Restauracja Bale’a z kultowym hasłem i Hollywood w piątej lidze. Polski mistrz Walii o piłce na prowincji

Adrian Cieślewicz (z prawej).jpg
Na zdjęciu: Adrian Cieślewicz (z prawej).jpg

– Mecz z Polską dla Walijczyków? Coś w rodzaju towarzyskiego grania. Dużo większe skupienie jest na starciu Szkocji z Ukrainą i finale baraży o mistrzostwa świata. Wydaje mi się, że Walia wyjdzie na Polskę bez największych gwiazd – mówi w rozmowie z Goal.pl Adrian Cieślewicz, piłkarz The New Saints FC, piłkarskiego mistrza Walii.

  • Z Adrianem Cieślewiczem porozmawialiśmy o tym, jak wygląda życie piłkarza w Walii, której liga jest w cieniu rozgrywek w Anglii
  • Okazuje się, że czasem profesjonalizm danej drużyny w tej lidze zależy od widzi mi się samego właściciela. Gdy ten ma kaprys przejścia z zawodowstwa na półzawodowstwo, po prostu to robi
  • Jeśli chciałbyś widzieć przejazd otwartym autobusem przez miasto, to nie u nas – mówi napastnik The New Saints

Co z tym profesjonalizmem?

Próbowałem się z tobą umówić na wtorek, ale było bez szans, bo miałeś w planie dwa treningi. Nie z tym się kojarzy liga, w której w grają półzawodowe kluby.

Pewnie tak, ale akurat my jesteśmy piłkarzami na pełen etat. TNS to jedyna profesjonalna drużyna w lidze, więc trudno tu przykładać taką samą miarę do nas, jak do reszty. Mamy teraz kilka tygodni, by odpowiednio przygotować się do europejskich pucharów i cały cykl jest temu podporządkowany.

Ale moment – skoro jesteście jedynymi w lidze profesjonalistami, którzy mają naturalną przewagę nad resztą i możecie pozwolić sobie nawet na dwa treningi dziennie, to jakim cudem na dwa lata straciliście mistrzostwo Walii?

To ciekawa historia, bo Connah Quay, czyli drużyna, która odebrała nam tytuł, zmienia sobie status z profesjonalnego na półzawodowy, kiedy ma ochotę. Ich prezes ma trochę pieniędzy i miesza w zależności od ochoty. W jednym roku decyduje, że jego piłkarze będą na cały etat, by później z powrotem zmienić na pół. Gdy byli full-time, mieli wyniki i zdobyli dwa mistrzostwa w ciągu dwóch sezonów. Gdy teraz wrócili do poprzedniej formuły, grali o utrzymanie. A my zrobiliśmy swoje, właściwie jak co roku. Zdobyliśmy mistrzostwo z potężną przewagą nad resztą.

Pewnie już nikt w Polsce nie pamięta, ale wy macie za sobą kapitalną kampanię w Europie. Przeszliście dwie rundy el. Ligi Konferencji, w tym gromiąc w dwumeczu Żalgiris Kowno 10:1, a w kolejnej prowadziliście z Viktorią Pilzno już 4:0, by odpaść po karnych w rewanżu. Czy nie tylko reprezentacja Polski ma się obawiać Walii, ale też i polskie kluby twojego TNS?

Oby tak było. Jeśli chodzi o naszą grę w pucharach przed rokiem, na pewno było to trochę zaskoczenie. W I rundzie trafiliśmy na Irlandię Północną (Glentoran Belfast – przyp. red.) i wiedzieliśmy, że od nich nie odstajemy. Ale jeśli chodzi o dwumecz z Litwą (Żalgirisem – przyp. red.), nikt się nie mógł spodziewać tego, co się wydarzyło. Tym bardziej, że w pierwszych dziesięciu minutach w Kownie nie mogliśmy z połówki wyjść. A skończyło się na 5:0 i rewanżu u nas, który był formalnością. U siebie niemal powtórzyliśmy ten wynik (5:1 – przyp. red.), więc była to miła niespodzianka. W następnej rundzie dostaliśmy Viktorię Pilzno i tak rozmawialiśmy w szatni: kurczę, oni dwa lata temu grali w Lidze Mistrzów z Realem Madryt. Wyszliśmy na boisko i nagle zrobiło się 4:0 dla nas. Szkoda ostatnich pięciu minut tamtego meczu, bo strzelili nam w 89. i 94. minucie, przez co zrobiło się 4:2, a to już nie jest zaliczka, która dawała nam pewność siebie. I faktycznie okazało się, że to były decydujące ciosy, bo przegraliśmy 1:3, a później w karnych.

