W ciemno z Marcinem Ryszką #1

Los naprawdę bywa przekorny. Z końcem lipca zakończyła się moja przygoda z Goal.pl, gdzie głównie pracowałem na kanale YouTubowym, ale jak niektórzy z Was mogą pamiętać, zdarzało mi się również pisać teksty bezpośrednio na portalu. Minęło siedem miesięcy, kilka maili, kilka rozmów i ponownie dostaję miejsce, gdzie będę mógł dzielić się z Wami materiałami w wersji tekstowej. Od czasu do czasu wjadą ode mnie rozmowy z ludźmi ze świata piłki, a w każdy piątek zapraszam na mój… felieton, chociaż ta nazwa nie chce mi przejść przez palce. Dlaczego? Wytłumaczę poniżej.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Ktoś może mnie znać, ktoś nie bardzo, więc w dużym skrócie: jestem gościem, który od dziecka zakochał się w sporcie, zwłaszcza w piłce nożnej, i to pomimo faktu, że nigdy meczu piłki nożnej nie widziałem. Kiedy miałem pięć lat – jak ja to nazywam – zgasło światło i jestem osobą niewidomą. Już trzydzieści lat pomykam sobie po tym świecie, nie widząc przeszkód. Powiedzmy, że pierwszy szok mamy za sobą i pojawia się naturalne pytanie: no to jak, stary, zainteresowałeś się w ogóle sportem, skoro ty tego nie widzisz? Powiem Wam, że im jestem starszy, tym bardziej się nad tym zastanawiam i czasami coraz trudniej jest mi udzielić sensownej odpowiedzi.

Czerwiec podał do Zająca…

Początki, myślę, są jak najbardziej zbliżone do każdego chłopaka w moim wieku. Ktoś zabrał mnie pierwszy raz na stadion i tak już zostało. Mówiąc konkretnie, chodziłem do szkoły z internatem, gdzie uczyły się osoby niewidome i słabowidzące. Naszym wychowawcą był świętej pamięci już pan Heniu, który organizował różne wyjścia dla młodzieży z naszego ośrodka. Można powiedzieć, że był to człowiek orkiestra. Wyobraźcie sobie, że zbierał grupę dzieciaków, pakował ją w autobus pełny kibiców, wprowadzał na trybunę, a później wśród nas siadał i zaczynał komentować. Tak, zgadza się, w tym momencie był naszymi oczami. Koniec lat dziewięćdziesiątych, technika była taka, jaka była, więc o nowoczesnych narzędziach mogliśmy zapomnieć. Pamiętam, że właśnie w tym się zakochałem. W komentarzu pana Henia, który z wielkimi emocjami: „Czerwiec podał do Zająca, ten do Moskala, a na końcu bramkę strzelał Grzegorz Pater”.

Tylko u nas

Pan Heniu, prócz znakomitego warsztatu komentatorskiego, gdzie niejednokrotnie wyrwało się: „No k…, strzelaj!”, jako były bokser posiadał znakomity refleks. Dzięki niemu na moim karku wisi jeszcze głowa, bo właśnie nasz komentator podczas meczu popisał się robinsonadą i piłka, która leciała prosto w mój łeb, na szczęście napotkała na swej drodze pięść pana Henia. Panie Heniu, nie pamiętam, czy wtedy podziękowałem, ale pozwolę sobie to zrobić w tym miejscu. Swoją drogą, wyobrażacie sobie, co by dzisiaj stało się w mediach, gdyby wyszło na jaw, jakiego języka używał wychowawca w obecności niewidomych dzieci?

Pierwszy mecz, na którym byłem, to właśnie mecz Wisły Kraków, ale żeby pójść na mecz Wisły, musiałem… chodzić na mecze Cracovii. Uważam z perspektywy czasu, że było to najlepsze możliwe rozwiązanie pedagogiczne. Moje początki kibicowania Wiśle pokrywają się praktycznie ze złotymi czasami ery Bogusława Cupiała. Pamiętam, jak z kumplami chodziliśmy do kiosku, kupowaliśmy „Krakowskie Tempo” i błagaliśmy wychowawczynię, żeby czytała nam najnowsze newsy z Wisły Kraków. Już wtedy w internacie tworzyły się grupki, gdzie jedna część kibicowała jednej stronie, a druga grupa tej przeciwnej stronie Błoń. Zasada była taka: żeby pójść na mecz swojej ukochanej drużyny, musiałeś iść wcześniej na mecz siatkówki, koszykówki, hokeja, chodzić na spotkania ze sportowcami, a na końcu otrzymywałeś nagrodę w postaci wejściówki na mecz swojej ulubionej drużyny.

