Bartosz Salamon: w Milanie sam bym siebie nie wystawił

Bartosz Salamon (w środku)
Bartosz Salamon (w środku) PressFocus

– Potrzebowałem nowych wyzwań po 13 latach we Włoszech. Doświadczyłem tam już wszystkiego. Mógłbym tylko powtarzać te same rzeczy, które już tam robiłem. Wygrałem Serie B i grałem w topowych klubach z tego poziomu, utrzymałem się w Serie A grając w średniakach i słabszych klubach. Kiedy myślałem o realnych perspektywach dla mnie, wychodziło mi, że one dokładnie tak wyglądają, jak te ostatnie lata. A ja to wszystko już przeszedłem. To co mam tu, to coś nowego dla mnie. W Poznaniu będę mógł walczyć o najwyższe miejsca w lidze, o mistrzostwo, grać w europejskich pucharach – mówi w wywiadzie Bartosz Salamon, który zimą wzmocnił Lecha.

  • Transfer Bartosza Salamona do Polski był jednym z najgłośniejszych w zimowym oknie transferowym. Z racji jego przywiązania do Włoch wydawał się mało realny
  • W środę obrońca Kolejorza spotkał się z kilkoma dziennikarzami i przez kilkadziesiąt minut odpowiadał na ich pytania
  • Nie zabrakło wątków o prawdziwych powodach powrotu do Polski, “znajomości” z Paulo Sousą, przyczynach niepowodzenia w Milanie i tym, co zyskuje przechodząc do Lecha

Potrzebowali się z Lechem wzajemnie

Jak to jest wracać po tylu latach do Lecha?

W 2007 roku wyjeżdżając z Lecha znałem klub z innej perspektywy, młodzieżowej. Teraz wszedłem głównym wejściem. To wielki klub, świetnie zorganizowany, jestem pod wrażeniem, jak on funkcjonuje. Miałem swoje powody, by chcieć tu wrócić i naprawdę się cieszę, że tak się to potoczyło.

Jakie to powody?

Potrzebowałem nowych wyzwań po 13 latach we Włoszech. Doświadczyłem tam już wszystkiego. Mógłbym tylko powtarzać te same rzeczy, które już tam robiłem. Wygrałem Serie B i grałem w topowych klubach z tego poziomu, utrzymałem się w Serie A grając w średniakach i słabszych klubach. Kiedy myślałem o realnych perspektywach dla mnie, wychodziło mi, że one dokładnie tak wyglądają, jak te ostatnie lata. A ja to wszystko już przeszedłem. To co mam tu, to coś nowego dla mnie. W Poznaniu będę mógł walczyć o najwyższe miejsca w lidze, o mistrzostwo, grać w europejskich pucharach. Moje ostatnie dwa-trzy lata we Włoszech określiłbym jako ciężkie. Zaczęła pojawiać się myśl, że może warto wrócić do Polski, najchętniej do Lecha, który był moim klubem. Teraz wszystko się zgrało, mogłem ze SPAL odejść za darmo, Lech mnie potrzebował, a ja wciąż jestem w sile wieku. 29 lat to żadna emerytura. Wierzę, że mam najlepsze przed sobą.

Czyli wciąż myślisz o wyjeździe na Zachód?

Absolutnie nie. Nie wróciłem do Poznania, by myśleć o wyjeździe. Skupiam się całkowicie na Lechu. Mówiąc, że najlepsze przede mną, mam na myśli walkę o najwyższe cele w Polsce, może powrót do reprezentacji. Nie potrzebuję kolejnego transferu na Zachód.

Reprezentacja? Może kiedyś

Skoro sam poruszasz wątek reprezentacji. Powrót do Polski traktujesz jak nowe otwarcie w tej sprawie?

Szczerze mówiąc nie. Chcę robić krok po kroku. Moją reprezentacją jest w tej chwili Lech Poznań i tutaj chcę grać jak najlepiej. Wierzę, że jak tu udowodnię swoją wartość, wtedy wrócę do kadry. Ale podkreślam – skupiam się na Lechu. Co będzie potem, jest naturalną koleją rzeczy.

