Ostatnie dni to istny festiwal oburzenia, a wszystko za sprawą słów byłego panczenisty, Pawła Zygmunta, oraz potężnej afery finansowej, która wybuchła w Śląsku Wrocław.
I wiecie co? Mam z tym ogromny problem. Nie z tym, że w polskiej piłce przepala się miliony, ale z tym, w kogo ostatecznie uderza cała ta złość. Zacznijmy od początku, czyli od tego, co wywołało tę lawinę. Paweł Zygmunt, znakomity niegdyś olimpijczyk, nie gryzł się w język. Stwierdził wprost, że żyjemy w bańce „najprostszego sportu świata”, a w piłce nożnej zatracono etos. Oburzał się na to, że nawet na niższych szczeblach rozgrywkowych, w III lidze, płaci się zawodnikom gigantyczne jak na polskie warunki pieniądze. Zygmunt pyta, gdzie w tym wszystkim sens, a całe środowisko sportów zimowych (i nie tylko) bije mu brawo.
Czytaj również:
- Wywiad z Maciejem Kuziemką przed derbami Krakowa
- Wywiad z Emilem Kornvigiem z Widzewa
- Sytuacja kadrowa przed meczem Wisła – Wieczysta
Tani populizm i brutalne prawa rynku
Rozumiem frustrację przedstawicieli innych dyscyplin. Kiedy polskie saneczkarki nie mają w kraju nawet profesjonalnego toru do treningów, a piłkarz, który potyka się o własne nogi, zarabia w miesiąc tyle, co one przez rok, to krew może zalać. Zgadzam się z jednym: inwestowanie w sport to absolutna podstawa. Zawsze będę pierwszym, który powie, że trzeba budować nowe boiska, stawiać hale sportowe, otwierać baseny i pompować kasę w sport młodzieżowy. To jest fundament zdrowego społeczeństwa.
Ale na litość boską, oddzielmy sport amatorski i młodzieżowy od sportu zawodowego. W tym drugim panują brutalne prawa wolnego rynku. Czepianie się piłkarzy przez działaczy innych dyscyplin to jest po prostu tani populizm. Piłka nożna jest globalnym fenomenem. Jest najpopularniejszym sportem w Polsce i na świecie. Generuje największe zasięgi, przyciąga największych sponsorów i stacje telewizyjne. Opowiadanie, że piłkarze zarabiają za dużo, „bo to prosty sport”, to zaklinanie rzeczywistości. Zarabiają tyle, bo rynek tyle wygenerował. Jeśli aktor gra w hollywoodzkim hicie, który zarabia miliardy, nikt nie ma pretensji, że dostaje gażę rzędu 20 milionów dolarów, prawda? Nikt nie mówi: „Zatracono etos aktorstwa, dlaczego on zarabia więcej niż aktor w teatrze w Grudziądzu?”.
Pistolet przy głowie, którego nie ma
I tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli afery w Śląsku Wrocław i przypadku Miłosza Kozaka. Do mediów wyciekła lista płac wrocławskiego klubu. Zrobiło się gorąco, bo mówimy tu o potężnych kwotach. Sam Miłosz Kozak, zawodnik, który nie łapie się nawet do kadry meczowej i dla którego trener nie widzi miejsca w składzie, ma gwarantowany kontrakt na gigantyczne pieniądze – mówi się o kilkudziesięciu tysiącach złotych miesięcznie. Klub próbował rozwiązać z nim umowę, oferując mu odprawę, ale piłkarz odmówił. Woli zostać, nie grać i inkasować pensję, którą gwarantuje mu kontrakt ważny jeszcze przez długi czas.
Zaraz po tym wycieku internet zapłonął. Kozak stał się twarzą całej tej finansowej patologii. Ludzie wieszają na nim psy, nazywają go darmozjadem i wytykają palcami. A ja się pytam: dlaczego? Czy Miłosz Kozak wparował do gabinetu prezesa Śląska Wrocław z kominiarką na twarzy i pistoletem w ręku? Czy sterroryzował zarząd, zamknął drzwi na klucz i powiedział: „Albo dacie mi 60 tysięcy miesięcznie na kilka lat, albo strzelam”? No nie.
Piłkarz jest pracownikiem. Jego kariera trwa krótko – 10, może 15 lat, jeśli ma szczęście i ominą go poważne kontuzje. Jego zadaniem (a w zasadzie zadaniem jego menedżera) jest wynegocjowanie jak najlepszych warunków finansowych. Kto z was, dostając na biurko umowę o pracę z gigantyczną kwotą, powiedziałby swojemu szefowi: „Panie prezesie, nie, to za dużo. Ja nie zasługuję, proszę mi obciąć pensję o połowę w imię etosu mojej branży”? Bądźmy poważni. Kozak nie jest winien tego, że tyle zarabia. Zrobił to, co zrobiłby każdy racjonalnie myślący człowiek, chcący wycisnąć ze swoich umiejętności maksimum na rynku pracy.
