Pułapka naśladownictwa. Wisła Kraków kontra rzeczywistość

Wisła Kraków
PressFocus Na zdjęciu: Wisła Kraków

Polskim futbolem rządzą fale, której najlepiej definiuje nieśmiertelna anegdota dotyczącego byłego prezesa Korony Kielce. Ów działacz, w reakcji na panujące trendy w rodzimym piłkarstwie, poprosił współpracowników o sprowadzenie hiszpańskiego napastnika. Dalej nie było już żadnych konkretów, wysoki, szybki, grający piłką, świetnie strzelający głową – nieistotne, ma być hiszpański. Inni mają hiszpańskich, u innych działa, więc i my musimy ściągnąć kogoś posługującego się piękną kastylijską mową.

To oczywiście przypadek jednostkowy, w dodatku skrajny. Natomiast w mniejszym stopniu dotyczy właściwie każdego klubu w Polsce, każdej organizacji, która nawet z potężną wiarą we własny pomysł i wizję, jest zmuszona rozglądać się na boki. I mniej lub bardziej – ulegać modom. Czasem to dość konkretne decyzje na poziomie, nazwijmy to, operacyjnym. Masz trzy telefony od menedżerów, dwóch proponuje Słowaka i Czecha, ale trzeci ma wybitnego grajka prosto ze słonecznej Majorki. A przecież widziałeś w akcji Iviego Lopeza, widziałeś, co potrafi Jesus Imaz, dobra, dawajta tego Hiszpana, podpisujemy. Zbliżeni zawodnicy, zbliżony profil, decyduje czutka – jego rodakom w Polsce się powiodło, więc może i on odpali. Wbrew pozorom – takich fal w polskiej piłce kilka było, od fascynacji zawodnikami z Bałkanów, walecznymi i tanimi, przez chwilową modę na Brazylijczyków, aż po przeszukiwanie Skandynawii pod kątem nowych Hamalainenów. To zresztą do pewnego stopnia nie jest nic złego – zwłaszcza, że naśladowanie najlepszych to niezła droga do wyrobienia po jakimś czasie własnego know-how.

Wisła Kraków chciała kopiować

Problem pojawia się, gdy chcemy kopiować rozwiązania, nie zapewniając surowca do ich wdrożenia. Tak jak kluby, które zapragnęły mieć hiszpańskich magików, ale stać ich było tylko na hiszpańskich hochsztaplerów. Tak jak kluby, które chciały kopiować styl zarządzania oparty na mocnej roli dyrektora sportowego a’la Adamczuk w Pogoni, ale bez nikogo choćby zbliżonego kompetencjami do Adamczuka z Pogoni. No i tak jak kluby, którym zamarzyła się ścieżka Rakowa Częstochowa. A moim zdaniem – jednym z tych klubów była Wisła Kraków ostatnich miesięcy.

O samym zwolnieniu Jerzego Brzęczka napisano już wiele – jego wyniki zresztą były na bieżąco recenzowane przez całą piłkarską Polskę, jak to bywa w przypadku byłych selekcjonerów. Spadek Wisły Kraków to było jedno z najważniejszych wydarzeń w rodzimym futbolu ostatnich lat, szczególnie, że przecież przytrafił się niejako puentując cały ten gorący okres pomiędzy przejęciem klubu przez ekipę Marzeny Sarapaty, a szczerym wyznaniem Jakuba Błaszczykowskiego o tym, że “zajebał”. W Wiśle ostatnich lat działo się wszystko, wydarzyło się wszystko i biorę pełną odpowiedzialność za każde z tych słów. Bo przez “wszystko” trzeba rozumieć zagrożenie przejęcia klubu przez Hulka Hogana za złotówkę. “Wszystko”, czyli deal, który wysypał się, bo kambodżański książę doznał zawału w samolocie do Nowego Jorku. “Wszystko”, czyli przejęcie 13-krotnego mistrza Polski przez gang, a następnie ucieczkę szefa tego gangu przed surowym wyrokiem w wygodny artykuł 60, oparty na współpracy z organami ścigania.

