz przyjechał na otwarcie remontowanego teraz stadionu Piasta. Jeszcze nie miałem okazji go zaprosić, ale spróbuję jakoś dotrzeć i zaprosić najpierw na jakiś obiad a potem do Cieszyna. To dopiero za rok, ale my już tym żyjemy, to będzie dla wszystkich w mieście spore wydarzenie.

A co do Lewandowskiego – na naszej grupie w Piaście pojawiało się ostatnio zdjęcie, gdy Robert zmienia mnie w meczu reprezentacji Polski, a parę razy tak się zdarzyło. Żartowałem do kolegów, że już wtedy radziłem mu, żeby poszedł do Barcelony. Niesamowite jest to, co Robert osiągnął.

I jeszcze osiągnie. A przecież jest dwa lata starszy niż ty, gdy kończyłeś karierę.

– Niesamowite, prawda? Od początku było widać, że jest świetny, ale że stanie się aż tak dobry, to bym nie przypuszczał. Pamiętasz, jak poszedł do Dortmundu? Wtedy miał kłopoty, ale zrobił też ogromny skok. Jest kapitalnym przykładem dla wszystkich młodych sportowców, jak daleko można zajść, gdy bardzo się o siebie dba i wie, czego się chce. 

Ty też chyba dbasz o siebie, nadal dobrze wyglądasz.   

– Weź już nie żartuj. Dziś mam 100 kilo na liczniku, a gdy grałem w reprezentacji ważyłem niewiele ponad 70. Ale rzeczywiście staram się dbać o siebie, treningi sprawiają mi przyjemność.

Po górach też chodzisz? Okolica jest piękna.

– Uwielbiam mój region, ale na góry wole popatrzeć. Jak chyba większość osób urodzonych w tych okolicach. 

Spytałem o góry, bo dopełniają takiego sielankowego obrazka naszej rozmowy, a ja obawiałem się trochę mrocznych klimatów. Czytałem wywiad, który dla Onetu przeprowadził z tobą parę lat temu Dariusz Dobek i wyglądało na to, że masz swoje problemy po zakończeniu kariery.

– Były, ale nie chcę już do tego wracać. Wyszedłem na prostą. Wiesz, fajnie jest trenować każdego dnia, grać mecze w weekend, mieć wszystko zaplanowane i czas zapełniony… Ale gdy ktoś sobie wcześniej nie wymyśli, co będzie robił za metą, ma potem problem, gdy nagle się wszystko kończy. A u mnie skończyło się nagle. Ja rzeczywiście miałem dziwne dwa, trzy lata, ale teraz o tym nie myślę i nie wracam do tego czasu, gdy człowiek nie zastanawiał się, ile może zostać na imprezie, bo następnego dnia nie ma żadnych obowiązków.

Niektórzy idą też wtedy w hazard.

– Tu też coś tam było, ale nic bardzo poważnego. Mówię: problemem po zakończeniu kariery jest nadmiar czasu, z którym nie ma co robić. A ja mam teraz Piasta i zajęcie w klubie, w którym stworzyliśmy fajny zespół i w którym trenuje 240 dzieciaków. Mamy 8 trenerów, jest co robić. Już się nie nudzę. Mam też oczywiście rodzinę, dla której warto żyć: dwójkę dzieci, wspaniałą żonę, mamę i siostrę, z którymi też jesteśmy bardzo blisko, zwłaszcza po śmierci taty, a rok temu brata. To był ogromny dramat, wszyscy bardzo cierpieliśmy. Nie było nam łatwo. 

To wróćmy do tematu Piasta, bo widzę, jaki to dla ciebie ważny temat. Kapitalna jest historia o twojej grze z synem. Słyszę, że strzelacie w sumie kilkadziesiąt goli w sezonie, widziałem jak gra Kuba i byłem pod dużym wrażeniem – najlepszy chłopak na boisku.

– Nie chwalmy za dużo, niech się rozwija swoim tempem. Były już jakieś propozycje z trzeciej i czwartej ligi, ale niech najpierw zrobi maturę a potem zobaczymy co dalej. Na razie jest fajnie, bo razem jeździmy na treningi, rozmawiamy o tym, co stało się na boisku i poza nim. A ze mną ojciec nawet na podwórko nie wychodził pokopać, bo nie miał czasu.

