Olkiewicz w środę #20 Kiedy stanęliśmy w jednym szeregu z Lincoln Red Imps oraz The New Saints?

Karabach Agdam - Lech Poznań
PressFocus Na zdjęciu: Karabach Agdam - Lech Poznań

Wczoraj przeczytałem, że Lech Poznań pobił niechlubny rekord – nigdy wcześniej nie odpadliśmy z eliminacji Ligi Mistrzów już 12 lipca, na etapie, na którym wciąż jeszcze trwa radosne obtłukiwanie różnorakich kelnerów. Ech, to obtłukiwanie kelnerów, jaki to za sobą niesie bagaż nostalgii, jaki to ma konkretny smak i zapach w pamięci dzieciaków urodzonych w latach dziewięćdziesiątych.

Pierwsze skojarzenie? Ha, wcale nie Kjapaz Gandża, z którym ŁKS Łódź wygrał na miękko 7:2 w dwumeczu. Nie, oczywiście pamiętam te wszystkie wielkie zwycięstwa, pamiętam jak przy losowaniu tego azerskiego klubu nawet mój tata, raczej realnie patrzący na możliwości ŁKS-u, był pewien awansu do kolejnej rundy. Jak chwilę wcześniej Widzew opędzlował Nefczi Baku, chyba 8:0, albo coś w tych okolicach. Ale to trochę banalna sprawa, wszyscy to wspominamy z rozrzewnieniem co roku, a potem kończymy smutnym wnioskiem, że w Europie nie ma już słabych drużyn, a wielkie pieniądze azerskich koncernów pompowane w propagandowy projekt Karabachu Agdam przynoszą wymierne skutki na piłkarskiej arenie międzynarodowej. Nic nowego się tu nie da napisać, poza kiwaniem głową, że kiedyś to było, teraz to nie ma i w sumie chyba najlepiej, to by już było wybrać, które drewno na trumnę. 

Uciekajmy z funeralnych tematów, jest lipiec. I dla mnie te lipcowe mecze to przede wszystkim upalna ulica Limanowskiego, którą spacerowałem do osiedlowego punktu bukmacherskiego na Zachodniej. Jakież to były szalone żniwa za moich szczenięcych lat! Przez pełne 11 miesięcy traciłem jakąś część kieszonkowego głęboko wierząc w swoją piłkarską intuicję i stawiając na te ligowe potyczki Lecha, Legii, Napoli oraz Manchesteru United. Złotówki znikały w okienku, razem z ołówkiem i pieczołowicie skonstruowanym kuponem z trzech meczów, bardzo rzadko już do mnie wracały. Szybko wychodziło na jaw, że Premier League jednak nie nagina się do mojej woli popartej zadrukowanym kawałeczkiem papieru, że mimo całego swojego zaangażowania w zgłębianie tajników I ligi, nikt nie jest w stanie poprawnie wytypować wyniku spotkania Floty Świnoujście. Że, oględnie rzecz ujmując, na futbolu znam się tak samo jak i teraz, czyli niespecjalnie. Albo wręcz przeciwnie – że znam się na nim na tyle dobrze, że zawsze przewiduję logiczne rozstrzygnięcia. A przecież nie ma chyba dyscypliny sportowej, która częściej wchodziłaby w konflikt z logiką.

No ale potem był ten lipiec. Kończyła się szkoła, to już miało pewną konkretną konsekwencję w postaci zwiększonych potrzeb finansowych na różnorakie grille, spotkania i wieczory na orliku. Do tego robiło się cieplej, łatwiej było przy okazji któregoś ze spacerów zajść do stacjonarnego punktu. No i ta najważniejsza motywacja. Eliminacje europejskich pucharów, eliminacje Ligi Mistrzów, eliminacje Pucharu UEFA, potem też Ligi Europy. Ktoś ostatnio zwrócił nam nawet uwagę – wszędzie to są kwalifikacje, qualifications, język jest pełen optymizmu, idzie ramię w ramię z piłkarską rzeczywistością – okay, lads, będziemy się teraz kwalifikować. Hola, raggazzi, czas kwalifikacji, że tak nawet zrymuję! A u nas? Nawet język jest jak listopad. Język naszego futbolu nie bierze pod uwagę optymistycznego scenariusza kwalifikacji, nie jest zainteresowany happy endem w postaci fazy grupowej. Zamiast tego uwypukla to, co ma się stać Polakom. Żadne kwalifikacje. Eliminacje. Bo my tu się, drodzy panowie, będziemy mierzyć z wyeliminowaniem. Będziemy się godzić z porażką. Inni się kwalifikują, nas się eliminuje.

Zostawiając na boku problemy semantyczne – rozpoczynały się eliminacje/kwalifikacje i zaczynały się mecze, które najkrócej można określić jako “przykry obowiązek”. Zawsze jakaś ekipa aspirująca do europejskiej klasy średniej trafiała na totalny wygwizdów. Mam przed oczami te składy, te formatki, według których układano kadry. Zmieniały się nazwy, ale trzon był ten sam: całe grono utalentowanej krajowej młodzieży. W Dinamie kwiat chorwackiego piłkarstwa juniorskiego, w Crvenej Zveździe najdzielniejsi spośród młodych Serbów, w Steaule Bukareszt cała młodzieżówka Rumunii U-21, w Sparcie czy Slavii Praga każdy młody Czech, który potrafi prosto kopnąć piłkę. Do tego wiadomo, doświadczony zawodnik zagraniczny, często z PSG w CV, czarnoskóry skrzydłowy, szalenie szybki i przebojowy, do tego nierzadko brazylijski magik z delikatną nadwagą, na pewno wśród kilkunastu nazwisk posiadający człon Silva albo Santos.