Ale organizacja to jedna kwestia, wydarzyło się też “wszystko”, jeśli chodzi o murawę. Wisła Kraków tylko w ostatnim okresie, już gdy tercet ratowników wykorzystał kredyt zaufania związany z ugaszeniem największych wiślackich pożarów, miał przecież w strukturach Adriana Gulę, momentami przymierzanego do największych polskich klubów. Był model oparty na gegenpressingu Petera Hyballi, wreszcie było skupienie władzy w rękach wybitnego fachowca, za jakiego uchodził Jerzy Brzęczek. I to właśnie te dwie ostatnie wizje Wisły Kraków są warte odrębnego omówienia.

Zasadniczo bowiem wyruszono dwukrotnie od ściany do ściany. Pierwsza wizja była spójna z kreowanym wizerunkiem klubu nowoczesnego, opartego na młodzieńczym entuzjazmie, na rozwiązaniach godnych trzeciej dekady XXI wieku, w czym oczywiście wizerunkowo pomagał Jarosław Królewski, kreujący się na lokalnego Elona Muska. Tomasz Pasieczny w roli dyrektora sportowego ze sporą władzą, czyli koniec z komitetami transferowymi oraz wiecznie wtrącającymi się działaczami. Adrian Gula w roli trenera, czyli zagraniczny specjalista z interesującym CV oraz filozofią zgodną z aktualnymi światowymi trendami. Nie chcę się pastwić i wyliczać, jak to się skończyło, więc przejdę od razu do wizji drugiej. Jerzy Brzęczek. Jako trener. Jako bliski właścicieli klubu. Jako dyrektor skautingu, dyrektor sportowy, jako człowiek, który mebluje klub po swojemu. Trudno nie odnieść wrażenia, że Brzęczek dostał wreszcie tę misję, którą chciał zrealizować już… w Rakowie Częstochowa. To dość często pomijany aspekt, a przecież wcale nie jest tak, że to aspekt nieistotny. Zanim Raków związał się z Markiem Papszunem, Michał Świerczewski postawił na tych, którzy Raków zbierali z kolan i którzy Raków ratowali przed bankructwem. Jerzy Brzęczek był wówczas trenerem, ale był też twarzą odbudowy. Trafił do Rakowa, gdy trzeba było się przebierać przy świeczkach, a dotrwał czasu Michała Świerczewskiego, który chciał tutaj budować coś naprawdę na poważnie. Brzęczek odrzucał oferty z wyższych lig, bo chciał być kimś, kto przeprowadzi Raków z piekła do nieba, kto będzie się piął po szczebelkach, kto poprowadzi z nędzy do pieniędzy. Chciał być tym, kim stał się Marek Papszun. Po tym jak Michał Świerczewski z Jerzym Brzęczkiem się rozstał.

Czy teraz Brzęczek chciał spróbować zbliżonej misji z większym klubem? Udowodnić coś sobie i światu, zwłaszcza, że przecież po drodze wstąpił na ten trenerski Olimp, jakim jest prowadzenie reprezentacji Polski? Trudno osądzać. Ale jestem przekonany, że w Wiśle Kraków widzieli w Brzęczku kogoś takiego – człowieka z kompetencjami, z werwą, charakterem i pracowitością, ale przede wszystkim warsztatem, który pozwoli zbudować coś w pełni autorskiego. Papszun momentami doprowadzał do rewolucji w szatni, potrafił być nieugięty i bezkompromisowy, wchodził w konflikty, ścinał głowy królom. Dostał czas, warunki, wsparcie, a następnie już za sprawą swojej ciężkiej pracy, swoich pomysłów, swojej intuicji i wiedzy, doprowadził Częstochowę i samego siebie do obecnego miejsca w polskiej piłce. Brzęczek, patrząc na jego całą karierę, najprawdopodobniej nosił inny rozmiar kapelusza. Po prostu, nie ma sensu się tutaj obrażać, boczyć. Nie nadawał się do roli, którą sam dla siebie widział, nie nadawał się do roli, w której widzieli go jego bliscy – pech chciał, że akurat decydujący o tym, w którym kierunku ma płynąć Biała Gwiazda.

