Olkiewicz w środę #36. Obrona Zagłębia przed Niepołomicami, czy to szczyt ambicji Piotra Stokowca?

Piotr Stokowiec
PressFocus Na zdjęciu: Piotr Stokowiec

Podbeskidzie takie z Łęczną. Poniedziałek o 18:00. Zimny i deszczowy wieczór w Stoke przerobiony na mroźny i zaśnieżony Bełchatów, w dodatku w spotkaniu, w którym gospodarzem może być każdy, tylko nie bełchatowski GKS. Polski futbol nie może się oczywiście równać z angielskim, jeśli chodzi o tzw. Football Culture. Cała kulturowa narośl na futbolu w Anglii jest wielokrotnie większa niż sam futbol, a przecież futbol jest tam gigantyczny. Natomiast mamy już pewne swoje ziarenka, które kiełkują w swoisty kod pojęciowy wokół piłki w Polsce.

  • Piotr Stokowiec wywołał burzę swoimi słowami o “zapierdzielaniu do Niepołomic”
  • Zagłębie Lubin przeżywa trudne chwile w Ekstraklasie. Zanotowało trzy porażki z rzędu i jest tylko cztery punkty nad strefą spadkową
  • Czy Stokowiec zachowa swoją posadę?

Piotr Stokowiec – osąd wypowiedzi

Jak to z kulturą bywa – nie ma żadnego progu wejścia, nie ma oficjalnego chrztu, otrzęsin czy innego rytuału inicjacyjnego. Po prostu zbierając doświadczenia w pewnym momencie zaczynasz tworzyć wspólnotę doświadczeń, którą łączy nie tylko podobne spojrzenie na świat, ale też podobne przemyślenia na temat jego kondycji. I tak po obejrzeniu kilkudziesięciu poniedziałkowych widowisk piłkarskich wiesz już doskonale, co ma na myśli kolega mamroczący, że “emocje jak w poniedziałek o 18:00”. Dołączasz do grona tych, którzy wiedzą i czują. Wiesz o co chodzi w akcji Podbeskidzia takiego z Łęczną, gdy oba kluby promowały swój ostatni I-ligowy bój. Wiesz też, że w Bełchatowie poza GKS-em grało 3/4 Polski, często przy wsparciu garsteczki widzów podczas lutowych spotkań Ekstraklasy. Wiesz i czujesz, bo jesteś stąd. Do takich właśnie osób, które wiedzą i czują, przemawiał Piotr Stokowiec pod płotem.

Próbowałem, uwierzcie mi, próbowałem się mocno oburzyć na wypowiedź Stokowca dotyczącą zapierdzielania do Niepołomic. Ale nie jestem w stanie rzucić kamieniem, bo sam zręcznie poruszam się na tej drabinie pojęciowej od wielu lat. Na jej szczycie jest oczywiście eurowpierdol, jako ukoronowanie dobrych występów ligowych. Świetnie występowałeś w Ekstraklasie, masz bilet do tego tradycyjnego europejskiego oklepu. Poziom niżej są po prostu zwykłe występy w elicie, często pisanej jako występy w “elicie”. Cudzysłów jest o tyle ważny, że można od razu speuntować – elitę to ma Premier League, my mamy… to, co mamy.

