Top 10 najdziwniejszych, nietrafionych lub najbardziej absurdalnych decyzji w Ekstraklasie

Podobno polska piłka powstała tylko po to, by jakiś czas później stworzono określenie "uniwersum polskiej piłki". Możemy żałować, że nad Wisłą nigdy nie osiągniemy poziomu, jaki osiągnęli nad Tamizą lub nad Tagiem, ale z drugiej strony w mało którym zakątku świata miejscowy futbol można w tym stopniu opisywać przez pryzmat żartu. Niżej subiektywny ranking dziesięciu ekstraklasowych decyzji, które są najdziwniejsze/najbardziej nietrafione/totalnie absurdalne*. (*niepotrzebne skreślić)

Lechia Gdańsk
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Lechia Gdańsk

  • Patrząc na nasz ranking nasuwa się jedno – absurd ściele się gęsto na każdym poziomie. Od boiska, przez biura prasowe, po gabinety prezesów
  • Lechia Gdańsk jako jedyna trafiła do zestawienia dwa razy
  • Specjalną nominację otrzymała też osoba nie mająca wiele wspólnego z Ekstraklasą, ale próbująca wkupić się w jej łaski

Ranking decyzji w Ekstraklasie

10. Jesus Imaz i jego rzut karny z Lechią

To jedyna boiskowa decyzja w naszym rankingu, ale w całym morzu przedziwnych wyborów piłkarzy biegających po polskich murawach wybraliśmy właśnie tę. Zdecydowała kompilacja zdarzeń: oryginalności decyzji połączonej ze stawką meczu. To był mecz 27. kolejki, a Jagiellonia mając dwa punkty przewagi nad strefą spadkową była daleka od pewnego utrzymania. W dodatku grała z Lechią, która w przypadku zwycięstwa doszłaby ją na jedno oczko. Przy bezbramkowym wyniku w końcówce pierwszej połowy ekipa z Białegostoku doczekała się wymarzonej okazji – konkretnie rzutu karnego. Jesus Imaz przestrzelił – cóż, zdarza się lepszym od niego. Ale nie każdemu zdarza się mieć na tyle farta, bo Dusan Kuciak zbyt szybko oderwał obie nogi od linii bramkowej i karny musiał zostać powtórzony.

Ogromna presja, patrzą na ciebie tysiące ludzi mających świeżo w pamięci niewykorzystaną jedenastkę sprzed momentu. Decydujesz się na uderzenie w ten sam róg? W przeciwny? Zamykasz oczy i walisz przed siebie? W sumie każde z tych rozwiązań wydaje się w porządku, ale Imaz właśnie w takiej chwili postanowił zabawić się w skopiowanie wyczynu Antonina Panenki. Lekki, w dodatku sygnalizowany strzał, Kuciak złapał niemal jedną ręką, a wynik się nie zmienił. Na szczęście dla Imaza ostatecznie karny nie miał większego wpływu na przebieg spotkania, bo po golu Tarasa Romanczuka w drugiej połowie białostoczanie i tak wygrali 1:0.

***

9. Mariaż Lecha Poznań z Arturem Rudko

Żeby była jasność. Nie mamy zamiaru rozliczać tutaj polskich klubów z nieudanych transferów, bo takich jest cała masa. Ale ten wybór był tak absurdalny, że konsekwencje dało się przewidzieć już w momencie podpisywania kontraktu. Bo co do zaoferowania najsilniejszemu polskiemu klubowi będącemu u progu walki o Ligę Mistrzów mógł mieć 30-letni bramkarz cypryjskiego Pafos? Co do zaoferowania mógł mieć facet, którego wtopy skumulowały się na trwający dwie minuty filmik?

