Janusz Filipiak dla Goal.pl: interesuje mnie coś innego niż mistrzostwo, po którym ma się gołą d**ę

Janusz Filipiak
Przemysław Langier Na zdjęciu: Janusz Filipiak

– Ja chcę wygrać to mistrzostwo, ale ono nie może być celem samym w sobie. Chcę mieć pewność, że jeśli kiedyś odejdę, nawet z powodów biologicznych, klub będzie wielki przez lata – mówi w rozmowie z Goal.pl Janusz Filipiak, właściciel i prezes Cracovii.

  • W wywiadzie z Januszem Filipiakiem poruszamy wątek sukcesji w klubie
  • Rozmawiamy także o mistrzostwie Polski, którego wciąż w gablocie w czasach Comarchu brakuje
  • Poza tym nie brakuje wątku odejścia Marcosa Alvareza, zadłużenia Cracovii, ewentualnych szaleństw na rynku transferowym, powrotu Jacka Zielińskiego oraz słynnego wywiadu o jedzeniu przez Polaków mięsa

Kiedy ten tytuł?

Cracovia będzie mistrzem Polski?

Tak. Może nawet w tym sezonie. Zobaczymy. Nikt na nas nie stawia, ale kto stawiał na Piasta Gliwice kilka lat temu?

Skoro patrzymy w przeszłość, to łatwo dojść do wniosku, że wielu mistrzów w ostatniej dekadzie wygrywało ligę jej słabością. Tracili sporo punktów, ale rywale wcale nie gonili. To dla was szansa?

Nie uważam, że mamy słabą ligę. Porażka Lecha w Baku 1:5 to wypadek przy pracy, który nie odzwierciedla sytuacji polskiej piłki nożnej. Od tamtego meczu minął tydzień i okazało się, że w następnej rundzie to Polacy wygrywają po 5:0. Nasze zespoły są coraz lepsze. Jeśli natomiast miałbym szukać gdzieś szansy dla Cracovii poza klubem, to w zmianach, do jakich doszło wewnątrz kandydatów do tytułu. To nie dotyczy Rakowa, ale Lech, Legia i Pogoń zmieniły się dość znacząco – mam na myśli zmiany kadrowe i trenerskie. A z mojego 20-letniego doświadczenia wynika, że odbije się to na ich wynikach.

Dobrze, że pan wspomniał o 20-leciu w Cracovii. Wchodząc w piłkę uwierzyłby pan, że udzielając wywiadu po dwóch dekadach, dziennikarz będzie miał możliwość spytać nie tylko, kiedy wreszcie będziecie mistrzem, ale też, kiedy chociaż skończycie na podium?

Nie, nie… Nie wciągnie mnie pan w tę retorykę. Ja nie kupuję tematu mistrz Polski.

Prawie zaniemówiłem.

To już panu tłumaczę. Nie interesuje mnie wydarzenie jednostkowe, tylko znacznie szersza budowa klubu. No i to też nie jest tak, że jakiś klub może dziś wejść na rynek i sobie skupić najlepszych zawodników, a później dominować nad ligą. Wypomina mi się erę Cupiała, ale wtedy było tak, że polscy zawodnicy mieli bardzo ograniczone możliwości wyjazdu zagranicę. Cupiał mógł brać bardzo dobrych Polaków, którzy przy pewnej przebitce finansowej chętnie podpisywali kontrakt. Dziś czasy się zmieniły. Wyciągają nam 16- lub 17-latków. Mamy dobrego zawodnika, chcemy w niego inwestować i w momencie, gdy możemy proponujemy mu profesjonalny kontrakt, on na dzień dobry dostaje takie pieniądze na Zachodzie, że nie jesteśmy w stanie konkurować. Tam dostaje miliony, u nas dziesiątki tysięcy. W tej chwili budowa klubu, który zostawi wszystkich daleko z tyłu nie jest możliwa. Są inne czasy.

Nie będzie szalonych transferów

A nigdy nie myślał pan, lub nie myśli, o takim szalonym ruchu, na który pana stać? Biznesowo irracjonalnym, a sportowo mogącym doprowadzić do spełnienia marzeń kibiców. I przepłacić, ale spróbować zrobić w Cracovii drużynę, jakiej nie ma w Polsce nikt?

