Telegram z Wysp: Lepsza Mewa w garści, niż Paw na dachu

Brighton and Hove Albion
Brighton and Hove Albion PressFocus

To miał być piękny, spokojny dzień. Niedziela, 17:30. Old Trafford, Teatr Marzeń. I Bitwa o Anglię, tak długo wyczekiwane starcie, absolutny hit Premier League. Parafrazując słynny cytat Kazimierza Górskiego, moglibyśmy powiedzieć, że dopóki pierwszy gwizdek nie wybrzmiał, wszystko jest możliwe. Co działo się w Manchesterze, wiemy doskonale. Czemu? O tym jeszcze powiemy. Jednak nie w tym miejscu. Nie chcemy niepotrzebnych nerwów. Tutaj, jak rapował Łona, jest zdrowa dieta, sport, Paolo Coelho, tarot, harmonijny rozwój, praca nad szczęściem i pogodna starość. Natomiast w wydaniu angielskim jest to Graham Potter, expected goals i seria ośmiu meczów bez porażki z Leeds na własnym stadionie.

Klątwa The Amex działa także w Premier League

Marcelo Bielsa mógł zremisować z Chelsea. Mógł wygrać z Manchesterem City i podzielić się punktami z Liverpoolem i United. Zapewne także mógłby pokonać Barcelonę, Real, PSG i Bayern Monachium, jednak na The Amex za żadne skarby nie zdołałby wywalczyć kompletu punktów. Prawdopodobnie nawet gdyby Bielsa połączył siły z Guardiolą i Flickiem, Graham Potter i tak znalazłby sposób, by nie przegrać domowego starcia z Leeds. Mogę się założyć, że Argentyńczyk w dzień meczu, podobnie jak maturzyści z Podlasia o 7:00 wyszukiwali hasło “Lalka ambicja”, uparcie wpisywał w Google “jak pokonać Brighton“. Być może znalazł kilka interesujących go pozycji. Niewykluczone, że sam wcześniej stworzył kilka z nich i teraz tylko odświeżał wiedzę. Niepotrzebnie. Tylko zmarnował cenny czas.

O co właściwie tak naprawdę chodzi w filozofii Brighton? Mewy plasują się na odległej, 14. pozycji i nawet mimo sobotniego zwycięstwa, tracą do Leeds aż dziesięć punktów. Ich przewaga nad strefą spadkową wynosi dokładnie tyle samo. Ewidentnie coś jest nie tak. Niejednokrotnie zachwycaliśmy się ofensywnym stylem gry ekipy Grahama Pottera, jednocześnie klnąc po każdej kolejnej niewykorzystanej sytuacji. Gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy o zainteresowaniu nadmorskiej drużyny duetem Karbownik-Moder, ocenialiśmy ten ruch w samych superlatywach. Jeżeli przedstawiciele rodzimej Ekstraklasy mieli trafić do Premier League, raczej nie chcielibyśmy, by pracowali pod skrzydłami szkoleniowca, który koncentruje się wyłącznie na obronie dostępu do własnej bramki. Obawialiśmy się tylko o utrzymanie The Seagulls na szczycie, jednak najprawdopodobniej na wyrost. Skończy się na strachu.

Nieszczęsne “spodziewane gole”

Gdybyśmy chcieli opisać tegoroczną postawę Brighton jednym wyrażeniem, posłużylibyśmy się słynnym “expected goals”. W tym sezonie Mewy strzeliły 24 gole z otwartej gry. To wynik, który nie jest w stanie zachwycić raczej nikogo poza kibicami Sheffield United. Ile bramek powinni zdobyć zawodnicy Grahama Pottera, jeżeli wykorzystaliby wszystkie wykreowane sytuacje? Szybki rzut oka na współczynnik xG i już mamy odpowiedź. 37, słownie: trzydzieści siedem. Trzynaście więcej. Musicie przyznać – skuteczność ekipy z The Amex jest wprost dramatyczna. Żenująca. Swego czasu krytykowaliśmy Liverpool za regularne marnowanie dogodnych okazji. Właściwie to znęcaliśmy się nad doświadczającymi potężnego kryzysu The Reds. Jednak podopieczni Jurgena Kloppa, chociaż zgodnie z wszelkimi analizami powinni mieć w swoim dorobku osiem trafień więcej, nie narażali nas na walkę z podwyższonym ciśnieniem przez całe rozgrywki. I co najważniejsze – strzelili 42 gole z otwartej gry. Tymczasem gra Brighton regularnie przypomina to, co doskonale znamy z lokalnych boisk. Wszystko wygląda pięknie, aż do 16. metra. Po przekroczeniu tej magicznej linii piłkarze dostają małpiego rozumu. O ile w przypadku Ekstraklasy nie ma prawa nas to dziwić, o tyle przedstawiciele Premier League powinni raczyć nas nieco wyższą kulturą wykończenia.