Zazwyczaj jestem zwolennikiem cierpliwości wobec trenerów, jestem zwolennikiem podejścia, w którym jeśli już decydujesz się na jakąś wizję, to po prostu konsekwentnie podążasz zgodnie z własnymi wytycznymi. Gorzej, gdy wizja jest utopijna, najgorzej: gdy do utopijnej wizji dobierasz wykonawcę z zupełnie innym zestawem zalet i wad…

Wisła Kraków – ciemna i… ciemniejsza strona medalu

Co z perspektywy Wisły Kraków jest najbardziej niepokojące? Pierwsza, kluczowa sprawa – dziś to budowanie właściwie od zera. Wisła po wszystkich swoich organizacyjnych i finansowych zawirowaniach była zmuszona w ostatnich miesiącach dość radykalnie ciąć koszty – co odbiło się oczywiście na liczbie osób zatrudnionych wokół budowy klubu. Skupianie władzy w ręku Jerzego Brzęczka wynikało zapewne z chęci wzmocnienia jego pozycji i zaufania do jego kunsztu, ale jednocześnie zgadzało się z przyjętą strategią finansową – Brzęczek miał realizować to, co w innym układzie byłoby rozbite na większą liczbę etatów. Plan był naprawdę sprytny, sęk w tym, że Wisła pozostaje:

  • bez przekonującego trenera (Radosław Sobolewski wydawał się opcją awaryjną i tymczasową, ale szybko ogłoszono, że jednak to już docelowy trener, który ma wprowadzić Wisłę Kraków do Ekstraklasy)
  • bez dyrektora sportowego
  • bez rozbudowanych struktur w sferze skautingu
  • bez finansowego zaplecza, które pozwoliłoby szybko zamaskować trzy poprzednie braki

To jedna strona medalu, ta ciemna. Jaka jest druga? Cóż, jeszcze ciemniejsza. Wisła Kraków jest w I lidze i nie może sobie pozwolić na rozłożenie ramion z rezygnacją. “Okej, zawaliliśmy, teraz potrzebujemy paru miesięcy na przebudowę całego modelu prowadzenia klubu, a w przyszłym sezonie powalczymy o awans”. Nie, Wisła potrzebuje wyniku na tu i teraz, potrzebuje szybkiego odbicia z powrotem w stronę dwóch pierwszych miejsc, a wiosną spokojnego doszlusowania do krajowej elity. Potrzebuje tego nie ze względu na historię, kibiców czy inne tego typu wartości, potrzebuje tego ze względów finansowych. Z obecnymi wydatkami w I lidze można pobyć rok, potem potrzebne jest urealnienie rubryki kosztów z tymi po stronie przychodów (albo nagły zastrzyk gotówki od sponsorów/inwestorów). Czyli albo kasa z Canal+, albo cięcia, które ponownie skomplikują misję powrotu do Ekstraklasy.

To cały sekret I ligi, cała skala jej trudności. Nie wystarczą znane nazwiska, nie wystarczy wyższy budżet, fanatyczni kibice, ba, nawet utrzymanie zawodników, którzy wcale nie tak tragicznie radzili sobie szczebel wyżej. Nikt nie da tutaj gwarancji sukcesu. Nikt nie da tutaj za darmo punktów w Chojnicach, bo przecież zanim na Chojniczance wyłożyła się Wisła, przegrał inny zespół z topu tabeli, ŁKS Łódź. Liga trudna, specyficzna, a tym trudniejsza i tym bardziej specyficzna, im wyższe oczekiwania, wyższy potencjał, wyższa presja, by regularnie punktować. Dlatego tak trudno jest się z niej wygrzebać klubom, które “muszą”.

A Wisła Kraków, niestety dla swoich kibiców, właścicieli, nowego sztabu, jest klubem, który “musi”.

Komentarze