Olkiewicz w środę #15 Trener, czyli najtrudniejszy spośród zawodów piłkarskich

Maciej Skorża
PressFocus Na zdjęciu: Maciej Skorża

Zaskoczeni byli kibice Cracovii, zaskoczeni byli działacze tego klubu, zaskoczeni byli dziennikarze, sympatycy futbolu, zaskoczone było całe nasze środowisko. Michał Probierz, który lwią część swojego trenerskiego życia poświęcił na walkę o silną pozycję trenera, postanowił niemalże z dnia na dzień tej silnej pozycji się zrzec. Gdy już w Cracovii zyskał szacunek, zaufanie, możliwość układania klocków według własnej wizji, to ostatecznie spoglądając na swoje dzieło podczas zimowego meczu z Wartą Poznań postanowił uciec.

Pamiętam reakcje, gdy już wszyscy otrząsnęli się po tym pierwszym szoku. Dominowały głosy rozliczające Probierza z jego klęsk, nie brakowało szyderstw, zresztą na współczucie człowiek tak wojowniczy, tak często wchodzący w zwarcie, z pewnością nie liczył. Ja wówczas wciąż pod dużym wpływem rozmów i tekstów o trudnościach pracy trenerskiej, starałem się udowodnić, że Probierz naprawdę może być zmęczony. Może mieć dość nie tyle swojego własnego dzieła, co piłki nożnej w ogóle. Może mieć najróżniejsze jazdy w życiu prywatnym, może mieć akurat ochotę polecieć na Zanzibar. I właściwie nic nam, środowisku piłkarskiemu, do tego. Wiadomo, zostawia klub w potrzebie, drużynę niemalże osieraca, kończy wiele rozpoczętych projektów właściwie bez słowa wyjaśnienia. Ale podkreślałem – nigdy nie wiemy, co się dzieje po drugiej stronie. Rozłąka. Pożerane przez pracę życie prywatne. Rosnące potrzeby klubu, drużyny, rosnąca potrzeba samorozwoju, jednocześnie coraz mniej czasu na cokolwiek, co pracą nie jest.

Pomyślałem sobie – pękło w nim coś. To moment, gdy trzeba mocno wystąpić w obronie pozującego na twardziela Probierza – bo przecież pod kamuflażem z konferencyjnych bon motów znajduje się człowiek. Jeden ze starszych dziennikarzy z południa pouczał, że tak to jest – branie się za tłumaczenie, nie znając sytuacji. W domyśle – staję w obronie Probierza, a tu nie ma czego bronić. Po paru dniach, gdy trener wrócił do pracy, w teorii mógłbym się czuć pokonany. Ale ja odwrotnie, czułem, że paradoksalnie spotkało nas coś dobrego, bo na afisz wpadł temat, który do tej pory jednak poruszano dość rzadko, często za pomocą niszowych przekaźników. Trenerzy rozmawiali między sobą o tym, jak długo już nie widzieli swoich synów. Ale nie miało to charakteru systemowej dyskusji o tym, jak kruchy jest lód pod trenerem. I wcale nie ma tu mowy o gorących krzesłach, pewności zatrudnienia i tym podobnych szczegółach, tu mowa o tym życiowym lodzie.

Wtedy całość dotyczyła Michała Probierza, co już ma pewien wydźwięk. Probierz, który lubił i rzucić na konferencji czymś podostrzającym przekaz, i szturchnąć jednego czy drugiego kolegę po fachu. To nie jest i nie był oczywisty kandydat do współczucia, zwłaszcza, jeśli po pierwsze – wrócił po paru dniach, a po drugie – faktycznie prowadził mocno antypatyczny zespół, na który patrzyło się z bólem. Wyniki wówczas się pogorszyły, atmosfera była fatalna, można było rezygnację Probierza odczytywać jako… Cóż, jako przejaw rezygnacji Probierza, rezygnacji z walki o doprowadzenie tej hałastry do jakiegoś względnie przyjemnego dla kibica widoku.

Wspominam o tym wszystkim dzisiaj, przy okazji rezygnacji Macieja Skorży, nie przez przypadek. Wówczas było mi zwyczajnie smutno, było mi żal, że Michał Probierz tak kończy swoją przygodę z Krakowem, przygodę, która miała przecież również całkiem udane momenty. Jak określić to, co dzieje się teraz?