Jeszcze szczebelek niżej zszedł Piotr Stokowiec i naprawdę trudno go winić za użycie akurat Niepołomic. Niepołomice wgryzły się w krajobraz I ligi, Niepołomice, w dodatku z klubem o tak specyficznej nazwie, stały się trochę odpowiednikiem Podbeskidzia takiego z Łęczną, gdy mowa o dość egzotycznej drużynie na zapleczu Ekstraklasy. Tak, też wieszczyłem Wiśle w ubiegłym sezonie, że jeśli podopieczni Jerzego Brzęczka się nie ogarną, skończą jeżdżąc po Niepołomicach. Często Niepołomice towarzyszyły zresztą Niecieczy, ale odkąd Nieciecza coraz częściej albo gościła, albo chociaż ocierała się o Ekstraklasę, Niepołomice zostały na placu boju same. Zapierdzielanie po Niepołomicach jest w piłce nożnej obecne, po prostu, wśród kibiców, piłkarzy, jak widać – także wśród trenerów. Co gorsza – jest jeszcze ten ostatni poziom. Każdy wielki klub, który przeżywał kathasis w niższych ligach, ma swoje słowa-klucze. Najdziwaczniej brzmiące miejscowości z klubami III-ligowymi. “Jeżdżenie po Wikielcach” – to oczywiście szeroki uśmiech w kierunku GKS-u Wikielec. My tu w Łodzi mamy swój Nieborów i Przedbórz, Raków pewnie wspomina Lotnika Kościelec, Lechia Gdańsk – Pelplin, Dzierzgoń i Smętowo.

To jest niefortunne, to jest pewien brak szacunku. Ale nie jest to w żadnym wypadku obelga, jest to bardziej skrót myślowy dla tych, którzy wiedzą. Skrót, na który w rozmowie z kibicami własnego klubu Piotr Stokowiec – w mojej opinii – mógł sobie pozwolić. Problem tkwi w czym innym.

Piotr Stokowiec po pierwsze raczył zauważyć, że dzięki sztabowi i zawodnikom Zagłębia Lubin, udało się utrzymać w ubiegłym sezonie Ekstraklasy, co powinno być odczytywane jako zasługa. Trener, który nawet w Lechii Gdańsk bywał krytykowany przez kibiców za minimalizm, domagając się szacunku za utrzymanie Zagłębia w lidze niebezpiecznie zbliża się do mojej wizji świata, gdzie każdy kolejny oddech jest już sukcesem, każde kolejne zdanie bez błędu ortograficznego należy fetować, a każdy kolejny dzień bez totalnej zagłady należy postrzegać jako udany. Gdybym był kibicem Zagłębia – martwiłoby mnie postrzeganie ubiegłego sezonu przez Piotra Stokowca jako rzecz, którą należy się chwalić i którą należy przypominać.

Po drugie – Piotr Stokowiec jest na drodze, by po raz drugi uchronić kibiców Zagłębia od zapierdzialania do Niepołomic – a to dlatego, że Puszcza idzie pewnym krokiem w kierunku Ekstraklasy, lubinianie zaś coraz mocniej wikłają się w walkę o utrzymanie. Po trzecie – za plecami Zagłębia są 4 kluby, w każdym z nich doszło już do zmiany trenera. Jakkolwiek spojrzeć – Piotr Stokowiec wydaje się naturalnym kandydatem, by dołączyć do zacnego grona szkoleniowców z tych rejonów tabeli. I takimi wypowiedziami, w takich okolicznościach, po prostu swoich notowań u kogokolwiek nie poprawia.

To są powody do zmartwienia, a nie nieeleganckie określenie, które zabrzmiało bardzo protekcjonalnie w stosunku do Niepołomic. Oczywiście rozumiem poniekąd oburzenie i trafną ripostę fanów Puszczy, natomiast cały czas skupiam się na tym, że te feralne “Niepołomice” są raczej skutkiem niż przyczyną. Stokowiec zapędził się do koziego rogu i mnie, człowiekowi, który był fanem jego trenerskich dokonań, jest z tego powodu smutno.