Kto podpisał ten papier?
Gdybym był dzisiaj mieszkańcem Wrocławia, prawdopodobnie krew zalewałaby mnie na myśl o tym wszystkim. Śląsk to klub, który jest mocno dotowany z miejskiej kasy. To są publiczne pieniądze, podatki mieszkańców, które idą na gigantyczne pensje dla zawodników siedzących na trybunach. Byłbym wściekły. Ale moja wściekłość nie byłaby skierowana na Miłosza Kozaka.
Moja wściekłość byłaby wycelowana prosto w gabinety działaczy. W ludzi w drogich garniturach, którzy ten kontrakt skonstruowali, zaakceptowali i podpisali. W dyrektorów sportowych i prezesów, którzy nie zabezpieczyli interesów klubu. To zarządzanie w polskiej piłce klubowej jest absolutnie skandaliczne, a nie same chęci zawodników do zarabiania pieniędzy. Nikt nie zmusza prezesów do rzucania takimi kwotami. Robią to z własnej woli, często bez żadnego planu B, a potem płaczą w mediach, że zawodnik nie chce odejść. A dlaczego ma chcieć, skoro zagwarantowano mu złote góry na piśmie?
Hipokryzja i uciekająca Europa
W tej dyskusji ucieka nam jeszcze jeden, bardzo ważny wątek. Widzimy te ogromne kontrakty, oburzamy się na wypłaty dla Kozaka czy innych ekstraklasowych gwiazd, ale zamykamy oczy na to, co dzieje się na drugim biegunie. Ile to razy w polskiej piłce – od Ekstraklasy aż po niższe ligi – słyszymy o klubach, które przez trzy, cztery czy pięć miesięcy nie płacą swoim piłkarzom? Zawodnicy muszą strajkować, odmawiać wyjścia na trening, żeby doprosić się o własne, uczciwie zarobione pieniądze. Wtedy jakoś nikt nie krzyczy o etosie i o tym, że prezesi zarabiają za dużo. Wtedy uważa się, że „taka jest specyfika polskiej piłki”. To jest chora hipokryzja.
Problem leży w zarządzaniu tą całą naszą „bańką”. Pompowane są w nią monstrualne pieniądze. Ekstraklasa bije rekordy pod względem przychodów z praw telewizyjnych i kontraktów reklamowych. A jaki jest tego efekt sportowy? W ostatnich latach Lech, Jagiellonia czy Raków potrafiły dawać nam emocje w europejskich pucharach. Umówmy się jednak i popatrzmy szczerze w lustro: były to puchary, gdzie nie występują największe marki Europy. Pamiętacie, jak Kamil Kosowski nazwał kiedyś Ligę Konferencji „Pucharem Biedronki”? Ja nie określiłbym tego w takich kategoriach, ale bądźmy szczerzy – do poziomu Ligi Mistrzów trochę brakuje.
Zastanówcie się przez chwilę: kiedy ostatni raz polski klub grał w Lidze Mistrzów? Przypomnę wam. To była Legia Warszawa w 2016 roku. Minęła dekada. Dzisiejsi nastolatkowie, którzy chodzą do liceum i pasjonują się piłką, najzwyczajniej w świecie tego nie pamiętają. Znają polskie kluby w Lidze Mistrzów tylko z opowieści starszych kolegów albo z archiwalnych filmików na YouTube. To jest brutalna weryfikacja naszego systemu. Płacimy ekstraklasowe stawki za europejską przeciętność.
Dlatego, drodzy kibice i eksperci innych dyscyplin, zanim po raz kolejny zaczniecie obrzucać błotem zawodników za to, że podnieśli z boiska kontrakt, który ktoś im rzucił pod nogi – weźcie głęboki oddech. Piłkarze to tylko trybiki w tej maszynie. Jeśli chcemy naprawić ten system, przestańmy patrzeć na listę płac zawodników, a zacznijmy uważnie przyglądać się kompetencjom tych, którzy te listy płac podpisują. Dopóki w gabinetach będą zapadać amatorskie decyzje, dopóty na boiskach będziemy przepłacać za bylejakość. I żaden etos tego nie zmieni.