Inne kluby też dokonywały nietrafionych wyborów piłkarzy. Legia wzięła Carlitosa, który sezon skończy niemal z zerowym dorobkiem bramkowym. Raków zupełnie bez sensu – jak się później okazało – wydał prawie milion euro na Deiana Sorescu. Sam Lech też się mocno pomylił w ocenie Gio Citaiszwiliego, ale te trzy transfery łączy przynajmniej jedno – ich realizacja w tym konkretnym momencie broniła się dotychczasowymi dokonaniami tych piłkarzy. Każdy z tych transferów dało się logicznie wytłumaczyć, a że nie wypaliły? Tak bywa.

A Artura Rudko wzięto w momencie, gdy było jasne, że w niczym nie jest lepszy od Filipa Bednarka, który swoją drogą i tak szybko wskoczył do bramki, a następnie dograł do końca sezonu. Szkoda, że Rudko zdążył przyłożyć obie ręce do kompromitacji w Baku oraz do błyskawicznego odpadnięcia Lecha z Pucharu Polski.

8. Wisła Płock sprzedająca najlepszych piłkarzy

Zarządzanie polskimi klubami czasem kończy się dramatem. Tutaj ten rozgrywa się w kilku aktach. Wisła Płock, rewelacja rundy jesiennej, lider Ekstraklasy w pierwszych ośmiu kolejkach i drużyna okupująca podium jeszcze po czternastej serii gier, za chwilę może spaść z Ekstraklasy pośrednio dlatego, że zadłużyła się u swoich zawodników. Zimą sytuacja była na tyle zła, że desperacko szukano kupca na najlepszego jesienią Davo. Sprzedano go za 600 tys. euro, bo 28-letni Hiszpan nie okazał się łakomym kąskiem na europejskim rynku transferowym, a zespół pozbawiony jego goli i asyst pofrunął w dół z prędkością Garetha Bale’a w primie. Do tego trzeba dorzucić wcześniejszą sprzedaż Damiana Michalskiego i Wisła pozbawiona dwóch totalnie istotnych zawodników z miejsca stała się najgorszą drużyną ligi.

Sprzedać musiała, by przeżyć, ale przecież nikt inny nie zgotował Wiśle Płock tego losu poza Wisłą Płock. A w ostatecznym rozrachunku pieniądze uzyskane za Hiszpana w żaden sposób się nie bilansują. Jeśli Nafciarze zajmą 15. miejsce na koniec sezonu, otrzymają za to nagrodę w postaci 1 mln zł. Za zajęcie 6. miejsca dostaliby 3,4 mln. Różnica to mniej więcej wartość uzyskana na sprzedaży zawodnika. Nie mówiąc już o tym, co się stanie z finansami klubu na dłuższą metę, jeśli ten spadnie do I ligi.

***

7. Śląsk Wrocław i Ivan Djurdjević, czyli historia, która trwała za długo

Szefowie polskich klubów już tak mają, że jak wszyscy mówią nie zwalniać!, to oni zwalniają. A gdy każdy krzyczy zwalniać!, to kurczowo się takiego trenera trzymają. Oczywiście ludzie nie zawsze mają rację, co najlepiej pokazuje niegdysiejszy przykład zwolnienia Piotra Tworka z Warty Poznań i zatrudnienia tam Dawida Szulczka (albo podmianki Leszka Ojrzyńskiego na Kamila Kuzerę w Kielcach), ale tutaj trzymanie na stanowisku Djurdjevicia wyglądało niemal jak sabotaż. Doszło do sytuacji, gdy Śląsk grając u siebie z Piastem Gliwice nie stworzył literalnie żadnej bramkowej okazji. Trudno było nie odnieść wrażenia, że Djurdjevicia na powierzchni utrzymywał tylko fakt, że Śląsk posiadał jednocześnie trzech trenerów na pasku i nie chciał mieć czwartego. Rozwiązanie, na które we Wrocławiu zresztą wpadli, czyli przywrócenie do drużyny trenera, który już na tym pasku był, leżało jednak jak oferta na stole. Jeśli Śląsk się nie uratuje, to pewnie też dlatego, że zbyt długo trwał w układzie, który nie miał sensu.