Jak ktoś chce, to zawsze się dogada

Ciężko mi zrozumieć to, co dzieje się często przed meczami Wisły i Cracovii, gdzie na mieście są organizowane polowania na jednych czy drugich fanów. Później w necie trwa popisywanie się skrojonymi barwami, gdzie bardzo często ofiarami padają bardzo młode osoby. Nie ma większego dowodu odwagi, jak w kilku chłopa napaść na dzieciaka i wyrwać mu szalik czy koszulkę, prawda? Na szczęście mam wrażenie, że na stadiony przychodzi coraz więcej rodzin, tak przynajmniej jest w moim przypadku. Fajnie byłoby uczyć nasze dzieciaki interesowania się sportem w całości, dlatego kiedy mój syn ma ochotę pójść na mecz hokeja, meldujemy się przy Siedleckiego na lodowisku Cracovii i powinno być to jak najbardziej normalne. Swoją drogą, jako dziennikarz Radia Kraków często robię materiały o Pasach, więc moja znajomość tematu jest na wysokim poziomie. Kiedyś pozwoliło mi to na spokojne dokończenie kursu taxi. Kierowca: „Oj, obawiam się, że możemy nie znaleźć wspólnych tematów”. Ja: „A to dlaczego?”. Kierowca: „Bo ja z drugiej strony Błoń”. Ja: „A co pan myśli o nowym prezesie?”. Tak się składa, że właśnie zrobiłem wywiad z Mateuszem Dróżdżem. Skończyliśmy kurs i jeszcze dziesięć minut gadaliśmy o tematach piłkarskich. Jak ktoś chce, to zawsze się dogada.

Pomocna dłoń prezesa Wisły

Prowadząc program o Wiśle Kraków „Studio Reymonta”, w okresach, kiedy Wisła nie gra meczów, trwa przerwa lub okres przygotowawczy, czasami stresuję się, jak zrobić program, żeby widz się nie nudził. Dosyć często z pomocną dłonią przychodzi mi prezes i większościowy właściciel Wisły Kraków, Jarosław Królewski, który swoją aktywnością na platformie X potrafi wywołać niezły pożar, a jeszcze na koniec wylewa na niego kanister z benzyną. Myślę, że cała piłkarska Polska zna postać Jarosława Królewskiego. Osoba, która pojawiła się w polskiej piłce podczas akcji ratunkowej w Wiśle Kraków i od pierwszego programu pokazywała trochę inne spojrzenie na futbol. Pamiętam historię z czasów mojej pracy w internetowym radiu Weszło FM. Andrzej Iwan został zapytany wtedy, co myśli na temat Jarosława Królewskiego po występie obecnego prezesa Wisły w „Stanie Futbolu” u Krzyśka Stanowskiego. „Ajwen” w swoim stylu odpowiedział, że nie do końca zrozumiał, o czym wtedy współwłaściciel Białej Gwiazdy mówi.

Faktycznie, kiedy Jarosław Królewski złapie swój rytm i włącza w swoje wypowiedzi skomplikowane słowa, można się trochę pogubić. Ostatnie potyczki słowne między byłym prezesem Wisły Piotrem Obidzińskim a Królewskim odbiły się echem w całym środowisku piłkarskim. Tekst „ja piję drinka w Davos” wejdzie już na stałe do slangu kibicowskiego. Czy za wyrażanie prywatnych opinii Jarosław Królewski powinien obrywać od środowiska? Przecież jest wolnym człowiekiem, jest dorosły, jego konto jest całkowicie prywatne. Może robić to, co chce i na co ma w danym momencie ochotę. A forma, którą wybiera? No cóż, to jego decyzja. I jeśli chce napisać do byłego pracownika, że „zwolniłem cię, bo mogłem” i kilka ostrzejszych tekstów wpisuje się w jego styl bycia, to wszystko jest OK? A może jeśli stajesz się osobą publiczną – bo jako prezes i właściciel takiego klubu jak Wisła Kraków kimś takim właśnie jesteś – powinieneś trzymać jakieś standardy? Nie wychodzić poza pewne ramy?

