Deprecjonowanie Zidane’a wyrazem ignorancji

Zinedine Zidane
Zinedine Zidane PressFocus

Jeżeli trzy kolejne Ligi Mistrzów nie przekonały niewiernych Tomaszów, to nic już nie jest w stanie tego zrobić. W ciągu ostatnich tygodni Zinedine Zidane udowodnił jednak, że jest mistrzem zarządzania kryzysowego, a jego zespoły zawsze są w formie w kluczowych meczach sezonu.

Zidane – “wybierający jedenastkę” czy geniusz?

To nie tak, że kwestionowanie Zinedine’a Zidane’a rozpoczęło się w Polsce. Choć Francuz jest, bez żadnej dyskusji, uznawany za jednego z najlepszych pomocników w historii, jego dokonania w roli szkoleniowca są deprecjonowane nawet w Hiszpanii.

Gdy przyszedł, w klubie pełnym blaskiem świeciła  pewna portugalska gwiazda, wspierana przez dwóch innych gwiazdorów. “Tercet Karim Benzema, Gareth Bale i Cristiano Ronaldo będzie u mnie grać zawsze” – zwykł wówczas mawiać trener. Narracja w mediach wydawała się zatem jasna. Real Madryt ma maszynę do strzelania bramek, a o podania troszczą gracze topowi na swoich pozycjach. Zinedine Zidane nazywany był “wystawiaczem składu”. Kimś, kto mówi: macie piłkę, chłopaki, miłego kopania, widzimy się za półtorej godziny.

Mijały lata, a gablota na Santiago Bernabeu nie nadążała z przygotowywaniem szaf na kolejne trofea. Zidane wygrał finał w Mediolanie. Rok później wygrał finał w Cardiff. A rok później wywiózł uszaty puchar z Kijowa. Mimochodem do tego, niespotykanego wcześniej wyniku, dołożył też mistrzostwo oraz Puchar Hiszpanii, dwa Superpuchary UEFA i tyle samo Klubowych Mistrzostw Świata. Poczuł się zmęczony i odszedł. Plotki głosiły, że nie był w stanie pogodzić się ze zmierzchem części swoich żołnierzy. Do tego jeszcze wrócimy.

Pod wodzą Santiago Solariego i Julena Lopeteguiego Real Madryt prezentował wyniki poniżej oczekiwań. Wnioski? Zabrakło Cristiano Ronaldo. A jednak, jak trwoga, to Florentino Perez mógł zgłosić się tylko do jednej osoby ze świata sportu, z którą zbudował niepowtarzalną relację.

Zizou wrócił na stanowisko trenera i wydawało się, że ma więcej do stracenia niż do wygrania. Jego kolejne decyzje zdawały się tylko potwierdzać tę tezę. Bez zastanowienia pozbył się Achrafa Hakimiego czy Sergio Reguilona, trzymając się zawodników, którzy swego czasu dali mu trzy kolejne puchary Ligi Mistrzów.

Real Madryt zanotował kompromitujące odpadnięcie z Ajaxem Amsterdam, ale w kolejnym sezonie ewoluował. Zidane, wbrew opiniom, potrafi, jak mało kto, wyciągać wnioski. Widział, że to nie ten sam zespół, który był w stanie masakrować ligowych rywali, wbijając im po pięć czy sześć bramek w meczu. Była to jednak drużyna wciąż na tyle klasowa, by sięgała po trofea. Trzeba ją było tylko nieco zrewidować.

Zidane – pierwszy trener, któremu stadion wybaczył nudną grę

Za czasów rządów Jose Mourinho mówiło się, że portugalski trener jako pierwszy zdołał “omotać” Florentino Pereza. Nigdy wcześniej i nigdy później prezydent nie dał szkoleniowcowi takiej wolności ekspresji, która w efekcie zaowocowała otwartą wojną pomiędzy Realem Madryt i Barceloną, a także podziałem w szeregach reprezentacji Hiszpanii. Nawet “The Special One” nie mógł jednak skupić się jedynie na swojej ulubionej taktyce, opartej na kontratakach. Za czasów Mourinho Real atakował zwarcie i zorganizowanie, ale też do bólu skutecznie. Trener wiedział, że Santiago Bernabeu – stadion, nie klubowa legenda – nie wybaczy mu zachowawczej gry, skupionej na jak najmniejszej liczbie utraconych bramek.