***

6. Wprowadzenie przepisu o młodzieżowcu w obecnej formule

W niemal apokaliptycznej wizji świata, jaką George Orwell alegorycznie opisał w “Folwarku zwierzęcym” jest fragment, w którym ustalono przykazania obowiązujące na farmie. Wśród nich: wszystkie zwierzęta są równe. Gdy sytuacja z dnia na dzień się zmieniała, a swoje rządy coraz mocniej wprowadzały świnie, treść wszystkich przykazań została pewnej nocy zmieniona tak, by nikt tego jednego gatunku się nie czepiał. W przypadku równości od teraz zdanie brzmiało: wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze.

Ta historia żywcem przypomina się patrząc, w jaki sposób zmieniono obowiązujący od kilku lat przepis o młodzieżowcu. Można było się kłócić, czy jest dobry, czy zły, czy pomaga młodym piłkarzom, czy wręcz szkodzi, ale jednego nie można było zarzucić – był równy wobec wszystkich. Każdy trener musiał przez pełne 90 minut wszystkich meczów mieć na boisku odpowiednio młodego zawodnika. Dziś nie musi, jeśli właściciel ma pieniądze.

Nie da się ukryć, że klubem, który najmocniej protestował przeciwko przepisowi o młodzieżowcu był Raków i że on stał się największym beneficjentem jego zmiany. Dwa lub trzy miliony złotych kary za niewypełnienie limitu? Proszę bardzo, zapłacimy. W ten sposób zalegalizowano mało etyczny wpływ pieniądza na sportową rywalizację. Kupowanie lepszych piłkarzy przez bogatsze kluby nie jest niczym dziwnym w skali świata, ale płacenie za obejście przepisów? No nie wiem… Obecnie ten układ działa żywcem na zasadzie: jak masz pieniądze, to możesz obejść przepisy. W ten sposób doszło do sytuacji, w której Raków na dwie kolejki przed końcem sezonu nie nazbierał nawet tysiąca minut z limitu trzech tysięcy. Bo go stać.

***

5. Personalny majstersztyk Lechii

To jest tak absurdalna sprawa, że mogli ją wymyślić tylko przy chorym zarządzaniu. Już zimą było jasne, że walka o utrzymanie to cel maksimum dla Lechii na ten sezon. Logiczne wydaje się więc postawienie sprawy w sposób “wszystkie ręce na pokład”. W Gdańsku postanowili jednak inaczej i wobec niechęci Jakuba Kałuzińskiego do przedłużenia kontraktu, zamknięto przed nim drzwi samolotu lecącego na zimowe zgrupowanie do Turcji. Do tego samolotu jednocześnie wpuszczono beznadziejnego Christiana Clemensa. Sama w sobie ta sytuacja nie jest jeszcze niecodzienna, jednak kompilując ją z następstwami – jest przezabawna.

Przygotowujący się w Belek z drużyną Clemens jeszcze w styczniu został z Lechii odprawiony z kwitkiem jako piłkarz zupełnie zbędny. A Kałuziński, który nie miał okazji wraz z kolegami ani budować formy fizycznej, ani pracować na zajęciach taktycznych, ani pokazać się w sparingach, już w pierwszej połowie lutego siedział na ławce rezerwowych, by wiosną zagrać (jak do tej pory) w dziewięciu meczach swojej drużyny. Nie ma to jak dobry plan na walkę o utrzymanie. Tak dobry, jak jego późniejsza skuteczność.

***

4. Program Stadion Plus Mateusza Morawieckiego

Uwielbiam ten dowcip krążący po Internecie.

– Co trzeba zrobić, gdy w towarzystwie pojawia się niezręczna cisza?

– Zaprosić Mateusza Morawieckiego. By ją przerwać, zapropononuje 100 milionów złotych.

Po fiasku z wręczeniem reprezentantom Polski 50 mln, aktualnie premier objeżdża kraj i obiecuje publiczne pieniądze na budowę kolejnych stadionów. Ruch Chorzów nie może się doprosić wsparcia u prezydenta miasta? Na białym koniu wjeżdża Morawiecki. Raków Częstochowa jest zmuszony grać na kurniku, a w częstochowskim magistracie nikomu to nie przeszkadza? Od czego jest premier.

