A może to wreszcie jest ten moment? Lech Poznań stoi przed dużym wyzwaniem

Lech Poznań
PressFocus Na zdjęciu: Lech Poznań

Nie mam zamiaru udawać, nie mam zamiaru uciekać od odpowiedzialności. Na swoim koncie twitterowym sam załączyłem zresztą materiał zdjęciowy – ten tekst w swoim kalendarzu miałem roboczo zapisany jako “Tekst o odpadnięciu Lecha Poznań”. Tydzień wcześniej, w programie “Tetrycy” z Leszkiem Milewskim snuliśmy najbardziej prawdopodobne wizje wczorajszego meczu. Cały czas wahaliśmy się między gładkim oklepem od hiszpańskiej młodzieży, a wymęczonym remisem, który dałby wprawdzie awans, ale Hapoel w tym czasie rozjechał Austrię 6:0 – więc jedynie za sprawą lepszej różnicy bramek dalej grałby rywal z Izreala.

  • Lech Poznań pokonał Villarreal 3:0 i awansował do 1/16 finału Ligi Konferencji
  • Kolejorz napisał świetną historię nie tylko samym wynikiem, ale przede wszystkim dyspozycją na murawie
  • Mistrz Polski wygrał prestiż i duże pieniądze. Teraz staje przed kolejnym wyzwaniem

Lech – Villarreal: alternatywne scenariusze

Spodziewałem się dopisania kolejnego rozdziału polskiej martyrologii piłkarskiej i co ważniejsze – spodziewałem się, że to nie mecz Lecha Poznań z Villarrealem będzie tym najbardziej rozpamiętywanym. Od Lecha w bojach z półfinalistą Ligi Mistrzów nie oczekiwaliśmy niczego – a on już w pierwszym meczu załadował Hiszpanom trzy gole i stworzył świetne show na wyjeździe. Nikt nie miałby absolutnie żadnych pretensji, gdyby i w Polsce lepsi okazali się gracze Yellow Submarine. Cofalibyśmy się nie do meczów ze zwycięzcą i najsilniejszym zespołem grupy – cofalibyśmy się do idiotycznie pogubionych punktów z Hapolem i Austrią, drużynami, które na murawie prezentowały się o dwa poziomy słabiej niż Lech.

To byłoby takie nasze, takie typowe. Była szansa na awans, i to duża. Były momenty chwały, momenty postawienia się większym, ale wszystko zostało zmarnowane w trakcie starć z teoretycznie słabszymi przeciwnikami. Teorie pisały się same – a co gdyby Lech tak nie skąpił w letnim okienku? A co gdyby był Kownacki, albo gdyby był Kądzior? Gdyby udało się zabezpieczyć pozycję stopera wcześniej, zamiast czekać na powrót do zdrowia podstawowych zawodników? Gdyby Lech nie był tak minimalistyczny, gdyby van den Brom nie wystawił Marchwińskiego, gdyby Velde chociaż udawał, że potrafi być powtarzalny.

Nie chcę stwarzać wrażenia, że Lech przekonującym zwycięstwem nad Villarrealem anulował całą przeszłość, że nie było wcale sagi transferowej z Helikiem, że nigdy nie interesował się Kądziorem i nie przegrywał nawet w tej europejskiej kampanii meczów, których przegrać nie powinien (a na pewno nie 1:5). To nie jest tak, że wraz z podaniem Krzycha Velde do Michała Skórasia zniknęło wszystko co złe, Lech został przywrócony do rozgrywek Pucharu Polski, a w Ekstraklasie dostał 10 bonusowych punktów. Nadal Lech, trener Lecha, władze Lecha – wszyscy mają sporo na sumieniu, wszyscy mają z czego wyciągać wnioski, wszyscy mają pewien katalog błędów, na których mogą się nauczyć czegoś przydatnego na przyszłość.