To było moim marzeniem zagrać z Kubą w jednej drużynie, a teraz gramy cały czas. Wymagam od niego więcej niż od innych, podpowiadam i proszę, żeby się nie denerwował, gdy chcę mu pomóc na boisku i coś powiem. Choć gdy ostatnio nie zagrałem w jednym meczu, to starzy kibice śmiali się, że wreszcie ma spokój na boisku. 

Był taki czas, że Kuba za dużo grał na komputerze, ale już ma to za sobą. Chcę mu przekazać jak najwięcej z tego, co wiem i umiem. Także poza boiskiem. Gdy miał 16 lat poszedł pomagać nosić naczynia w karczmie, by nabrał szacunku dla pieniądza. Powtarzam, czas pokaże, co będzie dalej. Ciśnienia nie mamy.

Jadąc z synem na trening pokazujesz miejsca, gdzie się wychowałeś? Bloki w Cieszynie, granicę, przez którą jako mrówka szmuglowałeś towar. Wiesz, w wywiadzie z tobą mrówki nie może zabraknąć?

– Pokazuję. Że tędy się wchodziło do Czechosłowacji wtedy, a wracało przejściem kilkaset metrów dalej, z pełnymi torbami. Strach był, bo spotykało się chłopaków z drugiej strony rzeki, z którymi przez granicę w ramach rozrywki rzucaliśmy się regularnie kamieniami i szczerze się nie lubiliśmy. Zatrzymać nas mogli też celnicy. Ale takie były czasy. Sam zgłosiłem się na mrówkę, by coś zarobić, robiło się trzy lub cztery kółka i z kasą wracało do domu oraz z rzeczami, których po naszej polskiej stronie kupić się nie dało. Ale tyle już o tym opowiadałem, że chyba wystarczy. Zwłaszcza, że część znajomych z tamtego okresu, z którymi razem chodziliśmy przez granicę, ma pretensje i się obraziło, że to opowiadam. A przecież takie czasy były, nie ma się co wstydzić. Ani pracy, ani strachu z nią związanego. 

To wracamy na boisko – granie z synem i Piast jako całość pozwoliło odzyskać radość z futbolu? Ile trwał ten twój rozbrat z piłką po nieudanych przygodach z Podbeskidziem i Górnikiem? Dlaczego tam nie wyszło?  

– Dwa różne tematy. Na Podbeskidzie namówił mnie Grzegorz Więzik, bym trochę pomógł. Powiedział, bym przyszedł bez presji, że nie będą nic wymagać, a chcą tylko bym się odbudoał i pomógł wiosną na serio. Poszedłem więc prosto z orlika, a będący kapitanem drużyny Marek Sokołowski stwierdził, że w treningu wyglądam najlepiej z drużyny. Wtedy też Lech mnie chciał, dogadani byliśmy, ale zdenerwowałem się, że w Poznaniu ujawnili to, gdy miało zostać jeszcze między nami. Stwierdziłem, że pójdę do Bielska-Białej i to był błąd. Nie poszedłem tam dla kasy, bo ja nigdy nie patrzyłem na pieniądze na pierwszym planie. Wolałem zarobić mniej, a dobrze się czuć w klubie. A tam tak ze mną jechali, że fajnie nie było.

I poszedłeś na wiosnę do Górnika.

– Bo zawsze im kibicowałem, to był klub mojej młodości. Ale potem cztery lata grałem tylko na orlikach i w ligach szóstek z kolegami.

Co poszło nie tak? Adam Nawałka ma opinię człowieka, który potrafi odbudować piłkarza. A wy pracowaliście razem u Leo Beenhakkera. 