Trener Sousa przez lata był związany z Włochami, na pewno kojarzy pewnie twoje nazwisko. Myślisz, że będzie ci dzięki temu łatwiej?

Przeciwko trenerowi Sousie grałem raz – gry byłem piłkarzem Cagliari, a on prowadził Fiorentinę. Pewnie wtedy analizował moją grę, to naturalne, ale wątpię, by dziś miało to jakiekolwiek znaczenie. Takie ma jedynie moja forma tu i teraz. Słyszałem, że powiedział o obserwowaniu kilku piłkarzy z Ekstraklasy. Ani na moment nie zaświtała mi myśl w głowie, że wśród nich jest moje nazwisko.

Bartosz Salamon (fot. PressFocus)

Jak twoja rodzina zareagowała na to, że po tylu latach opuszczasz Włochy?

To jedyny kraj, w którym żyłem jako dorosły człowiek. Moja żona jest Włoszką, synek urodził się we Włoszech. To dla nich wielka zmiana, ale czuję od nich wielkie wsparcie. A rodzina z Polski się ucieszyła, że znów będzie mieć mnie na wyciągnięcie ręki. Ale przy decyzji o transferze do Lecha nie kierowałem się sprawami prywatnymi. Chcę robić karierę, wycisnąć z niej jak najwięcej. Gdybym uważał, że odpowiedni dla mnie klub jest gdzie indziej, tam chciałbym grać. A co będzie dalej, za kilka lat? Nie wiem. Priorytety się zmieniają. Nie mam pojęcia, co będę robił po piłce, gdzie będzie mój ośrodek życia.

Nie możemy płakać przez pięć dni

Jesteś świadomy, jaka presja jest w Poznaniu? Kibice są zniecierpliwnieni, bo ostatnie mistrzostwo w 2015 roku…

To jest jedna z rzeczy, która mnie nakręca. Świadomość, że nie przychodzę do klubu, który z urzędu wszystko wygrywa, tylko w każdym meczu musi walczyć o swoje. A jak po moim przyjściu okazałoby się, że rozpoczyna się passa wielu sukcesów, moja satysfakcja będzie ogromna. Chcę tego. Gdy odchodziłem w 2007 roku, Lech nie był topowym polskim klubem, mistrzostwo wywalczył trochę później. Teraz oczekiwania są większe. Wiem, że minęło 5,5 roku od ostatniego tytułu, ale już w poprzednim sezonie Lech, sięgając po wicemistrzostwo Polski, udowodnił, że może bić się o czołowe lokaty. Pamiętajmy, że to jedyny klub z naszego kraju, który awansował w tym roku do fazy grupowej europejskich pucharów. Tym bardziej zrozumiała jest frustracja i niezadowolenie z obecnego miejsca w tabeli. Ale po to tu jestem, by spróbować pomóc Lechowi wejść na pozycję, na jakiej powinien być. Ja osobiście nie jestem zadowolony ze swojego debiutu. Ani osobiście, ani drużynowo. Ale jesteśmy zawodowcami, nie możemy sobie pozwolić na załamanie. Skupiamy się na tym, co możemy poprawić. Nie będziemy przez pięć dni płakać nad tym, że nie wygraliśmy w Zabrzu. Pewnie gdybym był kibicem, byłbym pesymistycznie nastawiony, ale jako piłkarz nie mogę.

Gdy prowadziłeś rozmowy w sprawie transferu do Poznania, władze klubu mówiły, że mimo straty punktowej celem jest awans do pucharów już w tym sezonie?

Rozmawialiśmy o celach w miarę realistycznie. Ale ja nie mówię o tym, jeśli prezes będzie się chciał podzielić celami na ten sezon, to wam na pewno powie.

Śledziłeś przez ostatnie lata mecze Ekstraklasy? Da się ją porównać jakoś do Serie B?