Rozumiem pana pytanie, natomiast ono świadczy o tym, że nie zna pan pieniędzy. Ja sponsorowałem Lille, TSV Monachium, teraz zaczęliśmy inwestować w wicemistrza Belgii, Royal Unions Saint-Gilloise. Zatem znam budżety tych klubów i one potrafią przekraczać 100 mln euro. I nie są to pieniądze pochodzące od właścicieli tych klubów, tylko w największej mierze pochodzą z praw medialnych. Z czego bierze się dominacja klubów hiszpańskich i angielskich? Właśnie z pieniędzy od telewizji. A ile my dostajemy? Cenię wysiłki osób zaangażowanych w pozyskiwanie coraz większych środków, ale my jesteśmy na poziomie 4 mln euro. Lille z tego tytułu dostaje grubą wielokrotność tej kwoty. Przecież ja nie włożę 100 mln euro prywatnych pieniędzy w Cracovię, nikt w Europie tego nie robi. Wysokość wpływów z zewnątrz to największy problem przy tworzeniu silnych zespołów. I dotyczy to nie tylko nas, bo mało się o tym mówi, ale niemiecka piłka też idzie w dół. Są tam dwa-cztery kluby, które mogą sobie pozwolić na wydawanie pieniędzy, a reszta musi wyprzedawać najlepszych.

Tyle, że ja nie miałem na myśli rynkowego konkurowania Cracovii z Lille, a z rywalami z Polski.

I co pana zdaniem powinniśmy zrobić?

Nie twierdzę, że pan to powinien zrobić, bo to nie moje pieniądze. Ale chciałem się dowiedzieć, czy nie chodzi takie coś panu po głowie. Na przykład sprowadzenie do Cracovii piłkarza przerastającego Ekstraklasę umiejętnościami. Sprawdzonego, którego Zachód nie próbuje nachalnie przelicytować. A później następnego.

Poda pan jakieś nazwisko?

Przykładowo – Dawid Kownacki. Była duża szansa na jego pozostanie w Lechu, więc w teorii był w zasięgu polskiego klubu, który jednak postanowił pieniędzy nie wydawać. Ale przestrzeń na taki transfer była.

Nie mówmy o abstrakcjach. Gdybym za moment zadzwonił do Kownackiego, usłyszałbym taką kwotę, jakiej nikt nie byłby w stanie wydać. Jeśli on faktycznie trafi do Lecha Poznań, to z sentymentu. Albo żeby się odbudować, na pół roku – jak ostatnio. To nie jest przykład reprezentatywny. Reprezentatywnym przykładem dla polskiego rynku, zostając przy Lechu Poznań, są jego młodzi piłkarze. Wszyscy, którzy się wyróżniali, odeszli. I nie zgadzam się, że Lech chciał ich sprzedać. Po prostu nie miał wyjścia.

Wspomniał pan o inwestycji w wicemistrza Belgii – będzie to miało jakikolwiek wpływ na budżet Cracovii?

Nie. To bardzo małe kwoty. Mniejsze niż koszt jednego zawodnika.

Zadłużenie? Nie jest problemem

Przez lata w Cracovii realizowany był model klubu, który ma zysk i na siebie zarabia. Obecnie klub żyje z pożyczek Comarchu. Czym spowodowana jest ta zmiana i czy to jest docelowy nowy model?

Nie mamy żadnego długu operacyjnego związanego z kontraktami piłkarzy. Cały nasz dług to Rączna, Rączna, Rączna. Dostaliśmy małą dotację ze Skarbu Państwa, a grupa Comarch musiała dopłacić 40 mln zł. To potężne pieniądze. Utrzymanie Rącznej co roku kosztuje 5 mln zł. To jedyny powód zadłużenia.

Jest plan jego spłaty?

Spokojnie, panujemy nad tym. Grupa Comarch to jest 1,5 mld zł. To dla nas nie są niewyobrażalne kwoty. Gdyby to były pieniądze, które miały o czymkolwiek decydować, tobyśmy tego nie robili.

