Olkiewicz w środę #47. Wrocław i Śląsk – przykład psucia piłki

Erik Exposito (C) - Śląsk Wrocław
PressFocus Na zdjęciu: Erik Exposito (C) - Śląsk Wrocław

Świat piłki nożnej uwielbia strefy szarości, od boiska, aż po oceny osób zaangażowanych w pracę gdzieś głęboko w strukturach klubu. Rzadko zdarza się, by piłkarz zagrał jednoznacznie źle, by nie miał ani jednego udanego zagrania. Rzadko zdarza się sezon, w którym nie da się znaleźć żadnych wad. Nie ma możliwości, by odnaleźć dowolny dział, w dowolnym klubie, który jest nieskazitelny, albo odwrotnie – tak okrutnie nieprofesjonalny, że nie da się o nim napisać czegokolwiek pozytywnego. Dlatego też trudno o wykreślanie jakichś uniwersalnych przepisów na sukces – skoro niezależnie jakie dobierzesz składniki i jak ugotujesz swoją potrawę, nigdy nie wyjdzie dokładnie tak samo.

Natomiast to, co dzieje się obecnie ze Śląskiem Wrocław, przynajmniej w trzech sferach pokazuje, jakie niebezpieczeństwa i patologie wiążą się z przesadnym zaangażowaniem w sport władz samorządowych. I tu chyba możemy pokusić się o ogólny wniosek – gdy w twoim klubie zaczyna dochodzić do tego typu sytuacji, bij na alarm.

  • Śląsk Wrocław został wzięty na celownik lokalnych dziennikarzy przy okazji omawiania działalności miejskich spółek
  • Obraz, jaki wyłania się z artykułów m.in. “Super Expressu”, jest niespecjalnie wesoły: Śląsk przedstawiany jest jako lądowisko dla znajomych, którzy nie zdążyli załapać się do innych spółek
  • W teorii można wysnuć wniosek, że przelewy z miasta rekompensują pewne niedogodnośći, ale rzeczywistość wydaje się inna

Śląsk Wrocław – jak tego nie robić

Marcin Torz, wrocławski dziennikarz “Super Expressu” w ostatnich tygodniach bardzo poważnie zajął się nieprawidłowościami w miejskich spółkach podlegających prezydentowi Jackowi Sutrykowi. Wśród jego najbardziej bulwersujących ustaleń znalazły się m.in. wyszperane zarobki członków najróżniejszych ciał doradczych przy spółkach miejskich, które zostały szczelnie obsadzone ludźmi kojarzonymi z władzami Wrocławia oraz nie do końca przejrzyste transakcje z kontrahentami bezpośrednio zależnymi od miejskich pieniędzy – jak kupno domu od prezesa jednego z klubów sportowych pobierających spore miejskie dotacje. Jeżeli chodzi o sam Śląsk Wrocław, najgłośniejsze było chyba ujawnienie przelewów, które wrocławskie ZOO wykonywało w ramach zapłaty za usługi marketingowe w klubie. 4 miliony złotych na przestrzeni kilku lat to potężna kwota, zwłaszcza, że przecież ponad 99% akcji w Śląsku posiada miasto, które własnymi drogami obficie dotuje klub (jak podaje Torz – obecnie to 13 milionów złotych, około połowa budżetu). Na styku polityki miejskiej oraz sportu znalazł się jeszcze temat byłego działacza spółki TBS, Marcina Kija, który po skandalu związanym z niesławnymi już radami progamowymi utracił pracę w Towarzystwie Budownictwa Społecznego. Gdzie wypłynął? Ano jako dyrektor finansowy właśnie w Śląsku Wrocław, jak podaje Torz – z pensją sięgającą 10 tysięcy złotych miesięcznie.

Mało? Cóż, Torz podaje również, że w Radzie Nadzorczej Śląska Wrocław zasiada z kolei Krzysztof Balawejder, szef wrocławskiego Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji. Od dłuższego czasu mówi się, że Balawejder mógłby w przyszłości samemu zostać prezesem Śląska Wrocław – a choć sam zainteresowany skromnie zaprzeczał, choćby w lutym ubiegłego roku, to jednak – zaangażowany w sprawy Śląska jest mocniej, niż inni członkowie Rady.

  • Zobacz także: Wrocław: siedlisko zła?