W czasie gry we Włoszech nie śledziłem Ekstraklasy. Ale w maju, gdy zaczął wychodzić temat Lecha, oglądałem wszystkie jego spotkania. Przez te pół roku zdążyłem sobie wyrobić jakąś opinię, przede wszystkim o Lechu, ale nie chcę porównywać do ligi włoskiej. Wolę poczekać z takimi opiniami, zagrać kilkanaście meczów, i może po kilku miesiącach ocenić obiektywnie. Przed transferem słyszałem wiele opowieści, że w Polsce nie trenuje się dużo, albo mało intensywnie. Po powrocie trafiłem na okres przygotowawczy i byłem zaskoczony na plus. Zajęcia były bardzo wymagające, nie pokrywały się z tymi wszystkimi opowieściami. Zobaczymy, jak to będzie wyglądać w czasie sezonu.

Miałeś inne oferty z Polski?

Nie chcę się wypowiadać na ten temat. Przyznam też, że propozycje miałem, ale z szacunku do innych zawodników, którzy teraz przyszli w “moje” miejsce, przemilczę. Dla mnie Lech był najlepszą opcją i dlatego ją wybrałem.

Wyjechałeś z Polski w 2007 roku, ale patrząc na to, gdzie są dziś twoi koledzy z rocznika, można powiedzieć, że uratowałeś karierę.

Za moich czasów była inna polityka klubowa, nie mogłem jako junior marzyć o pierwszym zespole. Pojawiły się inne perspektywy, z których skorzystałem. Ale cieszę się, że się tak wszystko zawirowało, że znów tu jestem. Z chłopaków z mojego rocznika w Lechu chyba nikt już nie gra na profesjonalnym poziomie. Ale nie powiedziałbym, że wyjazdem ratowałem karierę. Złoty środek nie istnieje, przecież byli tacy, co wyjeżdżali i też przepadali. Dziś pewnie grają w piątych ligach, albo już nigdzie. Teraz w Lechu czasy są inne, młodzieżowcy tu naprawdę mają szansę na grę w Ekstraklasie, rozwój, transfery za miliony. Powinni to doceniać, bo Lech daje im wielką szansę. Wykorzystać ten moment, złapać byka za rogi.

Jak to było z tym Milanem

Przejdźmy do twojej kariery we Włoszech. Denerwują cię pytania o Milan?

Nie. To było osiem lat temu, nie mogę się obrażać, gdy ktoś mnie o to pyta. Nie będę się też wstydził, że tam byłem, a że przygoda nie potoczyła się tak, jak marzyłem, zdarza się. Wtedy podejmując decyzję, byłem jej pewien. I wiem, że zrobiłem wszystko, by się udało, ale skoro ułożyło się to inaczej, trudno. Szedłem dalej. Ale dziś mogę powiedzieć, że miałem okazję być w tak wielkim świecie, jak AC Milan. To powód do dumy.

Skoro mówisz, że zrobiłeś wszystko, by się udało, to czemu nie wyszło?

Nigdy nie chciałem się usprawiedliwiać kontuzjami, albo tym, że trener się uwziął. Ludzie odbierają to za wymówki, za jakąś słabość. Ale w porządku, opowiem, jak to dokładnie wyglądało z mojej perspektywy. Milan kupił mnie i Saponarę, który został jednak do końca sezonu na wypożyczeniu w Empoli. Brescia też chciała, bym sezon dograł u nich, ale Milan stawiał sprawę jasno – mam być u nich od już. Wtedy był duży problem w ich obronie. Miałem dostać szansę, Acerbi był bardzo krytykowany, znajdował się na wylocie z klubu. Ale w ostatnim meczu w Brescii złapałem kontuzję kostki, której już nie wykryto przed finalizacją transferu. Przyszedłem z nią do Mediolanu i zamiast dostać szansę, którą na pewno bym miał – inna sprawa, czy bym ją wykorzystał –  miałem miesiąc przerwy. W obronie zaczęli grać Mexes z Zapatą, którzy stworzyli świetną parę, więc gdy wyzdrowiałem sytuacja była zupełnie inna. Milan seryjnie wygrywał, skończył na miejscu dającym awans do Ligi Mistrzów. Stałem się piątym-szóstym obrońcą i dojechałem do maja w ten sposób. Trudno się dziwić, sam bym siebie nie wstawiał do składu w tamtym momencie, przy takim obrocie spraw. Allegri decydował się na tych, którzy byli w gazie.

