Lech – Legia. SMS-y nienawiści i scenariusz jak z taniego filmu, czyli czemu to największy klasyk ligi

Legia Warszawa - Lech Poznań
PressFocus Na zdjęciu: Legia Warszawa - Lech Poznań

Mecze Lecha z Legią jak żadne inne pozwalają mieć nadzieję, że na boisku – lub poza nim – zostanie napisana jakaś niecodzienna historia. Sięgając pamięcią choćby w niedaleką przeszłość znajdziemy kilka przykładów potwierdzających, że dziś chyba żadne spotkanie nie zasługuje na miano polskiego klasyka, jak właśnie starcie drużyn z Poznania i Warszawy.

  • Historia meczów Lecha i Legii, to historia narastającej nienawiści. Objawiającej się w najróżniejszy sposób – czasem SMS-ami, czasem przerwaniem meczu, innym razem pobiciem piłkarzy
  • My przypominamy sześć historii tylko z ostatnich lat
  • Początek sobotniego meczu Lecha z Legią o godz. 17:30

SMS-y nienawiści. 250 SMS-ów nienawiści

Było wielu piłkarzy, którzy w przeszłości zamieniali Poznań na Warszawę, ale w przypadku Bartosza Bereszyńskiego reakcja ze strony fanów Lecha była maksymalnie zintensyfikowana. Mowa o chłopaku, który urodził się w Poznaniu, wychował, w karierze juniorskiej reprezentował Poznaniaka, Wartę i Lecha. W barwach Kolejorza otrzymał szansę gry w Ekstraklasie. Przyjęcie przez niego oferty z Legii w Wielkopolsce zostało potraktowane jak potwarz. Niestety przy okazji wylała się ponadprzeciętna ilość hejtu na młodego piłkarza.

– Spodziewałem się, że kibice będą mnie darzyć nienawiścią, ale nie pomyślałbym, że nagle wypłynie mój numer. Proszę mi wierzyć – to nie były dziesiątki wiadomości, ale setki! Nie tylko niecenzuralne treści, ale nawet takie, po których mógłbym czuć się zagrożony. Gdyby to były pojedyncze incydenty, to pewnie podałbym te numery do sądu, ale było tego z 250, więc chyba nie ma sensu – mówił w wywiadzie dla Weszło sam „Bereś”, później dodając, że nie czuł, by w planach Lecha odgrywał jakąś ważną rolę.

Bereszyńskiego znienawidzono, ale po transferze nie był jak…

Hamalainen. I jeszcze raz Hamalainen

Kasper Hamalainen po transferze z Lecha do Legii nie stał się wielką gwiazdą ekipy ze stolicy. Raczej sprzeciętniał – na przykład w pierwszym sezonie ze świecą można szukać jego 90-minutowych występów. W drugim wyglądało to znacznie lepiej, ale później przyplątała się kontuzja, masa opuszczonych spotkań i w sumie po trzech dość średnich latach Warszawa stała się dla Fina przeszłością. Kibice Lecha mogliby czuć satysfakcję, gdyby nie jeden szczegół – w dwóch kolejnych sezonach Hamalainen strzelał zwycięskie gole dla Legii w bezpośrednim pojedynku ze swoim byłym klubem. I dwukrotnie miało to miejsce grubo po 90. minucie. W tym raz ze spalonego, którego nie wyłapał zespół Szymona Marciniaka.

W ten sposób Hamalainen zbudował jeszcze większą nienawiść, jaką darzyli go dawni kibice. Nienawiść, której on sam – nawet mając w pamięci reakcje po odejściu Bereszyńskiego – się nie spodziewał. W wywiadzie dla WP Sportowych Faktów po latach mówił tak: – Muszę przyznać, że (reakcje) były jednak dużo gorsze niż się spodziewałem. Przed podjęciem decyzji myślałem o tym wielokrotnie, wiedziałem, że będzie gorąco. Ale uważałem też, że skoro jestem cudzoziemcem, to “dym” nie będzie aż tak wielki jak w przypadku polskiego piłkarza i takiego transferu. No i pod tym względem się pomyliłem. Ale to moje życie, moja kariera. Uznałem, że w tamtym momencie to była dla mnie najlepsza propozycja.

Swoją drogą osobną historią jest sam mecz w Poznaniu, w którym Hamalainen zdobył bramkę. Wtedy długo utrzymywał się bezbramkowy remis, by w 82. minucie Tomasz Kędziora trafił na 1:0 dla Lecha. W tamtym momencie mało kto na stadionie zakładał stratę punktów, nie mówiąc o stracie kompletu. Jednak najpierw w 88. minucie Maciej Dąbrowski doprowadził do remisu, a w czwartej minucie doliczonego czasu gry trafił były idol poznańskiej publiczności.