Zupełnym przypadkiem pieniądze obiecywane są w roku wyborczym i to docelowo, choć nie bezpośrednio, potężnej grupie wyborców osób. Oczywiście nie sposób tutaj nie zauważyć ogromnego zaangażowania w sprawę fanatyków Ruchu, którzy uderzali po pomoc gdzie tylko się da, aż trafili do premiera, ale nie ukrywajmy – w Chorzowie batalia o obiekt na Cichej toczona jest od lat, a polityków z centrali dziwnym trafem zainteresowała właśnie teraz.

Oczywiście jest akcja, więc jest też reakcja. Jak informuje “Sport”, prezydenci Katowic, Sosnowca i Opola domagają się, by – wzorem tego, co  wydarzyło się wokół stadionów w Chorzowie i Częstochowie – rząd  zadeklarował również wsparcie dla inwestycji sportowych w ich miastach. Czekamy na następnych oraz odpowiedź premiera, wszak całkiem możliwe, że w roku wyborczym pieniędzy (lub ewentualnie obietnic) starczy dla każdego.

***

3. Mistrzowska trenerska roszada w Zabrzu

Górnik Zabrze pogonił Jana Urbana po sezonie, w którym nieoczekiwanie, może nawet trochę sensacyjnie, zajął ósme miejsce. Patrząc na obecną tabelę można dojść do wniosku, że drużyna na zmianę zareagowała pozytywnie, bo na dwie kolejki przed końcem następnego sezonu jest szósta.

Gdyby nie drobny szczegół. Niechciany Urban przejął Górnika na nowo, gdy ten ledwie wystawał znad strefy spadkowej i po ostatniej serii pięciu kolejnych zwycięstw awansował z nim o dziewięć pozycji. Wierzymy, że jeśli zabrzanie utrzymają się na szóstej lokacie, najlepszym rozwiązaniem będzie podziękowanie po rozgrywkach Urbanowi i następnie zaproszenie go do współpracy, ale nieco wcześniej, powiedzmy w okolicach 20. kolejki. Szanse na grę Górnika w europejskich pucharach zostaną w ten sposób zmaksymalizowane.

Dopiero wtedy moglibyśmy mówić o spójnej polityce personalnej w Zabrzu.

***

2. Fornalik chciał zarobić to, co mu wpisaliśmy w kontrakt. A to drań!

Polska szkoła oświadczeń przeżywała w tym sezonie istny renesans, ale wśród kilku perełek wyłonił się prawdziwy diament. Ktoś w Gliwicach zdecydował, że najlepszą obroną jest atak, więc po tym, jak Piast nie otrzymał w pierwszym terminie licencji na grę w Ekstraklasę, opcja pokornego posypania głowy popiołem oraz obietnica poprawy byłaby dużo gorsza od zrzucenia całej odpowiedzialności na byłego trenera, któremu wisi się niemałą kwotę.

Piast miał prawo rozstać się z Fornalikiem mimo historycznych sukcesów, bo drużyna wylądowała w strefie spadkowej i rozsiadła się tam na tyle wygodnie, że zrobiło się niebezpiecznie. Czy można było odnieść wrażenie, że coś się wypaliło? Jak najbardziej. Czy decyzja o zastąpieniu Fornalika Aleksandarem Vukoviciem była słuszna? Jeszcze jak. Problem w tym, że jeśli kogoś zwalniasz, musisz mu wypłacić to, na co się wcześniej umówiliście.

Tak naprawdę sprawę braku licencji można ogłosić w sposób niedestrukcyjny, wszak nie jest to nic nowego w polskim uniwersum. Właściwie nikt – po komunikacie Komisji Licencyjnej – na poważnie nie zakładał braku Piasta w kolejnym sezonie w Ekstraklasie, bo jednym tchem można wymienić kluby, które w poprzednich latach otrzymywały papiery na grę w kolejnych instancjach. W Gliwicach jednak poszli w narrację uderzającą w swojego byłego szkoleniowca.