Czy dałem się nabrać? To złe słowo, ale towarzyszy mi uczucie dalekiej rozbieżności między oczekiwaniami a rzeczywistością. Duet Burlikowski-Stokowiec był dla mnie może nie gwarancją sukcesu, ale zapowiedzą lepszych dni w Zagłębiu. Doskonale pamiętałem ich pierwszą wspólną kadencję, gdy dokonali rzeczy właściwie nieprawdopodobnej – uczynili z klubu stanowiącego niemalże synonim przepłacanego Bizancjum ekipę, która najpierw jako beniaminek Ekstraklasy zdobyła brązowy medal, a potem przeszła w Europie przez najeżony talentami Partizan Belgrad. W piłce ważne są te rzeczy, które zapamiętasz latami – a tamtą metamorfozę Zagłębia środowisko powinno pamiętać. Nagły i bardzo zdecydowany zwrot w stronę własnej akademii, wylansowanie kilku nazwisk, mocny skauting, parę pięknych historii – jak choćby Arkadiusz Woźniak, wychowujący się w cieniu starego stadionu, zakradający się na boiska treningowe Zagłębia, później jako wychowanek i kluczowy piłkarz prowadzący Zagłębie ku Europie. Kombinowałem, że sam Stokowiec, albo sam Burlikowski to za mało, ale skoro są obaj, skoro Zagłębie utrzymuje akademię na tym wysokim poziomie rodzimego Big Six – to może obejrzymy całkiem zjadliwy sequel?

Spoiler: nie, nie oglądamy zjadliwego sequela. Jeśli już ktoś nawiązuje do historii tamtego Zagłębia, to Mateusz Dróżdż – tylko że teraz w roli dowodzącego Widzewem, a nie jak wtedy, lubińską maszynką Burlikowskiego i Stokowca (pełnił rolę przewodniczącego Rady Nadzorczej, mocno współpracował z prezesem Sadowskim). A przecież zrobiono wiele, by wszystko spełniało żelazne reguły kinowego sequela – wrócił Bohar, wrócił Jach, wrócił nawet wspomniany już wcześniej Woźniak. Znów było wielkie promowanie młodzieży, znów parę młodziutkich perełek z akademii. Ale efekt jest taki, że Zagłębie w ostatnich pięciu meczach zdobyło jeden punkt, jednego gola, tracąc przy tym 10 bramek – a przecież rywalami byli dwaj beniaminkowie, II-ligowy Motor Lublin oraz pozostająca w strefie spadkowej Lechia Gdańsk. To nie jest dołek, to jest żenada, szczególnie, że trzeba pamiętać – ostatecznie to Stokowiec wystawia skład i Stokowiec też drużynę sobie przygotowywał. Trudno kupować gadki o niewystarczającej jakości, gdy trzymasz w składzie m.in. Bohara, Starzyńskiego czy Jacha. Trudno kupować gadki o trudnym okresie czy innej przebudowie, jeśli trzon składu tworzą wierni żołnierze, a obudowują ich młodzieżowcy również w klubie obecni od dłuższego czasu. Po prostu: trudno znaleźć argumenty na obronę Zagłębia.

Sam się zastanawiam – co będzie dalej. Nie wykluczam, że Zagłębie za moment zacznie punktować, a po dobrze przepracowanej zimie zagości tam, gdzie jego miejsce przy tym składzie – czyli w środku tabeli. Ba, moim zdaniem jest zbyt wcześnie na zwalnianie Stokowca, zwłaszcza, że nie bardzo potrafię sobie wtedy wyobrazić dalsze losy Piotra Burlikowskiego. Jak zauważył Piotr Janas, jeden z lokalnych dziennikarzy – trwają zresztą zmiany w KGHM-ie, zazwyczaj forpoczta zmian również w Zagłębiu. Wątpię, by rewolucja totalna, z wymianą ognisk na wszystkich eksponowanych stanowiskach, była tym, czego Zagłębie najbardziej potrzebuje.

Zaryzykuję, trudno, nikt mnie z tego na szczęście nie rozliczy, również dlatego, że pewnie Stokowiec do końca sezonu nie wytrzyma. Ja, gdyby to ode mnie zależało, dałbym ludziom zatrudnionym w Lubinie czas, by spokojnie pracowali. O, nawet więcej – dałbym im spokój, właśnie spokój wydaje się tym, czego w Lubinie najbardziej brakuje.

Tu jednak pojawia się to męczące pytanie: czy na pewno Piotr Stokowiec, swoimi wypowiedziami, zachowaniami i teoriami, o ten spokój walczy? A może wręcz przeciwnie?

Komentarze