Wielka robota Petera Moore’a

Dwa dni temu Wisła poinformowała, że z okazji meczu na 120-lecie, 11 lipca do Krakowa przyjedzie Wrexham AFC, jedna z najbardziej medialnych drużyn na świecie. Wrexham AFC stało się światowym fenomenem po tym, jak w 2020 roku kupili je gwiazdorzy Hollywood – Ryan Reynolds i Rob McElhenney. Ich działania sprawiły, że o klubie dowiedział się cały świat dzięki serialowi dokumentalnemu na platformie Disney+. Mecz z taką marką to ogromna szansa promocyjna dla Białej Gwiazdy na arenie międzynarodowej. Wyobraźcie sobie, jak mogłaby zwiększyć się rozpoznawalność Wisły, jeśli mecz towarzyski zostałby ujęty w którymś z kolejnych sezonów serialu? Nie odkryję Ameryki, pisząc, że wielką robotę w tym temacie wykonał doradca zarządu Wisły, Peter Moore – postać blisko związana z Wrexham (prywatnie kibic tego klubu i były CEO Liverpoolu), człowiek, którego do Wisły Kraków przyprowadził Jarosław Królewski.

Informacja o takim meczu i o szansie marketingowej, która otwiera się przed Wisłą, pobudziła mocno kibiców Wisły Kraków i nie ma co się dziwić. Będzie to rzecz, którą w klubie trzeba wycisnąć jak cytrynę. Zresztą widać, jak samo ogłoszenie meczu towarzyskiego zostało opakowane przez obie strony. Ponad trzy lata temu Jarosław Królewski postanowił, że weźmie kierownicę w ręce i poprowadzi ten klub na własnych zasadach. Nie udało się awansować do Ekstraklasy, ale do gabloty wpadł Puchar Polski, były mecze w eliminacjach europejskich pucharów. Teraz Wisła jest na dobrym kursie do Ekstraklasy, ale w rundzie wiosennej trzeba postawić kropkę nad „i”. Więc jak oceniać Jarosława Królewskiego? Z jednej strony opinie, że takimi wpisami przynosi wstyd Wiśle Kraków, z drugiej – gdyby nie jego luz i naturalność, może tych dobrych rzeczy w Wiśle Kraków by nie było? Każdy ma prawo do subiektywnej opinii. Ja mam wrażenie, że sami chcemy wśród nas kolorowych ludzi, ale jeśli oni już są, to lubimy z nimi „jechać” dlatego, że są jacyś. Prezesie, podążaj dalej swoją drogą, tylko czasami może wcześniej warto się wylogować z X?

Przewodnik nie dał za wygraną

Na koniec śmieszniejszy akcent. Kiedyś z białą laską w ręce, wracałem z treningu pływackiego z moim kumplem – zagorzałym kibicem jednego z krakowskich klubów. W autobusie mnóstwo ludzi, bo też pora była późna, także o miejscu siedzącym można było pomarzyć. Mój kumpel nie dał jednak za wygraną. Podszedł do dwóch chłopaków i mówi: „Ty i ty, wyp…!”. Goście – przestraszone twarze, bo kumpel był słusznego wzrostu i wagi. „Nie słyszeliście? Wyp…! Mój kolega jest niewidomy i chce sobie usiąść!”. Na to jeden z nich: „No, ale to możemy zwolnić tylko jedno miejsce?”. Na to kumpel: „Ja jestem jego przewodnikiem i siadam razem z nim”. Najgorsze było to, że kumpel po dwóch przystankach wysiadł, a ja jechałem jeszcze spory kawał drogi. Modliłem się w duchu, żeby tych dwóch chłopaków nie wzięło na mnie odwetu za mojego przewodnika.

PS Jeśli jesteś czyimś przewodnikiem, nie bierz sobie mojego kumpla za wzór.

Marcin Ryszka