Porzucone lambo, podróż wstydu. Deadline day bywa bez granic

Diafra Sakho (z lewej)
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Diafra Sakho (z lewej)

Gdyby spytać polskich kibiców, z czym najmocniej kojarzy im się deadline day, pewnie wielu z nich wskazałoby na Kamila Grosickiego i jego last-minute eskapady, nie zawsze skuteczne, po nowych klubach. Ale ostatni dzień okienka transferowego potrafi zrodzić znacznie więcej historii, których wcześniej nikt by nie wymyślił. Przedstawiamy ranking pięciu naszym zdaniem najciekawszych. 

  • Determinacja piłkarzy potrafi nie mieć granic, czego dowodem są działania zawodników, których historie opisujemy poniżej 
  • Jeden z nich był w stanie poświęcić z dnia na dzień lamborghini, inny wsiadł w samochód, by osobiście przekonywać do siebie szefów klubu, którzy realnie już nim zainteresowani nie byli. Skończyło się wstydem 
  • Dwie zmiany klubu w ciągu jednego okienka? To też miało miejsce kilka lat temu na Wyspach Brytyjskich 

Co tam lamborghini. Dawać ten transfer! 

Senegalczyk Diafra Sakho wyniósł wymuszenie transferu na wyższy poziom. Po dwóch latach w miarę regularnej gry w West Ham United, w trzecim sezonie przestał otrzymywać swoje szanse i nie miał zamiaru kryć się ze swoim niezadowoleniem. Brytyjska prasa informowała swego czasu o konflikcie z Davidem Moyesem, któremu wprost wyrzucił, co sądzi o jego polityce ustalania podstawowego składu. W ten sposób, będąc już na Emirates Stadium, miał… stracić miejsce w jedenastce na pucharowy mecz z Arsenalem. Nie chcąc usiąść znów na ławce, zamierzał wrócić do domu, jednak Moyes zmusił go do pozostania.  

Niezadowolenie Sakho przebijało ogólnie przyjęte normy, więc i chęć odejścia wyraził niestandardowo. Bez zgody West Hamu i bez jakiejkolwiek akceptacji oferty transferowej, Senegalczyk zamiast przyjść na trening swojego zespołu, wsiadł w samolot do Francji, by w Rennes przejść badania medyczne, standardowo robione przed finalizacją zakupu. Mając wszystko dopięte z francuską stroną transakcji, wrócił do Londynu, by w deadline day spotkać się z szefami swojego klubu i dogadać odejście. Na miejscu jednak… nie zastał nikogo. 

Cała historia i tak skończyła się dla niego happy endem, bo West Ham, mający dość fochów swojego piłkarza, sprzedał go do Rennes w następnym okienku transferowym. Determinacja zawodnika wciąż była na maksymalnym poziomie. Po ustaleniu szczegółów między wszystkimi stronami, Sakho zostawił swoje pomarańczowe lamborghini, warte 200 tys. funtów, na parkingu i… tyle. Po prostu je porzucił. Samochód jeszcze długo po transferze stał na terenie klubowych obiektów West Hamu. Co ciekawe, dwa lata wcześniej Sakho pożegnał inne lambo – rozbijając je o mur w okolicy swojego domu.

W Rennes jednak Sakho znów miał problem z regularną grą i po roku wylądował na peryferiach futbolu, w Burasporze. Obecnie gra w III lidze francuskiej. 

Nawet David Coperfield by tego nie zrobił 

Kiedy jesteś przeciętnym piłkarzem przeciętnego klubu w Anglii, w dodatku podatnym na kontuzje i mającym problem z łapaniem minut, ostatnim czego się spodziewasz na koniec okienka transferowego, jest propozycja z Realu Madryt. Julien Faubert był świadomy swoich ograniczeń. Od 2007, gdy trafił do Młotów z West Hamu, do 2009 roku, gdy z kolei odebrał telefon zmieniający życie, zagrał tylko osiem ligowych meczów. Słysząc w telefonie o ofercie Realu, odpowiedział krótko: nie mam czasu na to g*wno i się rozłączył. – Myślał, że to żart, ale okienka transferowe potrafią być szalone – opowiadał później Yvan Le Mee, agent piłkarza.  