Czy gdyby Brighton wykorzystał chociaż część wykreowanych okazji, dzisiaj więcej i lepiej mówilibyśmy nie o Pawiach, a o Mewach? Niewykluczone. Tymczasem nadal zachwycamy się filozofią Marcelo Bielsy i niesamowicie ofensywnie usposobioną ekipą z Elland Road, natomiast o The Seagulls najczęściej mówimy źle, albo wcale. Jednak niezalenie od tego, jak wyglądałby świat, pewne rzeczy pozostają niezmienne. The Amex, Leeds, zwycięstwo gospodarzy lub remis. Czasami lepsza Mewa w garści, niż Paw na dachu.

Wydarzenie kolejki: hat-trick Garetha Bale’a

Bale uwielbia nas zadziwiać. Walijczyk potrafi zaliczyć fenomenalne trafienie w finale Ligi Mistrzów, by później swoją uwagę skoncentrować na grze w golfa. Gdy wrócił do Londynu, zastanawialiśmy się, czy wychowanek Southampton jeszcze potrafi wykrzesać z siebie chociaż ułamek tego, co niegdyś prezentował na boiskach Premier League. Na pierwszy przebłysk dawnego Bale’a musieliśmy poczekać aż do 26. serii gier. Kolejną odsłonę piękna walijskiego futbolu obejrzeliśmy już tydzień później – 31 latek po raz drugi zaliczył dublet. Prawdziwa eksplozja formy napastnika z Cardiff nastąpiła w rywalizacji z Sheffield United. Trzy gole w 33 minuty. Owszem, to tylko słabiutkie Szable, które od dawna myślami są już w Championship. Jednak hat-trick to hat-trick. To zawsze warto docenić i pochwalić. Zwłaszcza w rozgrywkach angielskiej elity.

Bohater nieoczywisty: Michail Antonio

Dwie bramki nierzadko pozwalają awansować do kategorii “wydarzenie kolejki”. Chociaż tym razem ten konkurs wygrał strzelec trzech goli, autora dwóch trafień również warto wyróżnić. Zwłaszcza gdy jego starania podłączyły drużynę do tlenu, tak potrzebnego w rywalizacji o miejsce gwarantujące udział w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Michail Antonio wrócił na murawę po trzech meczach przerwy i między 21., a 29. minutą starcia z Burnley dwukrotnie zaskoczył Nicka Pope’a. Dzięki kunsztowi snajperskiemu Anglika West Ham nadal liczy się w walce o top four. A jeszcze nie tak dawno zastanawialiśmy się, czy rodowity londyńczyk zdoła dokończyć sezon.

Rozczarowanie kolejki: West Bromwich Albion

Wielka ucieczka na plecach Big Sama powoli przechodzi do sfery marzeń ściętej głowy. Piłkarzom WBA zostały cztery mecze. I aż dziesięć punktów straty do bezpiecznej pozycji. Futbol był świadkami różnych niesamowitych historii, jednak zapewne nie zobaczy kolejnej udanej akcji ratunkowej Sama Allardyce’a. Arsenal, Liverpool, WHU, Leeds – to ostatnie przeszkody The Baggies na drodze do, niestety, rozstania z Premier League. Trudno nawet myśleć o utrzymaniu, gdy w trzech spotkaniach do swojego dorobku dopisuje się zaledwie dwa oczka. Wilki z Molineux absolutnie były do pokonania, podobnie jak Aston Villa. No właśnie, czy gospodarze mogli liczyć na komplet punktów w pojedynku z ekipę Nuno Espirito Santo? Gdy traci się takiego gola, jak w starciu z Wolverhamtpon, marzenia o grze na najwyższym szczeblu trzeba odłożyć.

Komentarze