Za swoje wolno więcej, czyli derby Krakowa
A skoro jesteśmy już przy temacie pompowania wielkich pieniędzy w piłkę i narzekania na to, kto i ile zarabia, to idealnym przykładem jest to, co dzieje się dzisiaj na naszym krakowskim podwórku. W piątek przy R22 mamy prawdziwe święto – derby, Wisła Kraków podejmuje Wieczystą.
Właścicielem Wieczystej jest Wojciech Kwiecień, milioner, który w swój projekt od lat ładuje potężne pieniądze. Kiedy zaczynał marsz w górę, potrafił sprowadzać do niższych lig byłych reprezentantów Polski, takich jak Sławek Peszko czy Michał Pazdan. Co się wtedy działo w środowisku? Dokładnie to samo, co teraz. Larum!. Krytykowano go ze wszystkich stron, że psuje rynek, że płaci gigantyczne pieniądze na szczeblu, gdzie to kompletnie nie ma sensu. Tylko, przepraszam bardzo – a dlaczego miał tego nie robić? Skoro było go na to stać, to jego święte prawo. Jest ogromna różnica między przepalaniem publicznych pieniędzy z miejskiej kasy (jak w przypadku Śląska Wrocław) a wydawaniem własnego, prywatnego majątku. Jeśli Kwiecień miał kaprys i portfel, żeby płacić gigantyczne stawki w niższych ligach, to nic nam do tego. Zresztą dzisiaj ten projekt broni się sportowo, bo Wieczysta jest na dobrej drodze, żeby awansować do Ekstraklasy.
Ten dzisiejszy mecz ma zresztą niesamowity, dodatkowy smaczek. Przecież Wojciech Kwiecień niejednokrotnie był łączony z tym, że przejmie Wisłę Kraków, że to on zostanie jej właścicielem. Stało się inaczej, buduje i rozwija swoją potęgę obok. A dzisiaj w Wieczystej aż roi się od starych znajomych z Reymonta. W piątek przy R22 powitamy – tym razem w innych barwach – całą plejadę osób związanych z „Białą Gwiazdą”.
Na ławce trenerskiej zasiądzie Kazimierz Moskal – obecnie trener Wieczystej, w przeszłości znakomity piłkarz oraz trener w Wiśle Kraków. Wśród osób zaangażowanych w codzienne życie klubu są przecież Sławomir Peszko, Paweł Brożek czy – z trochę starszych czasów – Zdzisław Kapka. W kadrze pierwszego zespołu znajdują się:
Miki Villar – reprezentował barwy Wisły w sezonie 2022/23 oraz 2023/24,
Carlitos – w sezonie 2017/18 pierwsza armata krakowskiej Wisły oraz król strzelców Ekstraklasy,
Rafał Pietrzak – zawodnik Wisły w sezonach 2015/16, 2016/17 oraz 2018/19,
Goku Roman – zawodnik Wisły oraz strzelec 11 goli w sezonie 2023/24.
Zastanawiam się tylko: którego z tych panów powitamy dzisiaj ponownie z uśmiechem?.
Jak to kiedyś prawie rozwaliłem Wojciechowi Kwietniowi mercedesa
Na koniec mała historyjka. Były to czasy już po akcji ratunkowej w Wiśle Kraków. Pracowałem wtedy w Weszło, gdzie poznałem Andrzeja Iwana. Niesamowita postać, niesamowity człowiek. Z Ajwenem nieraz wpadaliśmy na siebie na meczach Wisły. Któregoś razu Andrzej po meczu zabrał mnie ze sobą do loży pana Kwietnia, gdzie mieliśmy okazję trochę pogadać o piłce. Jako osobie niewidomej ciężko mi się poruszać samodzielnie w nowych miejscach, ale Ajwen był naprawdę świetnym przewodnikiem.
Na koniec chciałem ze wszystkimi się pożegnać, wstałem, wyciągam rękę i… poczułem potężne uderzenie w łeb. Okazało się, że wstając, przywaliłem w ogromny żyrandol. Oczywiście wielkie poruszenie, czy nic mi się nie stało, ale na szczęście było ok. Kiedy z Andrzejem byliśmy już sami, Ajwen mówi:
– Stary, co tam twój łeb, przecież ten żyrandol kosztuje tyle, co dobry mercedes! Jak przywaliłeś, to prawie dostałem zawału!
Jak możecie się domyślać, Andrzej najbardziej przejął się wykończeniem wnętrza, a ja? A ja zapamiętam, że ślepy prawie skasował mercedesa panu Kwietniowi.
Trzymajcie się i do następnego piątku.
Marcin Ryszka