Biorąc pod uwagę, że Rączna to inwestycja, która ma szansę kiedyś w przyszłości na okazały zwrot przy sprzedaniu kilku jej wychowanków, jest ona pana oczkiem w głowie na przykład kosztem pierwszego zespołu?

Nie. Choć uważam, że mamy lepszy ośrodek nawet od Lille, które widziałem od środka. Ale to część budowy całej Cracovii. A robiąc to, musimy odpowiednio balansować wszystkie jej elementy. Co nie jest łatwe, bo Wojciech Stawowy trudno współpracuje, ale damy radę.

Trudno?

To indywidualista. Nie można mu się wtrącać, nie można dać mu piłkarza, bo on sam musi go znaleźć. To znane problemy.

Piłkarze odchodzą i przychodzą

W ciągu paru chwil z Cracovii odeszli piłkarze z wysokimi kontraktami – Hanca, Rivaldinho, Alvarez, Van Amersfoort, Sadiković. Jest jakiś plan reinwestycji tych środków?

To już się stało. Wygraliśmy rywalizację o Makucha z Rakowem i innymi klubami. Jego sprowadzenie to nie miłość od pierwszego wejrzenia, tylko konkretna kasa. Do tego Kallman, Oshima.

To najmocniejsza Cracovia, jaką realnie można było stworzyć?

Nie odpowiem panu na to pytanie, bo mówienie typu: “Cracovia jeszcze nigdy nie była tak silna” to wróżenie z fusów i zaklinanie rzeczywistości. Mamy za chwilę mecz (rozmowa została przeprowadzona tuż przed spotkaniem Cracovii z Koroną Kielce. Pasy wygrały 2:0 – przyp. red.), zobaczymy jak to się ułoży.

Wrócę jeszcze na moment do tych, których już nie ma. Ile kosztowało was odejście Alvareza? I czy nic w tej sprawie nie macie sobie do zarzucenia?

Alvarez nas skarżył, zrobił się szum medialny. Nawet jeśli się spóźniliśmy o dzień z wypłatą, nie może być to podstawą zerwania kontraktu z jego strony. Nie było tak, że nie płaciliśmy mu przez dwa miesiące, co zgodnie z przepisami pozwoliłoby mu na taki ruch. Ogólnie sprawa została rozegrana w standardowy sposób przy takich przypadkach. Wypłaciliśmy mu kontrakt za pojedyncze miesiące, mniej niż za pięć. Jesteśmy zadowoleni z takiego rozwiązania.

A rozstania z Covilo, Golem i Wdowiakiem? Jak wyglądały z pana perspektywy?

To stare sprawy, nie wracajmy do nich. Wielka szkoda tego Wdowiaka, ale piłka nie była po naszej stronie. Nie dało się zrobić nic w tej sprawie. Tak samo jak z Pelle.

Wielka szkoda? Pan wyznaje w swojej firmie zasadę, że nie ma ludzi niezastąpionych, bo każdego pracownika można zastąpić grupą stażystów. W piłce nie znajduje pan przełożenia?

Kiedyś to powiedziałem i bardzo się to mediom “spodobało”. W przypadku Comarchu mamy do czynienia z technologią i napływ młodych, zdolnych informatyków jest potężny. W piłce jest inaczej, ale też widzę pewne części wspólne. W tej chwili o grze Cracovii decydują młodzieżowcy: Rakoczy, Myszor, Knap, Pestka, Niemczycki. Coś w tym jest. To jest nasz kierunek – inwestycja w utalentowanych chłopaków. Czy zatem cierpimy po odejściach zawodników, których chcieliśmy zatrzymać?

Pomówmy o błędach…

Rozmawiamy już kilka chwil i można wyciągnąć wniosek, że pana Cracovia zbudowana jest wyłącznie na dobrych decyzjach. Nigdy nie podjął pan takiej, której dziś żałuje? Którą sam pan ocenia, że zaszkodziła Cracovii?