Sam Le Mee, który dzień przed deadline day otrzymał telefon z Madrytu, również był zaskoczony. Po rozmowie od razu wybrał numer do znajomego agenta z Hiszpanii, by ten zweryfikował dla niego tę informację. Wszystko okazało się prawdą. Władze Realu zapowiedziały, że 31 stycznia o 7 rano pojawią się w Londynie, by finalizować transfer. Jak to w ogóle możliwe? Le Mee: – Real Madryt chciał pozyskać Antonio Valencię, ale Wigan chciał 25 mln funtów, co na dzisiejszym rynku równa się 80 mln funtów. Drugą opcją był Faubert, taki wybór menedżera. Juande Ramos był rok wcześniej w Tottenhamie, a Julien rozegrał przeciwko nim dwa fantastyczne mecze dla West Hamu. To był powód, dla którego dostał tę szansę. Czasami cuda się zdarzają. 

Ostatni dzień okna transferowego [NA ŻYWO]
Joao Cancelo

Dzisiaj ostatni dzień okna transferowego w największych rozgrywkach w Europie. Kto zmieni klubowe barwy w Deadline Day? Jakie roszady czekają nas w nadchodzących godzinach? W tym miejscu znajdziecie podsumowanie dzisiejszych ruchów. Dzisiaj zamyka się zimowe okno transferowe We wtorek w najlepszych ligach Europy przeprowadzone zostaną ostatnie ruchy Kto zmieni klub w Deadline Day? Ostatni dzień

Czytaj dalej…

Trzeba było się jednak dogadać z West Hamem. Władze klubu poczuły krew i zwęszyły możliwość zarobienia pieniędzy, jakich na Faubercie nigdy WHU by nie zarobił. W końcu po ich piłkarza przyszedł jeden z największych klubów świata. – Chcieli dużo pieniędzy, bo to był Real Madryt, nawet jeśli Julien wtedy nie grał dużo, ale udało nam się zawrzeć umowę. Przez kilka tygodni wszyscy nazywali mnie Davidem Copperfieldem, ponieważ nie mogli uwierzyć, że to się stało – Le Mee śmiał się opowiadając tę historię “Guardianowi”. 

West Ham ostatecznie otrzymał 1,5 miliona funtów za wypożyczenie, a w umowie z Realem zawarto również opcję podpisania trzyletniego kontraktu z Faubertem. To nigdy się nie zmaterializowało. Francuz wystąpił w Hiszpanii tylko dwa razy, trafiając na pierwsze strony gazet z powodu opuszczenia treningu po tym, jak błędnie pomyślał, że ma wolny dzień i został oskarżony o… zaśnięcie na ławce rezerwowych przeciwko Villarrealowi. Później przyznał, że zamknął oczy na ułamek sekundy, ponieważ był “znudzony”. 

Babelcopter 

Ryan Babel nigdy nie miał okazji osiągnąć z Liverpoolem podobnych sukcesów, co jego następcy dekadę później, ale i żaden z nich nie był bohaterem takiej historii w deadline day.  

Holender w 2010 roku wydawał się zdeterminowany, by opuścić Liverpool. Gdy czas się kończył, po prostu wsiadł w helikopter i poleciał do Londynu. Tam został zauważony w maszynie, ale nikomu nie udało się wyśledzić, gdzie ona wylądowała. Wieczorem Babel jak gdyby nigdy nic wrócił do Liverpoolu, a na pojawiające się pytania na Twitterze gdzie leciał, odpowiadał po prostu: nigdzie. Z jakiegoś powodu zrodziło to dziesiątki memów z Babelem na pokładzie helikoptera, a sam zainteresowany swoją historię ze szczególami opowiedział dopiero… 12 lat później. Dosłownie dwa miesiące temu. 