Pewnie te wszystkie didaskalia nie kłułyby w oczy, gdyby Śląsk mimo to osiągał świetne wyniki sportowe, oczarowywał grą i zachwycał spójną wizją klubu. Sęk w tym, że obecny kryzys wizerunkowy jest pogłębiany przy każdym wybiegnięciu piłkarzy w zielonych koszulkach na murawę stadionu miejskiego. Ale jest jak jest – gdy myślimy o Śląsku Wrocław, pierwsze skojarzenia to negatywy. Dość kuriozalne przygody Erika Exposito z jego niedoszłymi transferami. Trzech opłacanych jednocześnie szkoleniowców pierwszego zespołu. Motanie się pomiędzy różnymi długofalowymi wizjami – od wprowadzania do gry młodych zawodników wyciągniętych wprost z akademii zagranicznych klubów, przez szukanie okazji i zagranicznych talenciaków, aż do gry na sentymentach poprzez uciekanie się do chwalebnej przeszłości.

I tu właśnie wypada zadać pytanie: ta “miejskość” Śląska zaczyna przeszkadzać, bo sportowo projekt się nie broni, czy może projekt sportowo się nie broni, bo “miejskość” zaczyna już w tym coraz mocniej przeszkadzać?

Ryszard Tarasiewicz dla Goal.pl: każdy jest kozakiem, gdy nie ma już do czynienia z drugim człowiekiem
Ryszard Tarasiewicz

– Najbardziej mnie wkurza, jak zawodnicy mają najwięcej do powiedzenia, gdy dany trener nie pracuje już w danym miejscu. Mówi się, że ten był nielojalny, ten nie był szczery. Dlaczego nie mówią tego wtedy, gdy współpracują ze szkoleniowcem? Każdy jest kozakiem, gdy nie ma już do czynienia z drugim człowiekiem. Dlatego kraje bałkańskie są przed

Czytaj dalej…

Zacznijmy od najbardziej oczywistej rzeczy – 10 tysięcy złotych dla klubu Ekstraklasy to frytki. Nie ma sensu robić z Marcina Kija, który ponoć i tak zastąpił na stanowisku księgową, odchodzącą na emeryturę, głównej przyczyny problemów Śląska Wrocław. Ale zależność od miejskiej kasy, która rokrocznie funduje klubowi przedłużenie bytu, to jednak nie tylko przyjemność wydawania tych pieniędzy, ale również obowiązki – w tym korzystanie z miejskich porad. Śląsk nie jest ani pierwszy, ani ostatni, ani tym bardziej nie jest na czele, jeśli chodzi o liczbę przypadków “wtrącania się” lokalnych polityków do biznesu. Pamiętamy doskonale radnych, którzy dopytywali decydentów w Podbeskidziu, kto odpowiada za sprowadzenie Petera Wilsona. Natomiast – nie chodzi tu o konkretne nazwiska, nie chodzi o konkretne przykłady patologii, chodzi o pewną zasadę. Czy to przypadek, że Widzew zaczął osiągać sukcesy na miarę oczekiwań własnych kibiców w momencie, gdy prezesem został Mateusz Dróżdż, niespecjalnie wsłuchujący się w głos rozlicznych doradców z przeróżnych koterii związanych z klubem? To jest najbardziej ekstremalny przypadek klubu, który swego czasu miał sześć ośrodków decyzyjnych, czterech specjalistów od budowy pionu sportowego i przynajmniej trzech ludzi, którzy uważali, że ostatnie słowo powinno należeć do nich. W tym okresie Widzew borykał się z problemami na wszystkich możliwych poziomach, łącznie z poziomem sportowym. Władza skupiona w jednej pięści zaowocowała bardzo dynamicznym rozwojem i ostatecznie podium za rundę jesienną.

Widzew i tak był w niezłej pozycji – bo wspomniane grupy wpływu były złożone z kibiców, drobnych sponsorów czy współwłaścicieli. W klubach miejskich w rolę doradców wcielają się często ludzie totalnie niezwiązani z futbolem czy wręcz sportem. Ale jednak – trzeba ich słuchać, albo chociaż pozorować, że ich głos ma znaczenie. Po co tworzyć sobie problemy, jeśli pośrednio odpowiadają za ponad połowę budżetu?

Dlatego ten Miejski Klub Sportowy Miasto jest zmuszony przygarniać różnych spadochroniarzy i co jakiś czas weryfikować własne plany i własną politykę poprzez kompromisy z politycznymi doradcami. Czy to wyjaśnia, dlaczego w Śląsku funkcjonowały jednocześnie trzy długofalowe wizje i wypłaty dla trzech trenerów? Nie do końca, ale daje nam pewien trop.