Przez dłuższy okres stawiałem na młodych trenerów, których chciałem wykreować. Nie chciałem być zakładnikiem kręgu: Lenczyk, Fornalik itd. Stąd zatrudnienie Pasieki, Ulatowskiego, Podolińskiego… Uważam, że ta idea była szlachetna, ale nie przysłużyła się Cracovii. Nie będę dziś protestował, jeśli ktoś stwierdzi, że to był mój błąd. Może miałem trochę pecha? Może zacząłem to robić zbyt szybko, bo pewnie minęło już 15 lat? Dziś z powodzeniem innym klubom udało się przecież odkryć Szulczka czy Papszuna.

Raków odkrył Papszuna i w trzy lata od awansu do Ekstraklasy wygrał więcej niż pan w dwadzieścia. Szczerze – zerka pan z zazdrością w kierunku Częstochowy?

Chyba pan żartuje… Zobaczymy, gdzie będą za 17 lat (śmiech). Moje samopoczucie ma się dobrze.

To nie dobra mina do złej gry? W biznesie jest pan człowiekiem sukcesu. Spodziewam się, że łatwo się do niego przyzwyczaić, a piłce tych sukcesów trochę brakuje.

Najpierw trzeba by zdefiniować sukces w piłce.

Trofea.

Tak pan sądzi? Pewnie ma pan rację. Ale dla mnie sukcesem nie jest zdobycie mistrzostwa Polski i skończenie jak Wisła po Cupiale lub Polonia po Wojciechowskim. Dla mnie celem jest budowa wielkiej Cracovii i to się dzieje. Kiedy tu przyszedłem, był wielki syf. A w tej chwili mamy stadion, nową halę lodową, masę trofeów w tej dyscyplinie, grę w Lidze Mistrzów. Mamy przy Wielickiej Szkołę Mistrzostwa Sportowego, która ma nowe budynki, centrum w Rącznej.

To warstwa materialna. A ona może iść w parze z mistrzostwem Polski.

Powtórzę – nie interesuje mnie mistrzostwo Polski, po którym za jakiś czas ma się gołą d**ę. Ja chcę wygrać to mistrzostwo, ale ono nie może być celem samym w sobie. Chcę mieć pewność, że jeśli kiedyś odejdę, nawet z powodów biologicznych, klub będzie wielki przez lata. Bo będzie miał bardzo mocne podstawy materialne. A takich, jak ma Cracovia, nikt nie ma.

Jaka przyszłość czeka Cracovię?

Cracovia poradzi sobie, gdyby pana z dnia na dzień zabrakło?

Ależ oczywiście, że tak. Cracovia będzie częścią struktury grupy Comarch, która będzie trwała. Chciałbym, by każdy kibic, który wypomina mi brak mistrzostwa, zauważył, że jego klub nie będzie kwiatem jednej nocy, a dużą organizacją, której fundamentami nie da się zatrząsnąć. U nas nigdy nie dojdzie do sytuacji, w której zdobędziemy mistrzostwo Polski, a później zaczną się dziać złe rzeczy. Konsekwentnie to realizujemy, a jeśli ktoś tego nie rozumie, to on ma problem.

W wywiadzie w lutym dla Gazety Wyborczej mówił pan pół żartem, pół serio, że jedyną osobą, która mogłaby w Comarchu pana zastąpić, jest pański syn, ale tak naprawdę to nikt nie podejmie się tam tak ciężkiej pracy i nie zdecyduje się na życie w takim stresie, jak pan. Z Cracovią jest podobnie?

To zakład z przyszłością. Nikt nie wie, jak będzie. Natomiast wszyscy patrzą na Comarch czy Cracovię przez pryzmat mojej osoby. Nie. To bardzo duże ilości ludzi, które wykonują wyśmienitą pracę. Ja jestem twarzą, przyciągam uwagę, a przecież w Comarchu jest jeszcze kilka osób, których zarobki przekraczają milion złotych. To dowód, jak mocne są te struktury nawet po wyjęciu z nich mnie.

W tym samym wywiadzie wspomniał pan, że musi pomyśleć o sukcesji. Jako że ja jestem dziennikarzem sportowym, a nie biznesowym, muszę spytać o sukcesję w klubie. Myślał pan już o tym?

W czerwcu było walne zgromadzenie akcjonariuszy. Wybrano mnie na prezesa grupy na kolejne trzy lata, więc przez ten czas mamy spokój z sukcesją.

Zupełnie pan o tym zatem nie myśli?

