To właśnie wtedy dociera do mnie, jak niesamowicie czyste i bezbronne jest to dziecięce spojrzenie na sport. Michaś potwornie przeżywa każdą porażkę. Bardzo ciężko mu zrozumieć i zaakceptować to, że nasza Wisła Kraków może przegrać albo że reprezentacja Polski nie wygra absolutnie każdego spotkania, na które wychodzi. Często, gdy widzi, że wynik nie układa się po naszej myśli, patrzy na mnie i mówi z taką rozbrajającą powagą: Tato, a możemy po prostu nikomu nie kibicować? Wtedy później nie będzie nam przykro.
I kiedy tak z nim siedzę, słuchając tych pięcioletnich mądrości, moje myśli automatycznie uciekają trzydzieści lat wstecz. Do mojego własnego dzieciństwa.
Stadion w cieniu kopalni i bramki od dziadka
Dorastałem w latach dziewięćdziesiątych, na osiedlu zlokalizowanym w bezpośrednim sąsiedztwie kopalni. Nie mieliśmy orlików z równiutką, sztuczną trawą i oświetleniem włączanym na przycisk. Mieliśmy za to coś o wiele ważniejszego: chęci i siebie nawzajem. Nasze osiedlowe boisko stworzyliśmy sobie sami, wydeptując plac do gry centymetr po centymetrze.
A potem wydarzyła się magia. Mój dziadek postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zespawał nam prawdziwe, ciężkie, profesjonalne metalowe bramki. Gwarantuję wam, że w tamtym czasie nie było w całej okolicy lepszego boiska. A przynajmniej nikt w promieniu kilku kilometrów nie miał tak luksusowych bramek jak my. Byliśmy królami podwórka.
To właśnie w cieniu tych metalowych słupków odtwarzaliśmy wszystko to, co wcześniej chłonęliśmy przed ekranami telewizorów. Bo sport na podwórku i sport z kineskopu żyły wtedy w idealnej symbiozie. Wybiegaliśmy z domów naładowani emocjami po kolejnym odcinku „Kapitana Jastrzębia” czy „Piłki w grze”. Każdy chciał uderzać tak potężnie jak Tsubasa, każdy chciał być liderem i prowadzić drużynę do zwycięstwa jak chłopaki z liceum Kakegawa. Kopiowaliśmy te nierealne, animowane zagrania, zdzierając kolana i łokcie, a wyobraźnia podpowiadała nam, że ten wyboisty plac pod kopalnią to sam środek wielkiego, światowego finału.
Integracja, o której nie pisali w książkach
Rozgrywaliśmy tam setki, jeśli nie tysiące meczów. Były potężne awantury, boiskowe kłótnie o to, czy był faul, czy piłka minęła słupek, obrażanie się i natychmiastowe godzenie. Zwykłe, tętniące życiem podwórko.
I w samym środku tego wszystkiego byłem ja – niewidomy chłopak.
Wiadomo, że miałem wtedy gigantyczne, nieocenione wsparcie moich dwóch braci. Ale kiedy dzisiaj patrzę na to z perspektywy dorosłego faceta, dociera do mnie jedna, niesamowita rzecz. My tam na tym boisku, jako banda zwykłych dzieciaków, robiliśmy całkowicie instynktownie coś, o czym dzisiaj studenci pedagogiki uczą się z grubych, mądrych książek. To była najczystsza, stuprocentowa, naturalna integracja. Nikt nie robił z tego wielkiego halo, nikt nie tworzył sztucznych barier ani specjalnych protokołów. Byłeś z osiedla, chciałeś grać, to grałeś. Po prostu.
Szybko, krótko i w świecie powiadomień
Zastanawiam się często, skąd właściwie wziął się ten dzisiejszy, tak drastyczny spadek zainteresowania sportem wśród młodych ludzi. My potrafiliśmy czekać bity tydzień na kolejny odcinek bajki, w której lot piłki do bramki trwał dwadzieścia minut. Byliśmy cierpliwi. Wychodziliśmy na dwór i graliśmy do zmroku. Dzisiaj, kiedy nowy serial debiutuje na Netfliksie czy innej platformie, przeważnie od razu dostajemy cały sezon. Nie musimy tygodniami czekać w napięciu, by dowiedzieć się, co wydarzy się dalej, bo po prostu jednym kliknięciem włączamy kolejny odcinek. To uczy nas wszystkich, że wszystko można mieć tu, teraz i natychmiast. A przecież prawdziwe życie tak nie działa. Budowa domu, nowej drogi czy wiaduktu to żmudny proces. To rzeczy, na które trzeba umieć poczekać, bo nie powstają od razu na pstryknięcie palców.
Dzisiaj żyjemy w świecie totalnego przebodźcowania. Dzieciaki i nastolatkowie funkcjonują w rzeczywistości, w której wszystko musi dziać się natychmiast – szybko, krótko i konkretnie. Pełne 90 minut meczu to dla wielu z nich wieczność, której nie są w stanie wysiedzieć. Wolą obejrzeć dziesięciosekundowy skrót na TikToku, efektowny zwód w rolce na Instagramie i od razu przewinąć dalej.
Zgubiliśmy gdzieś te prawdziwe relacje. Zamiast biegać po błocie, drzeć się na siebie po faulu i wspólnie przeżywać emocje, młodzi zamknęli się w świecie powiadomień. Ale nie oszukujmy się – nas, dorosłych, dotyczy to w dokładnie takim samym stopniu. My też daliśmy się wciągnąć w tę pułapkę. Złapcie się sami na tym, jak często wolicie do kogoś po prostu napisać, bo tak jest rzekomo szybciej, zamiast na spokojnie do niego zadzwonić i zapytać, co u niego słychać. Bywa to wręcz przerażające, zwłaszcza w pracy – zdarza się, że osoba, która siedzi w tym samym pokoju albo dosłownie za ścianą, woli wysłać do ciebie maila, zamiast wstać, podejść i normalnie zagadać.
Prawdziwe rozmowy i spotkania zastąpiliśmy szybkimi wiadomościami. Trudno się więc dziwić, że młodym coraz ciężej poczuć prawdziwą więź z drużyną czy w ogóle ze sportem, kiedy ich uwaga jest natychmiast kradziona przez kolejny wibrujący alert w telefonie.
Kiedy dzisiaj patrzę na Michasia i na to, jak bardzo zmienił się nasz świat, zastanawiam się, czy faktycznie jest on teraz lepszy. Na pewno mamy wygodniej. Mamy wszystko na wyciągnięcie ręki, profesjonalny sprzęt i orliki pod nosem. Ale mam wrażenie, że w latach dziewięćdziesiątych, nie mając w zasadzie nic, tak naprawdę mieliśmy wszystko, co najważniejsze. Dlatego, kiedy mój syn prosi mnie, żebyśmy nikomu nie kibicowali z obawy przed porażką, przytulam go i tłumaczę, że sport, podobnie jak to moje dawne osiedlowe podwórko, po prostu uczy nas życia. I tych pięknych zwycięstw, i tych bolesnych porażek.
Trzymajcie się i do następnego tygodnia.
Marcin Ryszka









