Jak po angielsku jest “sprowadzić kogoś na ziemię”?

Premier League: Norwich City vs Southampton (Brandon Willliams, Tino Livramento)
PressFocus Na zdjęciu: Premier League: Norwich City vs Southampton (Brandon Willliams, Tino Livramento)

Bring someone back down to earth. Sprowadzić na ziemię, czyli przypomnieć komuś o istnieniu rzeczywistości i zakończyć jego marzycielskie rozważania. Wirtualny słownik Macmillan korzysta z przykładu jednoznacznie kojarzącego się z futbolem. Losing the match brought them back down to earth. Przegrane spotkanie sprowadziło ich z powrotem na ziemię. I o tym właśnie będzie ten tekst. O tym, kto i dlaczego został pozbawiony złudzeń i już nie buja w obłokach po 12. kolejce Premier League.

  • W 12. serii gier Premier League kilka drużyn zostało brutalnie sprowadzonych na ziemię. Wśród tych ekip znajdziemy Southampton, Arsenal i Manchester United
  • Jeden celny strzał, zero goli. To dorobek Evertonu w starciu z Manchesterem City. The Toffees popadli w marazm, z którego nie potrafią się wyrwać
  • Nowego trenera nie powinno się oceniać po pierwszym meczu. Jednak dla Stevena Gerrarda możemy uczynić wyjątek
  • Hit nie zawiódł, jednak Liverpool rozegrał starcie na Anfield na własnych warunkach

Śpiew Kanarka budzi ze snu

Trzy punkty w starciu z Leeds, remis z Burnley i następnie dwa zwycięstwa, na Vicarage Road i u siebie, w pojedynku z Aston Villą. Święci udanie zareagowali na porażki z Wolves i Chelsea i w czterech kolejnych spotkaniach zgarnęli dziesięć punktów. Mecz z Norwich miał być przedłużeniem świetnej passy. Kanarki po sześciu potyczkach na własnym stadionie miały w dorobku zaledwie jedno oczko, wywalczone w rywalizacji z Brightonem. Trudno wyobrazić sobie lepszego rywala niż szorujący po dnie tabeli beniaminek. Na korzyść The Canaries nie przemawiała nawet wygrana z Brentfordem i “nowa miotła”, czyli rozpoczynający swoją pracę na Carrow Road Dean Smith. Trafienie Che Adamsa, który wpisał się na listę strzelców już w 4. minucie, w idealny sposób wpisywało się w tę narrację. Jednak na odpowiedź gospodarzy nie trzeba było długo czekać. Pukki szybko doprowadził do wyrównania, a w 79. minucie Hanley sprowadził Southampton na ziemię. Defensywa ekipy Ralpha Hasenhüttla w czterech poprzednich meczach straciła tylko dwa gole, a w sobotę dwukrotnie została zaskoczona przez atak zespołu, który do tej pory zdobył pięć bramek.

Szkoła życia na Anfield Road

Mikel Arteta mógł być dumny ze swoich podopiecznych. Kanonierzy doskonale zareagowali na blamaż na Etihad i zaliczyli serię dziewięciu meczów bez porażki. Az siedem z nich, czyli 78 procent, rozstrzygnęli na swoją korzyść. Nie sposób było nie zauważyć, że na The Emirates coś się dzieje. Coś dobrego. Ramsdale bronił jak z nut, obrona stanowiła monolit, a Smith Rowe każdym kolejnym spotkaniem zwracał na siebie uwagę Southgate’a. Idylla trwała prawie dwa miesiące. Dopóki The Gunners nie odwiedzili Anfield, wszystko szło zgodnie z planem. Wydawało się, że ta drużynie nie zna ograniczeń. 0:4 w czerwonej części Merseyside jest bolesną lekcją. Ten, kto nie mierzył się z zespołem Jurgen Kloppa nie wie, ile pracy czeka jego ekipę. Liverpool w najbardziej brutalny i perfekcyjny sposób obnaża słabości swoich rywali.

Z tym kierowcą dalej nie zajedziemy

Okazuje się, że niektórzy w Premier League nie traktują wysokiej porażki z The Reds jako przestrogi ani nie potrafią wyciągnąć z niej nauki. Im do tego potrzebne jest coś więcej. Na przykład klęska na Vicarage Road. Do tej grupy zaliczają się piłkarze, sztab szkoleniowy i włodarze Manchesteru United. Dopiero przegrana z Watfordem wymusiła zmiany na Old Trafford. Okazało się, że Ole Gunnar Solskjaer osiągnął swój szczyt tutaj i drużyna pod jego wodzą nie jest w stanie osiągnąć więcej. Norweg mimo ogromnego kredytu zaufanie nie zdołał wyciągnąć Czerwonych Diabłów z kryzysu i w końcu mu podziękowano. Jednak wydaje się, że dopiero kompromitujący wynik i postawa piłkarzy w zmaganiach z The Hornets otworzyły oczy zarządowi. Być może także Harry Maguire, Luke Shaw, Victor Lindelof, Scott McTominay i Bruno Fernandes potraktują sobotnie popołudnie jako lodowaty prysznic i zaczną grać na miarę swoich możliwości.