Pan zadaje bardzo poważne pytania…

Prawdę mówiąc nie tylko ja. Pod informacją na Twitterze o naszej rozmowie, temat sukcesji w klubie był jednym z najbardziej palących.

Dobrze. Zatem odpowiem. Z żoną pracowaliśmy nad sukcesją, ale to jest bardzo złożona sprawa. Sukcesja w spółce akcyjnej jest bardziej złożona od założeń Polskiego Ładu. Nie wchodząc w szczegóły techniczne, ja się zastanawiam, czy ja mam prawo definiować sukcesję w odniesieniu do trójki moich dzieci? Chodzi o to, że ja zejdę z tego świata i pytanie, czy mogę mówić swoim dzieciom, co one mają robić po tym zdarzeniu. Odpowiedź jest negatywna. Poza tym przy obecnym systemie prawnym, jaki obowiązuje w Polsce, mówię tu w dużym uproszczeniu, nawet jeśli ja kogoś nominuję, a później zejdę z tego świata, dwójka pozostałych dzieci może go “zdenominować” (śmiech). Dlatego problem sukcesji jest abstrakcyjny. Dzieci muszą się ułożyć.

Żebym dobrze zrozumiał – w takim razie temat sukcesji to nie jest tylko kwestia zawieszona na trzy lata, o których pan wspomniał, ale w ogóle sprawa, która nie będzie poruszana?

My naprawdę dużo czasu spędziliśmy z prawnikami nad tym tematem. I wyszło, że ja nie mam jak zdefiniować sukcesji. To dzieci będą decydować między sobą, co dalej. Jak ja im coś dziś zaprojektuję, one mogą to zaraz odrzucić.

Pana dzieci mają predyspozycję do prowadzenia klubu?

Chodzi o predyspozycję i chęć. Ale na pewno będą chciały. Choć syn na stałe żyje w Stanach, córka na stałe w Szwajcarii. Druga córka jest obecna dziś na meczu z całą ekipą i może ona jest najbardziej zainteresowana w tej chwili. Ale jest młoda, ma 26 lat. Nie będę dziś robił jak kiedyś w Arce, gdy prawnik kupił klub i dał go w prezencie 20-letniemu synowi (chodzi o Dominika Midaka – przyp. red.).

Lepsza wersja Jacka Zielińskiego

Przechodząc do sportu. Jest pan w stu procentach zadowolony z powrotu Jacka Zielińskiego?

Tak, w stu procentach. W tej chwili mamy trzech tenorów, czyli Jacka Zielińskiego, Stefana Majewskiego i Wojciecha Stawowego i próbujemy to poukładać. To rzadka sytuacja, bo mówimy o trzech trenerach o bardzo znanych nazwiskach i z bogatą przeszłością ekstraklasową. Ale wydaje mi się, że to działa. Jacek Zieliński jest dziś dużo lepszym trenerem niż on sam, kiedy pracował tu za pierwszym razem.

Sto procent zadowolenia nakazuje mi spytać, czy ściga pana poczucie, że Cracovia mogłaby być dziś w innym miejscu, gdyby trener Zieliński wrócił wcześniej?

Znów próbuje mnie pan wciągnąć w gdybanie. Pracowaliśmy z trenerem i była to dobra współpraca, z sukcesami. Był Puchar Polski, Superpuchar, gra w Europie. Potem ten układ się zmęczył. To nic osobistego – po prostu w piłce tak jest, że w warunkach dużej presji pewne relacje, na przykład pomiędzy trenerem a piłkarzami, zmieniają się. Byłem zwolennikiem długiej pracy w jednym układzie, ale chyba muszę to przemyśleć. Dziś uważam, że w lutym, kiedy trener Probierz chciał zrezygnować, prosząc go, by został, popełniłem błąd. W tej chwili moje myślenie jest takie, by może nie co rok albo co dwa, ale jednak zmieniać układy. By piłkarze i trener nie męczyli się ze sobą.

Brzmi jak pocałunek śmierci dla Jacka Zielińskiego. Że jak skończy drugi rok pracy w Cracovii, będzie musiał powoli pomyśleć o pakowaniu walizki.