Rozmowa motywacyjna

Legia w ostatnich latach ma lepszy bilans bezpośrednich starć od Lecha, ale w Warszawie też nie zawsze było kolorowo. W sezonie 2017/18, który ostatecznie zakończył się mistrzostwem ekipy ze stolicy, od początku Legii szło słabo, a porażka 0:3 w Poznaniu przelała czarę goryczy. Po powrocie z tego spotkania piłkarze zostali poturbowani przez własnych kibiców.

Jako pierwszy informację na Twitterze podał Krzysztof Stanowski. 50 kibiców czekało na powrót piłkarzy do Warszawy. Zawodnicy oczekiwali trudnej rozmowy, ale na słowach się nie skończyło, ponieważ zostali zaatakowani i pobici. Poszkodowani zostali wszyscy piłkarze, a także asystent Aleksandar Vuković. Bez szwanku wyszedł za to Romeo Jozak – trener Legii – relacjonował “Przegląd Sportowy”.

Całe zdarzenie trwało około 10 minut. Później zawodnicy rozjechali się do domów. – Jeśli znów zagracie tak samo, to znów przyjedziemy – mieli powiedzieć kibice do członków zespołu według informacji dziennikarzy gazety.

Redakcja dziennika informowała także, że niektórzy z piłkarzy rozważali rozwiązanie kontraktu z winy Legii, ponieważ ta nie zapewniła im odpowiedniej ochrony na terenie klubu. Cała sprawa, jakkolwiek to brzmi, rozeszła się jednak po kościach, bo Legia zaczęła wygrywać, a jeszcze w tym samym sezonie przypieczętowała mistrzostwo zwycięstwem… na stadionie Lecha.

Kibice nie pozwolili dokończyć

W sezonie 2017/18 wydawało się, że Lech odzyska mistrzostwo Polski. Fazę zasadniczą, czyli przed podziałem ligi na grupy mistrzowską i spadkową, zakończył jako lider. Prezentował równą formę, przegrał najmniej spotkań, a stadion przy Bulgarskiej zasłużył na miano twierdzy. Kolejorz zanotował tam imponujący bilans 12-3-0 przy równie imponującej różnicy bramek 35-8. I wtedy wszystko się posypało, właściwie nie wiadomo, dlaczego. Lech przegrał wszystkie cztery (!) spotkania u siebie, kolejno z Koroną Kielce (0:1), Górnikiem Zabrze (2:4), Jagiellonią Białystok (0:2) i Legią. Przed ostatnim z tych meczów nie miał już szans na mistrzostwo, ale w Poznaniu i tak była wielka mobilizacja kibiców – jako ewentualną nagrodę pocieszenia traktowano możliwe pozbawienie Legii tytułu (w grze o pierwsze miejsce była jeszcze Jagiellonia Białystok i porażka Legii mogła spowodować, że cieszyć się będą na Podlasiu).

Nic z tego nie wyszło, a negatywne emocje, które narastały z każdą kolejną porażką, eksplodowały podczas ostatniego meczu kolejki. Powietrze z balona uszło dość szybko – już w 9. minucie Domagoj Antolić trafił do siatki. Eskalacja wszystkiego, co najgorsze miała natomiast miejsce po kolejnych 60 minutach gry. Michał Kucharczyk podwyższył na 2:0 i była to jedna z ostatnich akcji spotkania, bo niedługo później kibice je przerwali. Z trybuny zajmowanej przez nich na murawę poleciały race i świece dymne. Sędzia przerwał zawody, piłkarze opuścili murawę. Kibole Lecha zaczęli napierać na ogrodzenie i po chwili kilkudziesięciu z nich pojawiło się na boisku. Do akcji wkroczyło około 200 policjantów, którzy przegonili chuliganów z powrotem na sektor. Ostatecznie wojewoda wielkopolski i delegat PZPN zdecydowali o zakończeniu imprezy masowej. Komisja Ligi przyznała gościom walkower 3:0, co oznaczało, że zdobyli mistrzostwo kraju. Wojewoda nałożył na poznański klub karę w postaci zakazu udziału publiczności w ośmiu meczach (ligowych i europejskich pucharów). Ostatecznie zmniejszona ona została do trzech.