Natomiast trudno nie mieć wrażenia, że po raz kolejny już w Poznaniu mamy nowe otwarcie. Wielkopolska publika potrafi szydzić, potrafi być zgryźliwa, potrafi być bardzo wymagającym recenzentem, bezlitośnie chłoszczącym np. Tomasza Rząsę na jednej z sektorówek. Ale wielkopolska publika jednocześnie jak żadna inna potrafi docenić. Wczorajszy mecz obejrzało 30 tysięcy kibiców. Pamiętam doskonale całe serie spotkań Lecha przy kompletach, gdy poznaniakom presja pętała nogi, gdy dobrych kilkanaście tysięcy spośród tych czterech dych wychodziła ze stadionu z uczuciem zmarnowanego czasu i zawiedzionych nadziei. Wczoraj te 30 kafli dostało coś, czego w Poznaniu nie widziano pewnie od dekady, coś, czego w ogóle cała polska piłka nie miała od czasu awansu Legii Warszawa do fazy pucharowej Ligi Europy, po zajęciu 3. miejsca w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Wiosna w pucharach – to samo brzmi wystarczająco dobrze. Ale wiosna w pucharach wywalczona w starciu z zespołem ligi hiszpańskiej? Z półfinalistą Ligi Mistrzów? Tu już właściwie wchodzimy w strefę, którą jeszcze kilkadziesiąt godzin temu trzeba byłoby określić “strefą marzeń”. A przecież to nadal nie koniec – równie ważny jak efekty, jak te wiosenne mecze w Lidze Konferencji, są przyczyny – czyli gra Lecha przeciw Villarrealowi. Gra dobra, bardzo skuteczna, ale momentami też całkiem widowiskowa, gra, która pozwoliła na strzelenie aż trzech goli, gra ludźmi, z którymi Wielkopolanom łatwo się identyfikować i którym naprawdę łatwo kibicować z całego serca. Lech napisał świetną historię nie tyle samym awansem i wynikiem, co po prostu – dyspozycją na murawie, która nie mogła się nie spodobać, która z pewnością nie pozostawiła niedosytu żadnemu spośród 30 tysięcy kibiców.

Dlaczego tak obsesyjnie to podkreślam? Bo Lech wczoraj wygrał duże pieniądze. Wygrał prestiż, wygrał dwa kolejne świetne mecze na wiosnę, wygrał trochę większy komfort na rynku transferowym zimą. Ale Lech przede wszystkim wygrał ogromny kredyt zaufania u kibiców, wygrał ich uwielbienie, przynajmniej na najbliższe tygodnie, może i miesiące. Wygrał atmosferę wielkiej puenty dla wielkiego roku świętowania setnych urodzin. Mistrzostwo, faza grupowa europejskich pucharów, ogranie wielkiego klubu z Hiszpanii i przepustka do pucharowej wiosny. Odsiewając chwile zwątpienia po drodze – czy w ogóle mogło być lepiej?

Lech wypracował swój moment i… teraz tak naprawdę stoi przed dużym wyzwaniem. Jest już jasne, że na lokalnym podwórku wyrósł mu rywal bezustannie dążący do rozwoju, do podnoszenia sobie poprzeczki wyżej i wyżej. Raków Częstochowa nie tylko na murawie, nie tylko punktami w lidze czy dyspozycją w europejskich pucharach udowodnił, że nie zamierza się zatrzymywać na pierwszych trofeach – mierzy wyżej. Lech Poznań w obliczu takiej konkurencji też musi wrzucić wyższy bieg. Już się rozwinął w stosunku do ostatniego występu w fazie grupowej – za Dariusza Żurawia fajna przygoda europejska została okupiona dramatycznym położeniem w lidze i w efekcie – grą rezerwami już na finiszu fazy grupowej. Lech zrobił oczywisty postęp, również w kwestii umiejętności łączenia frontów. Ale teraz musi to wszystko – pieniądze, zaufanie kibiców, falę euforii oraz prestiż – wykorzystać do skoku o kolejny szczebelek wyżej.

Chcę wierzyć, że to jest właśnie ta chwila, gdy Lech nie cofnie się przed skokiem, gdy Lech nie wróci się, by wziąć jeszcze większy rozbieg. Chcę wierzyć, że to chwila, gdy faktycznie wyskoczy wysoko w górę. Lepszego wyjścia z progu niż 3:0 z Villarrealem po prostu się ustawić nie dało. 

Komentarze