– Od tamtego czasu się zmienił. Nie mogliśmy się dogadać. Powiedział, że drzwi są zawsze otwarte dla starszych zawodników, by przyszli pogadać, jak coś chcą omówić. No to poszedłem pogadać, a lepiej było, bym nie poszedł. Gdy dowiedziałem się, że Adam Nawałka zostaje, ja wiedziałem, że odchodzę. Normalna piłkarska sytuacja, też wiem, że powinienem więcej dać Górnikowi. Ale strzeliłem gola w wielkich derbach Śląska, a wiem, jak one są ważne dla kibiców. Trener śmiał się nawet, że chyba to był mój główny cel po podpisaniu kontraktu z Górnikiem – strzelić gola w derbach. 

Tych bramek sporo strzeliłeś, ale brakło ci tytułu króla strzelców. Masz piłkarskiego Oscara Canal+, dla najlepszego polskiego gracza, masz tytuł gracza sezonu w Auxerre, gdy kibice oddali na ciebie 79 procent głosów, ale króla strzelców nie masz. W Ekstraklasie przegrałeś raz rywalizację z Maciejem Żurawskim 18 do 20.

– Bo Maciek strzelał karne, a ja żadnego, w Płocku byli inni! A Wisła Kraków miała wtedy niesamowity zespół, łatwiej się tam bramki strzelało niż w Płocku. Żurawski, Frankowski, Uche, gwiazdy na wszystkich pozycjach. A o nas mówiono w Polsce, że “jak chcesz się oduczyć grać w piłkę, to idź do Płocka”. Że każdy tu popłynie i zapomni, jak się kopie. To była przesada, ale łatwo nam nie było. W każdym razie podczas mojego pobytu wywalczyliśmy Puchar Polski, puchary dla Płocka i nie spadliśmy z ligi. Grał tam wtedy Marcin Wasilewski, Sławek Peszko, Jurek Podbrożny, czy Darek Romuzga. Fajna ekipa. 

Okazało się też, że z Płocka można pojechać na mistrzostwa świata i to nie jako kibic. A Jerzego Dudka wtedy nie wzięli. I Tomasza Frankowskiego Paweł Janas też nie zabrał. 

– Śmiejesz się a dla mnie był to wtedy szok. Słynny program z powołaniami oglądałem w domu w Cieszynie razem ze swoimi najbliższymi. Bardziej z ciekawości, kto pojedzie niż z nadziejami, że ja zostanę powołany. Ktoś by chyba wcześniej zadzwonił, prawda? Poza tym Paweł Janas powoływał mnie regularnie do kadry, ale nie zagrałem żadnego meczu o punkty. Ani minuty w eliminacjach, które oglądałem z trybun, bo zawsze byłem poza osiemnastką. Grałem w meczach towarzyskich, a tu nagle powołanie. Szok i niedowierzanie. Niesamowita sprawa.  

I najważniejszy moment twojej kariery? Tam zaistniałeś, w meczu z Niemcami pokazałeś się ze świetnej strony.

– Mundial to na pewno zwrotny moment. Zaistniałem w wielkim futbolu, a nie tylko na naszym podwórku. Tamte mecze przeważyły za moim transferem do Auxerre, choć były też wtedy oferty z Bundesligi. Ale ta z Francji była najlepsza. Do dziś jestem wdzięczny trenerowi Josefowi Csaplarowi, bo zimą powiedział, bym nie odchodził z Płocka to tak mnie przygotuje, że pojadę na mundial. Zaufałem mu i miał rację. To jeden z najlepszych trenerów, jakich miałem w karierze, prawdziwy fachowiec.

Po mistrzostwach wielu piłkarzy narzekało, że było źle przygotowanych, że za mocno dostaliście w kość w Austrii.

– Słyszałem, ale ja tego nie czułem. Mnie ten austriacki obóz nie osłabił, byłem na takie obciążenia przygotowany. Na same mecze też. Wiesz, ja zawsze miałem dużo pokory, skromny byłem. Mało mówiłem, wolałem mówić swoją grą. I gdy wychodziłem w pierwszym składzie na mecz z Niemcami w Dortmundzie to czułem, że to jest moje miejsce. Czułem się, jakbym zawsze miał tam grać. Po to trenowałem, by grać w takich meczach, przed taką publicznością i o taką stawkę. Zero stresu czy paraliżu, żadnych nerwów. Denerwuję się na boisku tylko, gdy teraz ktoś gra obok mnie i nie daje z siebie maksa. Na meczu nigdy. 