Dalej – znów smakowicie – Marcin Torz i Paweł Janas ujawnili, że Erik Exposito zarabia około 120 tysięcy złotych miesięcznie. Raków interesował się napastnikiem Śląska, ale wówczas gwiazda ekstraklasowych boisk zażądała od częstochowian kwoty stosownie podwyższonej – proporcjonalnie do ambicji, które Raków ma nieco większe niż rywal z Dolnego Śląska. Częstochowianie pragnienia Exposito wyśmiali i przekierowali uwagę na tańsze alternatywy – Exposito został w strefie komfortu, którą bez wątpienia jest dla niego Śląsk. Dlaczego o tym w ogóle wspominam? Ano dlatego, że jak w soczewce widać tutaj psucie całego rynku piłkarskiego. Klub o ambicjach i możliwościach finansowych Śląska Wrocław nie mógłby utrzymywać takiego zawodnika w warunkach rynkowych – tak wysoka pensja i odrzucanie zbyt niskich ofert za Hiszpana były możliwe tylko w połączeniu z wielomilionowymi dotacjami z miasta. Exposito, który jest wart kwotę X, płynącą z miejskiej kasy, nie jest warty tej samej kwoty X, jeśli ma ją wyłożyć prywatny przedsiębiorca, w tym wypadku Michał Świerczewski. Innymi słowy – bogaty właściciel ekstraklasowego klubu musi swoim zawodnikom płacić kwotę podwyższoną o nierynkowy haracz – wynikający z tego, że jego podopieczny swoje oczekiwania formułuje uwzględniając wysokość pensji w miejskich klubach. Gdyby nie było w lidze pieniędzy od Gliwic, Wrocławia czy Zabrza – swoje budżety proporcjonalnie mogłyby obniżyć rywalizujące z Piastem, Śląskiem czy Górnikiem kluby. Albo wykorzystać je inaczej – zamiast przepalania na pensje wywindowane w warunkach samorządowego eldorado.

Stadion Śląski nie dla Ruchu, alternatywami areny z innych miast
Piłkarze Ruchu Chorzów

Ruch Chorzów w poniedziałek 16 stycznia 2023 roku otrzymał wiadomość, że jego obiekt został zamknięty. Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego podjął taką decyzję, przekonując, że jest potrzebny pilny demontaż wieży oświetleniowej numer dwa, znajdującej się w sektorze numer jeden. Realny scenariusz zakłada, że wiosną Niebiescy będą rozgrywać spotkania w roli gospodarza na innym stadionie. Jak grom

Czytaj dalej…

Te dwie sfery wydają mi się trudne do przedstawienia w sposób inny, niż ten powyższy. Rozmycie odpowiedzialności poprzez osłabianie autorytetu decydentów, wpychanie im w ramiona najróżniejszych doradców, czy wprost – poleconych pracowników, to poważna przeszkoda w profesjonalnym zarządzaniu klubem. Przepłacanie i podbijanie stawek, psucie rynku zalewaniem go pieniędzmi otrzymanymi w prezencie, a nie wypracowanymi przez klub, to druga kwestia, z którą ciężko polemizować. Trzecia? Trzecia wiąże się wprost z inwestorami i sponsorami.

Wrocławscy dziennikarze, ale i ich koledzy z Górnego Śląska, sugerują bowiem, że miejskie kluby mogłyby znaleźć nabywców – zwłaszcza, że przecież i Wrocław, i Zabrze to miasta jednego klubu, w dodatku wspieranego przez dużą liczbę fanów z całego regionu. Stadiony nowe, baza kibicowska spora, potencjał ogromny, bazy treningowe znośne, wyniki akceptowalne. A jednak – sprzedaż jak nie szła, tak nie idzie nadal. Oczywiście, to nie jest łatwa rzecz – znaleźć stabilnego właściciela, który zapewni byt na przyzwoitym poziomie. Ale to wynika poniekąd z pierwszych dwóch patologii – zwłaszcza tej drugiej, bo potencjalny inwestor wie, że będzie rywalizował nie tylko z portfelami swoich odpowiedników w innych klubach, ale też z tym, co niektórym rywalom przeleją podatnicy. Natomiast przede wszystkim – klub z każdym zatrudnionym spadochroniarzem, z każdym wkręconym w sport politykiem, staje się coraz trudniejszy do oddania. Ba, choćby do dopuszczenia kogoś do stołu, przy którym można decydować. Zabezpieczenie w postaci miasta rozleniwia nawet przy poszukiwaniu drobnych sponsorów, co w klubach prywatnych jest często główną treścią życia całego sztabu pracowników.

Szalenie ciekawe będą dalsze losy Śląska, ale nie tylko – bo przecież klubów w podobnej sytuacji jest więcej. Co interesujące – na ich miejsce szykują się już zespoły z niższych lig, ale za to z potężnymi właścicielami reprezentującymi prywatne podmioty. Polonia Warszawa ze wsparciem Sii. Motor Lublin ze wsparciem Zbigniewa Jakubasa. Stal Rzeszów z Rafałem Kaliszem.

Czy dojdzie do przebiegunowania, czy może czeka nas kontratak samorządów o podrażnionych ambicjach? Jedno jest pewne – ta konfrontacja musi nadejść. A może już trwa.

Komentarze