Zidane za swojej drugiej kadencji mógł sobie pozwolić na więcej. W ubiegłym sezonie jego Królewscy najmocniej przypominali Atletico z najlepszych czasów Diego Simeone. Nie bez powodu w Madrycie uważa się, że Real to zespół bogaczy, a Rojiblancos reprezentują ciężko pracującą klasę średnią i robotniczą. Czy nie widać tego na boisku? Atletico nie jest zlepkiem gwiazd, a harującą jak wół maszyną, wspólnie dążącą do jednego celu, jakim jest zwycięstwo w danym meczu. Nieważne, jakim kosztem, czy w jakim stylu. Real Madryt 2019/2020 wziął sobie te ideały do serca, zwłaszcza po lockdownie.

Królewscy wracali do rozgrywek, zmuszeni do gonienia targanej problemami wewnętrznymi Barcelony. Zidane postawił na zwartą defensywę i… był to strzał w trzydziestkę czwórkę. Los Blancos nie tracili tak mało bramek od ponad czterech dekad, a z przodu mogli liczyć na niezmordowanego Karima Benzemę. W efekcie z łatwością sięgnęli po 34. mistrzostwo kraju.

Obecnie Real Madryt to kameleon

Podobnie rozpoczęli obecny sezon, choć wyniki tym razem nie szły w parze. Z miesiąca na miesiąc na coraz wyższe obroty wchodzili jednak weterani: Luka Modrić, Casemiro i Toni Kroos. W obecnym sezonie Real nie jest już monolitem w defensywie – choć ostatnie mecze tej tezie przeczą – za to na niebotyczny poziom wróciła ich druga linia.

Dziś Real znajduje się w półfinale Ligi Mistrzów, gdzie zmierzy się z rywalem, który nie ma z nim szans na polu doświadczenia w elitarnych rozgrywkach. Na półmetku rozgrywek ligowych, gdy o zwalnianiu Zidane’a było mówione najwięcej, Królewscy tracili do Atletico 12 punktów. W tej chwili przewaga stopniała do jednego oczka. Los Blancos wygrali oba Klasyki po raz pierwszy od trzynastu lat. A to wszystko osiągnęli w kampanii, w której sztab szkoleniowy musiał mierzyć się z ponad czterdziestoma kontuzjami!

Jose Mourinho w takim momencie wyszedłby do prasy i z pogardliwym uśmiechem dopraszał się o szacunek, wymieniając swoje osiągnięcia. Zidane natomiast podchodzi do sprawy z uśmiechem i klasą, między wierszami sugerując, że niebawem sam zechce pożegnać się z pracą w Madrycie.

Przyszłość Zidane’a jawi się w trzech kolorach

I tu powracamy do największego znaku zapytania w karierze trenerskiej Zidane’a. Wiemy już, że Francuz jest elastyczny taktycznie, ponadto potrafi z ukształtowanych zawodników wyciągnąć to, co najlepsze. Póki co, nie radzi sobie z kształtowaniem młodych. Wspomniana sprzedaż Reguilona i Hakimiego to tylko wierzchołek góry lodowej. Gdy Real wchodzi w swój “god mode”, Zizou najchętniej grałby 12-13 graczami. Gdyby w formie był wiecznie kontuzjowany Eden Hazard, pewnie nawet Vinicius nie miałby pewnego miejsca na placu gry. Zresztą bohater pierwszego starcia z Liverpoolem wielokrotnie oglądał spotkania tego sezonu z perspektywy ławki rezerwowych.

Nie twierdzę zatem, że Zidane to najlepszy trener w historii sportu, czy nawet najlepszy spośród pracujących obecnie. Ale Zidane to mistrz zarządzania kryzysem, a także coraz wytrawniejszy taktyk. Z takim dorobkiem, umiejętnościami i chęcią korzystania z ukształtowanych graczy, kwestią czasu wydaje się objęcie przez niego stanowiska selekcjonera reprezentacji Francji. Choć, znając hiszpańskie media, nawet gdyby sięgnął po mistrzostwo Europy i świata, Les Bleus zostaliby uznani za samograj.

Komentarze