Z tą pokorą nie miałeś problemu w szatniach piłkarskich? W Auxerre nie za dużo mówiłeś po francusku, mogłeś nie rozumieć. Ale ta reprezentacji łatwa nie była, pełna mocnych charakterów. Jeden z kadrowiczów opowiadał mi, że byłeś trochę z boku. Że byłeś lubiany, nikt nie miał z tobą na pieńku, ale jednak czasem jakbyś chciał zaimponować wyciągając na przykład porządny zwitek banknotów. 

– Nie przypominam sobie z tymi banknotami. Może chciałem po prostu zapłacić za wszystkich po obiedzie lub kolacji? Taki jestem, do dziś zresztą. A w szatni rzeczywiście problemów z nikim nie miałem. Byłem sobą, normalnym chłopakiem. Z tym francuskim to też nie do końca tak, że nic nie umiałem. Owszem, zaniedbałem naukę, powinno być lepiej, ale rozumiałem co mówi trener i koledzy. W Lille na przykład wziąłem pod swoje skrzydła młodego Lucasa Digne’a – nie znając francuskiego bym mu przecież nie pomógł. Przyznaję jednak, że mały Kuba mówił lepiej po francusku niż ja. I dziś wiele nie pamiętam z tego języka. 

Masz dziś poczucie, że osiągnąłeś tyle, ile powinieneś? Czy mogło być lepiej?

– Słuchałem z boiska Mazurka Dąbrowskiego na mistrzostwach świata i hymnu Ligi Mistrzów. Dużo zrobiłem, a przecież wielu chłopaków z mojego podwórka nigdy nie zagrało w piłkę. Dziękuję Bogu, że było tego tyle, a nie myślę, ile mogło by być. Cieszę się tym, co sobie wypracowałem i dostałem od losu. Kto wie, co by było, gdyby kiedyś trener Mieczysław Broniszewski nie wziął mnie do Płocka? Można było przepaść w niższych ligach. Mogłem też skończyć grać jeszcze wcześniej, bo do dziś pamiętam jaki ból czułem, gdy specjalistka w Warszawie wypalała mi nerwy w kręgosłupie. Półtora roku walczyłem z tym bólem kręgosłupa i wreszcie trafiłem na fachowca, z którego usług korzystali także potem choćby Tomek Kuszczak i Maciek Sadlok. Ale ból podczas zabiegu był koszmarny. Wypalanie nerwów w kręgosłupie to coś, co naprawdę boli. Piekielnie. Każde nakłucie igłą to osobny ból, a nakłuć trzeba, by wiedzieć, że trafiło się w nerw. Dodatkowo nie znoszę igieł, a cały zabieg wykonaliśmy jednego dnia, bym nie tracił więcej czasu. Zazwyczaj z powodu bólu dzieli się go na dwa i daje tydzień odpoczynku.

Teraz bym na taki zabieg nie poszedł. I wiem, że te nerwy odbudowują się i kiedyś zmuszą mnie, bym przestał grać. Pani doktor powiedziała mi już wtedy, że powinienem skończyć grać, a miałem 28 lat. Zaraz dodała, że wie, że nie skończę, a ja powiedziałem, że skończę, jak wyląduję na wózku. I to był chyba największy strach w moim życiu. Że wyląduję na wózku i nie wstanę. Ale wyjścia nie miałem, musiałem zaryzykować. Dziś już nie muszę i drugi raz w to nie wejdę.

Nie miałeś wielu kontuzji, ale ina przeszkodziła ci w transferze do Olympique Marsylia?

Kolano, nie zaleczone. Miałem wstępną umowę z tym wielkim klubem, ale nie chcieli czekać. Wzięli Gignaca. Gdzieś mam też w głowie, że był moment, w którym mogłem trafić do Arsenalu, ale… nie udało się i nie ma co do tego wracać. Było jak miało być. I ja naprawdę niczego nie żałuję. Było fajnie i nadal jest na szczęście fajnie, choć przeciez zupełnie inaczej niż kiedyś.

Rozmawiał Żelisław Żyżyński, Canal+Sport

Komentarze