Twoim menedżerem był wtedy Mino Raiola. Gruba ryba.

W sumie był nim przez pięć lat, ale od 3,5 roku już nie jest, więc to temat odległy. Poznaliśmy się na początku mojej kariery, ale wtedy jeszcze mu odmówiłem. Później w Brescii, gdy zgłaszały się do mnie duże kluby, związałem się z nim. Nie wszedłem na taki poziom, jaki myśleliśmy, więc doszliśmy do wniosku, że siebie nie potrzebowaliśmy wzajemnie. Rozstaliśmy się w dobrych relacjach.

Balotelli, Robinho, Barella, Insigne…

Który z piłkarzy, z jakimi grałeś, wywarł na tobie największe wrażenie?

Balotelli w Milanie, nawet pomimo tego, jak się potoczyła kariera. Nie miał dobrego nastawienia mentalnego, przez które nie doszedł, gdzie powinien, ale to najlepszy piłkarz, z jakim trenowałem. Poza tym Robinho – grać z kimś, kto był w Realu, Manchesterze City, kadrze Brazylii, to wielka rzecz. Widziałem też, jak w Cagliari dojrzewa Nicolo Barella, dziś kluczowy zawodnik Interu. W Serie C grałem w jednym klubie z Lorenzo Insigne. Żaden z nas nie sądził wtedy, że za chwilę będzie strzelał bramki dla Napoli, to wydawało się takie odległe… Ogólnie gra w Serie A wystawia cię na niesamowite próby. Fajnie było np. kryć Higuaina itd. Podchodziłem do tego w ten sposób, że tacy jak on są ludźmi jak ja. Miałem to szczęście, że przeciwko największym udawało mi się zagrać dobre mecze. Tym, którego naprawdę ciężko było zatrzymać, był Ciro Immobile. Wbił nam hat tricka.

Musimy spytać o plotki sprzed lat. Naprawdę obserwował cię Pep Guardiola?

To było w czasach, gdy jeszcze czytałem gazety. Doszło to do mnie, ale nie brałbym tego na poważnie. Guardiola był na meczu, prezes na pewno mu o mnie powiedział, na pewno mnie oglądał, ale też oglądał ponad 20 innych piłkarzy, którzy byli wtedy na boisku. Wątpię, by wtedy Guardiola stwierdził, że jest mną zainteresowany.

Kto rozwinął jako obrońcę?

Alessandro Callori. Były obrońca, który nie przebił się do Serie A jako trener, ale to on mnie przesunął z pomocy na obronę i przekonał, że pozwoli mi wejść na wyższy poziom. W pół roku zrobił taką robotę, że moja kariera nabrała rozpędu. Ale we Włoszech jest taka rywalizacja, że nie ma czasu indywidualnie podszkalać konkretnego piłkarza. Wrzucają cię na boisko i robisz błędy, zbierasz doświadczenie. Jak trener pozwala ci grać, to już cię czegoś uczy.

To na koniec. Skoro całe dorosłe życie spędziłeś we Włoszech, jesteś bardziej Włochem czy Polakiem?

Zawsze się czułem Polakiem. W szatni we Włoszech  są grupy – obcokrajowcy są razem, a Włosi razem. A ja trzymałem się z Włochami, znałem kulturę, mówiłem w ich języku. Ale w sercu zawsze byłem Polakiem. Jako dorosły człowiek mieszkałem tam tyle lat, że mam jakieś ich nawyki, widzę to już teraz w Polsce.

Komentarze