Rozczarowanie kolejki: Everton

Jeden celny strzał, zero goli. To dorobek Evertonu w starciu z Manchesterem City. Wprawdzie rywalem The Toffees był zespół z najwyższej półki, a mecz rozgrywano na Etihad, trudno usprawiedliwiać tak bezbarwny występ ekipy z niebieskiej części Liverpoolu. Liczne kontuzje nie ułatwiają Benitezowi pracy, jednak gdy ogląda się grę jego podopiecznych, nie sposób bronić Hiszpana. Everton mimo ambitnych planów znowu jest przeciętny. Po raz ostatni drużyna z Goodison Park zapisała na swoim koncie komplet punktów prawie miesiąc temu. Z Norwich, które przegrywało z każdym. Od tamtej pory dziewięciokrotni mistrzowie Anglii dopisali do swojego dorobku zaledwie dwa oczka. I niewiele wskazuje na to, by tendencja spadkowa szybko miała przeobrazić się w marsz w górę stawki. Brentford, Liverpool, Arsenal, Crystal Palace i Chelsea – jeżeli The Toffees przy takiej dyspozycji, jaką aktualnie prezentują, zdołają rozstrzygnąć na swoją korzyść chociaż jeden z pięciu następnych pojedynków w Premier League, ich sympatycy będą mogli mówić o sporym sukcesie.

Bohater nieoczywisty: Steven Gerrard

Nowego trenera nie powinno się oceniać po pierwszym meczu. Jednak dla Stevena Gerrarda możemy uczynić wyjątek. Były opiekun Rangersów przyniósł światło do szatni pogrożonej w ciemnościach. Zawodnicy Aston Villi na nowo chcą wygrywać i umierać za klub. Szybko okazało się, że potrafią grać w piłkę, w co można było wątpić po pięciu porażkach z rzędu. Nawet jeżeli Villa Park to tylko przystanek w drodze na Anfield, Gerrard nie zamierza traktować pracy w Birmingham jako etapu przejściowego. Zresztą jeżeli jego przygoda z AV okaże się nieudana, nikt nie powierzy mu sterów w Liverpoolu. Dlatego Steve G chce rozpocząć swoją przygodę z Premier League w dobrym stylu. 41-latek, podobnie jak Antonio Conte, który niedawno dołączył do Tottenhamu, jest pełny energii i tę energię czerpie od niego zespół. W tym przypadku (pozytywny) efekt nowej miotły powinien utrzymać się dłużej niż przez kilka kolejek.

Wydarzenie kolejki: efektowny triumf Liverpoolu nad Arsenalem

Liverpool rozegrał hitowe starcie na Anfield na własnych warunkach. Od pierwszego do ostatniego gwizdka podopieczni Jurgena Kloppa dyktowali tempo gry i kontrolowali przebieg boiskowych wydarzeń. Arsenal został brutalnie sprowadzony na ziemię po dziewięciu meczach bez porażki, a Mikel Arteta po raz kolejny zebrał cenny materiał, który w przyszłości pozwoli jego ekipie rywalizować jak równy z równym z drużynami z absolutnej czołówki ligowej tabeli. Przed Kanonierami jeszcze dużo pracy, natomiast The Reds udowodnili, że są na dobrej drodze by w tym sezonie powalczyć o najwyższe cele. Zwycięstwo w potyczce z The Gunners smakuje wyjątkowo dobrze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż na boisku zabrakło Firmino, Keity i Robertsona, a Henderson pojawił się na murawie dopiero w 76. minucie.

Polacy w Premier League

  • Łukasz Fabiański (West Ham) – 90 minut i porażka w starciu z Wolverhampton (0:1), cztery obronione strzały
  • Przemysław Płacheta (Norwich) – ławka rezerwowych w pojedynku z Southampton (2:1)
  • Jakub Moder (Brighton) – 90 minut w przegranym 1:2 meczu z Aston Villą
  • Jan Bednarek (Southampton) – 90 minut i żółta kartka w spotkaniu z Norwich (1:2)
  • Mateusz Klich (Leeds) – 59 minut w rywalizacji z Tottenhamem (1:2)
  • Matty Cash (Aston Villa) – 90 minut i żółta kartka w potyczce z Brighton (2:0)

Komentarze