– Byłem bardzo blisko podpisania kontraktu z West Hamem. Powiedziano mi, że ma to być wypożyczenie do końca sezonu, jednak na miejscu okazało się, że chodzi o transfer definitywny. Ja tego nie chciałem. Ja i mój agent zostaliśmy wprowadzeni w błąd, więc wsiadłem z powrotem w helikopter i wróciłem do Liverpoolu – opowiedział po latach. 

Próba wyśledzenia, gdzie wylądował Babel, jest do dziś ikoniczna dla angielskiego deadline day. Stała się też symbolem klęski dziennikarzy pracujących przy wydarzeniach 31 stycznia. 

Podróż wstydu 

Piłkarze generalnie są przyzwyczajeni do podsuwania im wszystkiego pod nos, jednak są sytuacje, w których ich determinacja jest na tyle mocna, że wolą działać sami. Tak było w 2013 roku, gdy grający w West Bromwich Albion Peter Odemwingie usłyszał o zainteresowaniu jego usługami ze strony Queens Park Rangers. Usłyszał, że transfer jest blisko, ale szefowie londyńskiego klubu nie są do końca przekonani, więc bez wiedzy i zgody kogokolwiek wsiadł do samochodu i ruszył w ponad 200-kilometrową podróż do stolicy Anglii. Założył, że nikt tak dobrze nie sprzeda siebie, jak on sam. Uznał, że skoro QPR się waha, to widząc, jak mu zależy, wajcha zostanie przechylona we właściwą stronę. 

Był jednak mały problem. Nigeryjczyka nikt nie poinformował, że jego transfer zależy od tego, czy skrzydłowy Junior Hoilett zgodzi się pójść w przeciwnym kierunku. Jeśli nie – w ogóle nie ma tematu. Hoilett nigdzie nie chciał się ruszać, a Odemwingie dowiedział się o tym od… dziennikarzy Sky Sports czatujących przed stadionem na transferowe newsy.  

Mimo wszystko na własną rękę próbował wejść na Loftus Road, ale potraktowano go tak, jak zwykłego kibica – odmówiono mu wstępu. Wszystko w towarzystwie kamer i przy ogólnokrajowej transmisji. Odemwingie wrócił więc do samochodu, przejechał 200 km w drugą stronę, a po ponownym odwiedzeniu gabinetów West Bromwich Albion, pokornie przyjął nałożoną na niego karę.  

Dwa transfery w jednym okienku 

Rekordziści potrafią zaliczyć w ciągu kariery około 30 klubów, ale mało jest piłkarzy, który w ciągu jednego okienka transferowego zmieniają zespół dwukrotnie. A taką historię kiedyś swoim wnukom opowie Scott Bain, aktualnie rezerwowy bramkarz Celticu Glasgow. 

Bain nigdy nie krył, że od dziecka kibicował Celticowi i byłby w stanie zrobić wiele, by kiedyś tam zagrać. Gdy jednak zaliczył kilka udanych lat w Dundee FC, oferta przyszła nie z jego ukochanego klubu, ale z Hibernianu. To też awans sportowy, więc w styczniu 2018 roku przeniósł się na wypożyczenie do Edynburga. Zanim zdążył zagrać pierwszy mecz, w ostatni dzień okienka zgłosił się po niego… Celtic. Dzięki temu, że wciąż nie zadebiutował w Hibernianie, przy obrotności menedżera transfer wciąż był możliwy. Formalnie Dundee skróciło jego wypożyczenie, by zawrzeć transakcję z mistrzem kraju i spełnić marzenie swojego bramkarza. 

Wszystko działo się tak szybko i tak późno, że Bain ruszył do Glasgow prosto z treningu Hibernians. Przyjeżdżając do siedziby Celticu miał więc na sobie strój klubu, z którym formalnie nic go nie łączyło. I całkiem możliwe, że ani wcześniej, ani później nikt w deadline day czegoś takiego nie powtórzył. 

Scott Bain

Komentarze