¡Que partidazo! #27 Argentyńczycy nie spuszczają z tonu

Angel Correa
Angel Correa PressFocus

Odejście Leo Messiego sprawiło, że La Liga utraciła swoją największą gwiazdę. Po drugiej kolejce można już jednak powiedzieć, że tradycja argentyńskich gwiazd czarujących na hiszpańskich boiskach jest daleka od zakończenia. Angel Correa i Erik Lamela zapewnili bowiem swoim drużynom niezwykle ważne zwycięstwa i pokazali, że są gotowi na wzięcie na siebie odpowiedzialności w kluczowych momentach sezonu.

  • Leo Messi czarował na hiszpańskich boiskach przez niemal dwie dekady
  • Choć największy zawodnik w historii rozgrywek opuścił Barcelonę, kilku argentyńskich graczy wyrasta na bohaterów początku nowego sezonu

Argentyńska kolonia w La Lidze ma się świetnie

Po pierwszych dwóch kolejkach można ze smutkiem zauważyć, że relatywnie niski poziom rozgrywek w zeszłym sezonie nie był jedynie wynikiem natłoku meczów i związanym z tym przemęczeniem. Na hiszpańskich boiskach pada najmniej bramek spośród pięciu najsilniejszych lig i znajduje to odzwierciedlenie w przyjemności płynącej z oglądania spotkań.

Nie oznacza to jednak, że już na samym starcie rozgrywek nie dostarczamy emocji. To pierwszy sezon od wielu lat, gdy eksperci nie stawiali na mistrzostwo dla kogoś z dwójki Barcelona – Real Madryt. Wydaje się, że Atletico nie tylko dysponuje najrówniejszą i najlepiej zgraną kadrą, ale ponadto dzieje się tam najmniej za kulisami, co przekłada się na pewność siebie na boisku. Na podobnej zasadzie dawano też kredyt zaufania Sevilli. Ekipa Lopeteguiego od dwóch lat sukcesywnie stawia kolejne kroki do przodu, a włodarze klubu zapowiadali, że ich głównym celem jest zmniejszenie dystansu do wielkiej trójki. Teraz o wyraźne zaznaczenie dołączenia do ścisłej hiszpańskiej elity może być najprościej od lat, co wiąże się, rzecz jasna, z problemami finansowymi całej ligi oraz Realu Madryt i Barcelony w szczególe.

Correa i Lamela robią różnicę

Wysnuwanie daleko idących wniosków po dwóch kolejkach to nonsens, ale widać, że Atletico i Sevilla pokazują na murawie najwięcej spokoju. Spora w tym rola pewnych Argentyńczyków, którzy w obu spotkaniach swoich zespołów pełnili pierwszoplanowe role.

Mistrzom Hiszpanii zdecydowanie brakuje fajerwerków, ale postawa Angela Correi to coś, za co należą się ogromne brawa Diego Simeone. Dość powiedzieć, że napastnik Atletico zdobył osiem bramek w ostatnich dziesięciu spotkaniach. W poprzednich 63 meczach, w których brał udział, zaliczył zaledwie siedem goli. Jasne, w starciu z Elche otrzymał ogromny prezent od Kiko Casilli, ale do końca poszedł za akcją, którą zakończył z zimną krwią. Pozostając przy Argentyńczykach, asystę przy tym trafieniu zanotował świetnie wprowadzający się w nowy zespół Rodrigo De Paul.

Sevilla zaś ponownie udowadnia, że jest idealną przystanią dla zawodników chcących ustabilizować formę i odzyskać blask. Nie chce się wierzyć, co na początku sezonu wyczynia Erik Lamela, który przychodził z Tottenhamu z łatką przeciętnego skrzydłowego, mającego być jokerem mogącym pomóc zespołowi z ławki. Drugi mecz i drugi gol, przy którym Argentyńczyk pokazał determinację i niezbędnego napastnikowi nosa do znalezienia się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Z taką dyspozycją miejsce w wyjściowym składzie dla Lameli wydaje się oczywistością. Teraz okaże się, czy występując od pierwszej minuty będzie w stanie pomóc zespołowi tak samo, jak robi to wchodząc z ławki.

Jak bardzo mogą różnić się od siebie remisy?

W teorii – wcale. Utrata punktów, to utrata punktów, a tylko to liczy się na koniec sezonu. Remisy Barcelony i Realu Madryt w ostatniej kolejce różniły się jednak od siebie diametralnie. I ujawniły wszystkie bolączki, z jakimi borykają się kluby.

Blaugrana dała się całkowicie zdominować Athleticowi. Pod względem walki fizycznej zespół Koemana ustępował Baskom przez całą pierwszą połowę. Przełożyło się to nie tylko na groźne sytuacje gospodarzy – z uderzeniem Sanceta w poprzeczkę na czele – ale i na problemy z rozgrywaniem piłki na wrogiej połowie. Ponadto trener Marcelino świetnie zidentyfikował najsłabsze ogniwo defensywy Blaugrany, biorąc za cel Erica Garcię. Inaki Williams wrzucił młodego stopera na obroty od pierwszych minut, a ten spuentował swój występ czerwoną kartką, gdy po raz kolejny nie zdołał dogonić rywala.

Promyczkiem nadziei dla kibiców Barcelony niech będzie reakcja na utraconą bramkę, bo od 51. minuty to goście byli stroną zdecydowanie konkretniejszą. No i postawa Memphisa Depaya, który od pierwszego meczu wygląda na gościa, który koniecznie chce wejść w buty lidera po odejściu Leo Messiego. Camp Nou niczego nie potrzebowało bardziej.

W tym samym czasie Real Madryt zremisował z Levante 3:3, ale paradoksalnie pozostawił po sobie lepsze wrażenie. Co prawda Królewscy zaprezentowali się katastrofalnie w defensywie, a niemal każdy członek tej formacji zaliczył jakiś poważny błąd, ale lustrując karierę Carlo Ancelottiego, można założyć, że znajdzie sposób na przeciekającą obronę. Za to gra ofensywna Los Blancos musi się podobać. Do regularnego Karima Benzemy dołączyli wracający do naprawdę niezłej dyspozycji Eden Hazard i Gareth Bale. Ba, wydaje się, że Carletto zdoła nawet odrestaurować Isco! Wydaje się zatem, że choć obaj giganci szybko utracili punkty, to mniej powodów do narzekań powinni mieć kibice Królewskich.

Całość tekstu znajduje się na Primeradivision.pl. Tam wybrano dodatkowo Partidazo, evento, jugador oraz golazo minionej kolejki. Sprawdź ostateczną tabelę La Liga.

Komentarze