(śmiech) Moje słowa są jak dwie strony medalu. Bo dotyczą także piłkarzy. Chcieliśmy ich trzymać długo, vide Hanca, który podpisał kontrakt na pięć lat, a przed ich upływem układ się wyczerpał. Dlatego to nie jest pocałunek śmierci dla Jacka Zielińskiego, a twierdzenie, że potrzebujemy dynamiki zmian, żebyśmy nie byli jak woda w stawie, która ciągle stoi. Czyli coś się musi dziać – wymiana piłkarzy lub wymiana trenerów. Ale zaznaczam: nie nerwowa, robiona z sensem.

Rozliczając cztery lata pracy Michała Probierza – wyszło mu w Cracovii, czy nie?

Na pewno nie powiem, że nie wyszło.

Nie ma pan zatem poczucia, że przy tej władzy, jaką od pana otrzymał trener, i przy pracy w klubie o takich warunkach, sukcesów proporcjonalnie było za mało?

Na to się składa wiele czynników i nie widzę potrzeby drążenia tego. W tej chwili mamy Jacka Zielińskiego, który będzie patrzeć na Probierza, że ten miał stabilność. Ja teraz nie mogę zmieniać trenera po kilku przegranych, bo każdy kolejny, który tu przyjdzie, będzie żył w zbyt dużej presji. A trenerzy muszą mieć komfort pracy, by w nim budować zespół.

Jakub Tabisz, czyli pierwsza linia frontu

Komfort pracy ma na pewno Jakub Tabisz, o którego też chciałem spytać. Nie ma co kryć, że trwa mimo bardzo złej sławy u kibiców Cracovii. Słyszałem – choć osobiście nie miałem okazji się przekonać – że wchodzenie w konflikty nie przychodzi mu z trudem. Prawda to?

On ma trudną rolę. Wszyscy wpadają na genialny pomysł, że im się należy 20 tys. zł miesięcznie. Pomocnik trenera, trener bramkarzy itd. To skok na kasę, klasyczny w klubie piłkarskim. I Tabisz jest na pierwszej linii frontu. Ja odmawiam, a on później musi coś z tym zrobić. Rozumiem, że trener powinien otrzymać worek pieniędzy, bo to on ponosi odpowiedzialność, to on odczuwa największy stres. Ale sztab szkoleniowy? I wtedy wchodzi Jakub Tabisz. Prowadzi rozmowy, które nie są ani łatwe, ani miłe.

Słyszałem, choć bardzo mocno nieoficjalnie, że na linii Jacek Zieliński – Jakub Tabisz nie jest zbyt kolorowo.

Na pewno nie. Sto procent nie. Poza tym dla mnie najważniejsze jest ułożenie relacji między trzema tenorami, o czym już mówiłem.

Wiceprezes Tabisz może stać się osobą, która kiedyś stanie u sterów Cracovii?

Póki żyję, będę stał ja, a później nie mam na to wpływu. To moje dzieci będą decydować.

Co z tym mięsem?

Rozmawiamy przed meczem z Koroną. Kibice zjedzą dziś na stadionie kiełbasę?

Oczywiście, że tak. Ostatnio kogoś spotkałem i słyszę od niego, że kazał pracownikom schować kanapki z kiełbasą. To nie o to chodzi, a o nadkonsumpcję mięsa. Kupowanie takich ilości, jakich nie jest się w stanie przejeść. Zamrażarki powinny wyjść z użytku, bo przechowuje się tam jedzenie miesiącami, by je później wyrzucić. Ja mówię szczerze to, co jest prawdą. A prawda lubi spotykać się z hejtem. Bo po moim wywiadzie jedna czy druga pani ekolożka powiedziała to, co ja. Ale mnie jako milionerowi nie wolno.

Bo to wygląda, jakby pan z pozycji milionera zerkał na pozostałych ludzi z wyższością.

Tak to zostało zinterpretowane, natomiast wykorzystując okazję powiem, o co mi konkretnie chodziło: jemy o 30 proc. więcej mięsa niż średnia w Unii Europejskiej. Przykre, że przytoczenie faktów przez ekolożkę jest OK, ale gdy mówi to milioner, to jest to już pogarda. Come on.

Komentarze