Burdy podczas meczu Lech – Legia / PressFocus

Policja zatrzymała ok. 30 uczestników zamieszek. W trakcie postępowania przygotowawczego zarzuty usłyszało siedmiu z nich. Prokuratora zarzucała oskarżonym o m.in napaść na funkcjonariuszy policji, poprzez rzucanie w nich elementami ogrodzenia, wtargnięcie na boisko, używanie środków pirotechnicznych oraz kominiarek i kombinezonów ochronnych w celu uniemożliwienia identyfikacji.

To nie był pierwszy przypadek związany z reakcją kibiców Lecha na niekorzystny wynik z Legią. W 2011 roku po finale Pucharu Polski rozgrywanym przy Bułgarskiej po ostatnim, decydującym rzucie karnym uszczęśliwieni fani Legii wbiegli na murawę boiska. Na znak radości porozbierali swoich zawodników do bielizny. Po okrzykach radości szybko pojawiły się prowokujące kibiców Lecha wyzwiska. Policja natychmiast weszła na boisko by oddzielić szalejących kibiców. Chwilę później na murawę wbiegli poznaniacy.

Doszło do bijatyki. Policja oddała kilka strzałów ostrzegawczych. Ochrona musiała użyć siły wobec coraz bardziej agresywnych ludzi. Nie obyło się bez rannych – pobity został m.in. jeden z operatorów TVP. Kibice Lecha zaczęli wyrywać krzesła, metalowe elementy konstrukcji bramek, głośników i ogrodzeń. W stronę policjantów poleciały race i petardy. Po paru minutach awanturujący się kibice Lecha zostali odizolowani i wyprowadzeni poza stadion. Moment wręczenia pucharu na stadionie oglądali tylko kibice Legii.

Debiutanckie gole żółtodziobów

To niesamowite, z jaką częstotliwością mecze Legii z Lechem układają się według filmowych scenariuszów. Pisaliśmy wyżej o dwóch meczach Hamalainena z golami w doliczonym czasie gry, to teraz słowo o dwóch innych spotkaniach, które Legia wygrywała dzięki trafieniom piłkarzy, których nie znała zdecydowana większość polskich kibiców.

W 2019 roku w 74. minucie przy wyniku 1:1 na boisku pojawił się debiutant Maciej Rosołek. Wystarczyły dwie minuty, by do pierwszego występu w Ekstraklasie dorzucił bramkę. Ta historia sama w sobie jest nieprawdopodobna, a jeszcze bardziej zyskuje na oryginalności, gdy przypomnimy, że rok później właściwie się powtórzyła. Tym razem w roli debiutanta z bramką wystąpił Kacper Skibicki. Wchodząc z ławki, Skibicki zmienił… tak, tak, Rosołka.

Wejście smoka 19-latka było o tyle zaskakujące, że czasem w meczach rezerw Legii w III lidze pełnił on rolę rezerwowego. Mimo to trener postanowił dać mu szansę. Spowodowana była ona w dużej mierze przez koronawirusa, jakiego nabawił się Michał Karbownik. Warszawianie musieli znaleźć innego juniora do gry. W pierwszym składzie wyszedł Rosołek, czyli piłkarz. Tym razem napastnik nie pokazał zbyt wiele. Jego zmiennik poderwał zaś swych starszych kolegów do boju.

Mecz, który… dał awans na mundial?

Kilkanaście dni temu Polska pokonała Szwecję 2:0 w finale barażów o awans do mistrzostw świata. Stało się tak w dużej mierze dzięki wielkiej pracy wykonanej przez Czesława Michniewicza, którego mogło w ogóle nie być w tym miejscu, gdyby w czasie sezonu nie stracił pracy w Legii. Michniewicz został zwolniony po meczu z Piastem Gliwice (1:4), więc uzasadniony był żart śląskiego klubu w social mediach przypominający, że bez jego piłkarzy nie byłoby sukcesu reprezentacji. Gdyby jednak szerzej zastanowić się nad tym, kiedy naprawdę „rozpoczęło się” zwalnianie Michniewicza, wyszłoby nam, że nieco wcześniej – w ostatnim meczu z Lechem. Legia przegrała wtedy 0:1, co było ostatecznym dowodem, że kryzys to fakt, a nie tymczasowa niemoc. Równie ważne rzeczy działy się po tym spotkaniu.

Czesław Michniewicz odsunął od gry kilku zawodników, którzy – jego zdaniem – nie pchali wózka w tym samym kierunku, co pozostali. W ten sposób Legia do Gliwic pojechała osłabiona brakiem Emrelego, Johanssona i Kastratiego, a niedługo później w klubie doszło do zmiany trenera.

Komentarze