No i jechała ta ekipa, która miała dać swojemu Gigiemu Becaliemu, swojemu Zdravko Mamiciowi, swojemu kontrowersyjnemu właścicielowi o niejasnych powiązaniach finansowych i politycznych, wielkie triumfy. Jechała na Maltę. Albo do Dublina. Albo do Bangor City. Jechał ten Brazylijczyk z brzuszkiem, jechał ten nieprawdopodobnie utalentowany Nemanja Imprezović, który wkrótce miał zostać pochłonięty przez kluby Londynu albo Mediolanu i wcale nie mam na myśli jedynie klubów piłkarskich. Jechał ten weteran z mocniejszej ligi i golił niemiłosiernie pasterzy z Wysp Owczych, rybaków z Islandii, wesołych McGinnów z Irlandii oraz malarzy z Malty. Nie pamiętam, ile zdarzeń miała moja najdłuższa tasiemka, pamiętam, że kilka razy spełniłem osiedlowy sen i z dwuzłotowej monety zrobił się błękitny banknot 50-złotowy. To były upalne lipcowe dni, to były upojne środy, gdy najpierw Steaua ogrywała tę swoją Vallettę, nigdy nie pamiętałem, ile tam literek L, a ile T, a potem bukmacher z bólem serca wypłacał mi moją solidnie zarobioną dniówkę. Lipcowe pierwsze fazy pucharowe kojarzą mi się w pierwszej kolejności z tymi długimi taśmami, gdzie faworyci spełniali ten wyżej wspomniany przykry obowiązek i oprawiali kolejnych słabeuszy.

Do tej pory starałem się unikać radykalnych osądów. Ba, tydzień temu, gdy Lech pokonał Karabach, sugerowałem nawet, że na piłkarskim dnie znaleźliśmy się niejako przypadkiem, w wyniku nieszczęśliwego splotu różnych okoliczności. Że smutna prawda: Lech losowany w I rundzie bez rozstawienia, gdzieś pośród Lincoln Red Imps oraz The New Saints, to tylko błąd w systemie. Ot, parę razy zdarzyło nam się przegrać z różnymi Stjarnanami, więc teraz kompletnie niesłusznie cierpimy te rankingowe katusze. Suma niewielkich potknięć poskutkowała znalezieniem się na poziomie Gibraltaru, ale to po pierwsze chwilowo, po drugie – nie do końca z naszej winy. Ot, tak się rankingi ułożyły, tak losowania wypadły.

Co napisać dzisiaj, po 1:5 z Karabachem? Generalnie mam świadomość, że tak jak 1:0 przed tygodniem nie do końca oddawało potencjał obu klubów, tak i 5:1 nie jest w pełni miarodajne. Wiem, że Lech Poznań nie jest aż tak żałosny, że Karabach nie był pewien awansu przez pełne 180 minut grania, że na pewno zakotłowało im się tam dość mocno po golu Velde. Nie uważam, by Karabach, który jest trochę tą moją Steauą sprzed lat, po prostu obił kelnerów, tak jak kiedyś obijało się te Bangory i inne podobne wynalazki. Ale odrobina niepewności pozostaje.

Bo może jednak gdzieś w Belgradzie, albo w Zagrzebiu, 19-letni Olkiević idzie po swój hajs z tasiemki? Może ten 19-letni Olkiević w Belgradzie albo Zagrzebiu spojrzał na pary i bez trudu położył pieniądze na awans Karabachu? Może to część jego bardzo długiego kuponu, dzięki której nadchodzący weekend powinien być naprawdę niewiarygodną przygodą?

Bardzo, bardzo bolesne były te cztery tygodnie z polskim klubem w boju o Ligę Mistrzów. Nie przypuszczałem, że ta droga będzie aż tak nabita różnymi cierniami. Najpierw ten pierwszy strzał w twarz, gdy zobaczyliśmy, na jakim poziomie jesteśmy losowani, jacy rywale rozpoczynają eliminacje/kwalifikacje równo z nami. Potem drugi strzał, gdy z wszystkich najtrudniejszych rywali trafiliśmy tego najtrudniejszego i w dodatku nie do końca nam pasującego. No i wreszcie nokaut, 5:1. 5:1 w starciu z drużyną z Azerbejdżanu, 5:1 w meczu I rundy eliminacji Ligi Mistrzów, gdy tradycyjnie odbywa się radosne obtłukiwanie wszelkiej maści kelnerów.

Czy to już naprawdę my? Czy jesteśmy już tak nisko, czy jesteśmy już tak słabi, czy mamy aż tak fatalną reputację? Chcę wierzyć, że nie. Ale potem przypominam sobie wszystkie celne strzały Lecha z drugiej połowy (to nietrudne, mógłbym to zrobić nawet bez oglądania meczu) i każdą z pięciu bramek Karabachu. I nie wiem, czy jednak nie trzeba otworzyć w pamięci szufladki z napisem “Kjapaz Gandża”. Tylko kto jest teraz, po prawie 25 latach, tym Kjapazem… 

Przedstawiciele Łotwy, Gibraltaru oraz Litwy grają dalej. Dzisiaj Linfield z Irlandii Północnej zagra z walijskim The New Saints. Ja chyba skreślę jakąś tasiemkę na kolejną rundę. Niestety już bez Lecha Poznań.

Komentarze

Na temat “Olkiewicz w środę #20 Kiedy stanęliśmy w jednym szeregu z Lincoln Red Imps oraz The New Saints?