 “Jeśli jednak w polskiej piłce będzie więcej trenerów, którym zależy wyłącznie na pieniądzach, a nie na dobru klubów, to polska piłka nie będzie się rozwijać tak, jak wszyscy byśmy sobie tego życzyli. Klub nie obarcza trenera Waldemara Fornalika całą winą, ale w momencie, kiedy odchodził on z Piasta, to Klub znajdował się w trudnej sytuacji finansowej oraz trudnej sytuacji w tabeli Ekstraklasy”.

Finał był łatwy do przewidzenia – Piast zrobił to, co musiał (spłacił Fornalika) i otrzymał licencję. Tylko po co było grać ofiarę tej sytuacji?

***

1. Lechia sięga po trenera, który jest fachowcem w przegrywaniu

Co takiego ma w sobie ten cypryjski klimat, iż polskie kluby mogą nabrać się, że Artur Rudko potrafi bronić, a David Badia potrafi trenować? O hiszpańskim szkoleniowcu z niesłychanym stosunkiem spotkań wygranych do przegranych mówiłem ostatnio we vlogu “Przemowa” na naszym kanale na YouTubie, więc tutaj tylko wkleję spisany fragment. Całość oczywiście w plejerce, którą mogliście dostrzec pod miejscem piątym naszego rankingu.

Najbardziej niesamowitym i spektakularnym ruchem Lechii było jednak zatrudnienie Davida Badii, czyli gościa, o którym nikt nigdy nie słyszał. Znaczy być może słyszał ktoś na Cyprze, gdy przeglądał tamtejsze strony z memami wyliczające, z jakim trenerskim talentem mamy do czynienia. Badia zanim trafił do Lechii, w tym sezonie w lidze cypryjskiej zanotował naprawdę niecodzienny bilans 2 zwycięstwa, 1 remis i 10 porażek. Wiadomo, że trenował najsłabszą drużynę w lidze, ale konia z rzędem temu, kto wytłumaczy, dlaczego akurat ten facet trafił do Lechii. Facet, który niczego pozytywnego w swojej karierze nie udowodnił. To już większy sens miało postawienie na kogoś, dla kogo Lechia będzie trenerskim debiutem, bo to dawałoby zawsze nadzieję, że trafi się na szkoleniowy brylant. Badia przyszedł, bo pewnie żaden polski trener nie chciał wejść w takie błoto i mieć spadku w CV, ale to trzeba się wtedy zastanowić, czy faktycznie warto zmieniać Marcina Kaczmarka, jeśli nie ma się nikogo w zanadrzu poza jakimś przebierańcem. Jak mogła się udać misja ratowania Ekstraklasy z kimś, kto robi na Cyprze pół punktu na mecz? Przecież to był jakiś sabotaż władz Lechii. Żaden z nas – ani ja, ani wy – nie jest profesjonalnym menedżerem i nie ma żadnego doświadczenia w tworzeniu struktur profesjonalnego klubu, ale odpowiedzcie sobie na pytanie: czy mając czarno na białym dokonania Davida Badii przeszłoby wam w ogóle po głowie zatrudnienie tego trenera w chwili, gdy wasz klub walczy o utrzymanie?

(…) A jak niedawno zauważył Leszek Milewski, Lechia miała trenera, który w tym sezonie w okresie swojej pracy był siódmy w lidze. Z Marcinem Kaczmarkiem zanotowała bilans 6 zwycięstw, 2 remisy i 8 porażek, podczas gdy bez niego było to jedno zwycięstwo, 3 remisy i 11 porażek. Kapitalna decyzja, choć trzeba dla zwykłej uczciwości przyznać, że w momencie, gdy ona zapadała, Lechia już była w ciężkim kryzysie z serią czterech porażek w pięciu meczach. Tylko właśnie – jeśli zwalniasz, musisz mieć kogoś na miejsce zwalnianego. A Lechia miała Davida Badię.

Komentarze