Michał Probierz miał wielu krytyków, może nawet nienawistników, którzy obrażali go przy każdym posunięciu. Nagrabił sobie w różnych kręgach, w różnych momentach – a to afera z Januszem Golem, a to jakieś niedopowiedzenia wewnątrz samej drużyny, a to napinka z trenerem przeciwnika, a to szpileczka wbita w jakąś grupę – najczęściej w grupę trenerów spoza Polski. Styl mocno wojenny i styl mocno różny od tego, który przyjął Skorża. Spokojna pewność siebie, bez większych konfliktów, nawet bez odbijania piłeczki, którą czasem na boisko Lecha wstrzeliwał Marek Papszun. Nie widzieliśmy widowiskowych zagrywek z doniczkami, nie słyszeliśmy pohukiwań. Skorża więc miał zdecydowanie lepsze notowania opinii publicznej. To oczywiście mocno subiektywna kwestia, więc czas na obiektywną. Maciej Skorża to mistrz Polski i finalista Pucharu Polski w sezonie stulecia Lecha Poznań. Michał Probierz u jego schyłku w Cracovii zarządzał składem i szatnią o zdecydowanie niższej jakości. Pucharu Polski nikt mu nie zabierze, tak samo jak wielu porządnych meczow w Ekstraklasie, chociaż ostatecznie o mistrza bił się tylko raz, z kiepskim finiszem. Skorża odchodzi na samym szczycie, tak właściwie do pełnego triumfu zabrakło mu odrobiny konsekwencji w Warszawie, podczas meczu z Rakowem.

Tych różnic jest oczywiście o wiele więcej, zapewne łącznie z motywami samej decyzji – Michał Probierz jednak wrócił do pracy po krótkim urlopie, Maciej Skorża mimo dwóch tygodni wolnego zdecydował, że na poukładanie spraw w życiu prywatnym potrzebuje zdecydowanie więcej czasu. Natomiast mam wrażenie, że jest punkt wspólny, o którym musimy mówić i pisać coraz głośniej. I jest to właśnie fatum nad głowami każdego, kto wchodzi w buty trenera.

We wczorajszym poranku z Leszkiem Milewskim przerzucaliśmy się historiami dotyczącymi szkoleniowców. Ten w przerwie między sezonami prowadzi kursokonferencje i wędruje po stażach w całej Europie. Inny mieszka na stałe 300 kilometrów od domu, z dziećmi kontaktuje się przez Skype. Kolejny po rozwodzie, jeszcze następny w chwili szczerości niemal się rozkleja – nie wiem, czy podjąłem dobre decyzje, nie wiem, czy nie będę żałował tego czasu, który mogłem spędzić z rodziną. Jasne, to jak wystawka do pustej bramki, bo riposta jest banalna. Nikt cię na siłę nie trzyma, zarobki z pięcioma, albo i sześcioma cyframi w pełni rekompensują niedogodności. Ale to populizm z półki “presję to ma pielęgniarka, a nie piłkarz”. Uważam, że takie deprecjonownie jest tym bardziej szkodliwe.

Bo czy w środowisku piłkarskim jest ktoś, kto ma gorzej niż trener? Piłkarz bez wątpienia pracuje ciężej jeśli chodzi o wysiłek fizyczny, ale po treningu, między sezonami, dzień po meczu, ma okres, gdy może po prostu nie wychodzić z łóżka, albo w wersji familijnej – nie opuszczać placu zabaw, na którym śmieją się jego pociechy. Działacz ma jeszcze bardziej klawe życie – odpowiedzialność jest wprawdzie o wiele większa, ale przynajmniej podział obowiązków jest jasny. W dzień meczowy możesz już głównie sprawdzić, czy system biletowy działa bez zarzutu. Zazwyczaj zresztą pracując w strukturach klubu nie jeździsz z miejsca na miejsce co pół roku, tylko zapuszczasz korzenie, często na lata. No i jednak – rzadkością jest przyjęcie oferty gdzieś na drugim końcu Polski, z założeniem, że dzieci od tej pory będą towarzyszyć jedynie w formie zdjęcia na biurku. My, dziennikarze, w ogóle mamy najłatwiej – nasze prognozy mogą się nie sprawdzać, nasze teksty mogą tracić aktualność już w momencie publikacji, niczym nie ryzykujemy, za nic tak naprawdę nie bierzemy odpowiedzialności.

Trener? Trener to generalnie połączenie wszystkich najgorszych cech każdego z “piłkarskich” zawodów. Jest tu regularny wysiłek, zgrupowania, obozy i presja taka, jak u piłkarzy. Jest ogromna odpowiedzialność i mnogość obowiązków charkaterystyczna dla działaczy. Jest podpięcie pod prąd przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu, dokładnie tak jak u dziennikarzy. A dodajmy do tego niepewne stanowisko, właściwie już w momencie przyjmowania oferty. Dodajmy do tego, że o wyniku często decydują błędy indywidualne osób, za których trener w teorii nie powinien odpowiadać. Dodajmy rzucanie się po całej Polsce, przepisywanie dzieci ze szkoły do szkoły, nawiązywanie kontaktów towarzyskich od nowa, w coraz to nowych miejscach. W sumie to ostatnie można wykreślić – jakie kontakty towarzyskie, u trenera? Z kim? Ze swoimi asystentami?

Natomiast mam wrażenie, że i tak najgorsza jest właśnie sama specyfika pracy, przekleństwo, z którym nie da się walczyć. Trener na upartego jest w stanie zminimalizować straty w życiu osobistym, wyobrażam sobie człowieka odrzucającego kolejne oferty, bo chce pracować w regionie, bez żadnego “Tour De Pologne”. Może pozwolić sobie na przerwy w pracy, czego nie mogą zrobić ludzie na o wiele słabiej opłacanych stanowiskach. Trener może ostrożnie dobierać miejsca pracy tak, by przynajmniej w teorii móc liczyć na kilkanaście miesięcy, a nie kilkanaście tygodni ciągłej pracy. Jednego jednak zmienić nie jest w stanie. Jego cała robota to szeroko rozumiane minimalizowanie ryzyka porażki. Cała praca trenerska, od zajęć szkoleniowych, ustalania taktyki, śledzenia rynku transferowego, aż po rozmowy motywacyjne czy wizyty na meczach rezerw klubu to minimalizowanie ryzyka porażki. Nieprawdopodobna pułapka na pracoholików. Bo gdzie tu jest początek, a gdzie koniec zadania? Gdzie jest początek, a gdzie koniec pracy? Okej, przyłożyłeś się do mikrocyklu, kapitalnie rozpracowałeś rywala, masz gotowy skład i ustawienie, widziałeś 10 ostatnich meczów napastnika przeciwników, a nawet przejrzałeś już najnowsze raporty skautingowe pod kątem następnego okienka. Jest piątek, 23.55, na mecz wyjeżdżasz dopiero za siedem godzin. Czy to na pewno czas na sen? Wciąż przecież nie przeanalizowałeś markerów zmęczeniowych u wyróżniających się zawodników rezerw. Wciąż na półce leżą pendrive’y, na których asystent nagrał ci ujęcia ostatnich trzech treningów z drona. Czy na pewno ułożona już dawno przemowa na jutrzejszy mecz nie ma słabych punktów? A może jednak sprawdzić raz jeszcze, dla pewności, czy sztab zadbał już o dopięcie szczegółow sparingpartnerów na nadchodzącym zgrupowaniu?

Mechanika pracy trenera jest taka, że zadanie nigdy nie jest wykonane. Nigdy nie ma momentu, gdy możesz zamknąć laptopa, potem drzwi i uznać, że więcej nie dało się zrobić. Zawsze da się zrobić więcej. Zawsze da się obejrzeć jeszcze jeden mecz, przeczytać jeszcze jeden raport, wchłonąć jeszcze jedną książkę, odbyć jeszcze jeden staż, przeprowadzić jeszcze jedną rozmowę. Dlaczego to takie destrukcyjne? Bo potem nadchodzi moment weryfikacji w postaci meczu. Piłkarz zazwyczaj wie – więcej zrobić nie mogłem, przygotowałem się rzetelnie, to, że podskoczyła mi piłka i zrobiłem błąd techniczny… Każdemu się zdarza. Trener? Trener zawsze może znaleźć u siebie winę, szczególnie, jeśli będzie dobrze szukał. Być może dało się przewidzieć, że będą grać niskie dośrodkowania, z którymi ten konkretny stoper sobie nie radzi? Być może trzeba było jednak ustawić się nieco głębiej, być może dałoby się podjąć lepsze decyzje, gdyby tylko… Gdyby tylko jeszcze godzinę, jeszcze dzień, jeszcze dwa treningi.

Oczywiście sytuacja Macieja Skorży jest ekstremalna. Życzę mu jak najszybszego poukładania spraw, choć kompletnie nie chcę dociekać, co konkretnie się w życiu trenera zdarzyło. Natomiast przy okazji tak nagłego zejścia ze sceny człowieka o takiej sympatii wśród ludzi, o takich sukcesach, zarówno czysto piłkarskich, jak i – nie oszukujmy się – finansowych, to powinna być czerwona lampka dla wszystkich. Ten fach potrafi pożreć i przydusić, nawet postacie ze ścisłego polskiego topu. Trenerom, od mistrza Polski, aż po doły piramidy szkoleniowej, życzę po prostu normalnego życia. To jednak może być cenniejsze od trzech ligowych punktów w weekend.

Komentarze