Szatnia była mentalnie zdewastowana, że sprawienie gigantycznej sensacji przeszło obok nosa?

Był ogromny niedosyt, ale nie mogliśmy mieć pretensji do siebie. Każdy na boisku zostawił wszystko, co miał. W karnych to już było pięćdziesiąt na pięćdziesiąt i przegraliśmy. Tyle nas różniło – to, czy moneta spadnie na dobrą stronę. A gdybyśmy porównywali budżety, to Pilzno ma 10 mln, a my 700 tys. Finał tej historii nas nieco rozczarował, ale mieliśmy powody, by być z samych siebie dumni.

Piłka w Walii inna niż wszędzie

Mówiliśmy już, że odzyskaliście tytuł po dwóch latach. Jak wygląda feta po walijsku?

Nie jest efektowna. W tym roku wygraliśmy ligę na siedem meczów przed końcem. Klub przygotował uroczystość, zaproszono nas z rodzinami, przyszli nawet jacyś kibice, ale jeśli chciałbyś widzieć przejazd otwartym autobusem przez miasto, to nie u nas. Poza tym wciąż wiedzieliśmy, że sezon trwa, inne drużyny walczą o swoje cele, więc trzeba było go profesjonalnie zakończyć.

W Walii są dwa bardzo reprezentatywne kluby, które zapełniają stadiony, ale przede wszystkim dlatego, że grają w Championship – Cardiff i Swansea. Jest coś w rodzaju duopolu, że cała Walia jest podzielona w kibicowaniu jednym lub drugim?

Tak właśnie to wygląda. Każdy ma świadomość, że jeśli chce się kibicować komuś na przyzwoitym poziomie, nie ma większego wyboru. Te dwa kluby odsadziły resztę na potężny dystans. Poza tym każdy ich mecz to derby, bo w każdej kolejce grają z Anglią, a to kręci Walijczyków. Swansea i Cardiff występują w Championship, a następny klub z Walii należący do angielskiej Football League, to piątoligowe Wrexham. Choć tam teraz dużo się dzieje, wjechał Hollywood.

Hollywood?

Kupił ich Ryan Reynolds. Z miejsca wpompował w klub 2 mln euro, ale to nie wystarczyło do awansu, bo przegrali play-offy o League Two. Wiadomo jednak, że nie po to zainwestował w Wrexham, by szybko się wycofać, więc w kolejnym sezonie klubowa kasa też nie powinna być pusta, a drużyna prędzej czy później wyjdzie z tej piątej ligi, w której siedzi już jakieś 15 lat.

Świat zapomniany czy nie?

Pojawia się u was jakiś angielski skauting, który bezpośrednio z Walii daje szansę na wypłynięcie na jakimś nie najgorszym poziomie w Anglii?

Najwidoczniej tak, bo jeden 22-letni chłopak z Bala Town, które skończyło sezon na drugim miejscu, poszedł do Newport County. To drużyna z League Two, ale nie śmiałbym się z tego, bo przecież grający w tym sezonie tylko piętro wyżej Sunderland przyjechałby do Polski i spokojnie poradziłby sobie w Ekstraklasie. Niewielu ludzi interesuje się walijską ligą, ale od czasu do czasu jakaś młodzież szansę wyżej dostaje.

Dla samej walijskiej ligi nie ma nadziei na lepszą przyszłość?

Niezupełnie. Kiedyś było tak, że drużyny trenowały raz w tygodniu, teraz te grające na pół etatu mają już dwa-trzy treningi tygodniowo. Do ligi zaczynają spływać coraz większe finanse. Federacja ogłosiła plan zakładający, że od 2025 roku wszystkie ekipy będą już full-time. Idą w tym kierunku inwestycje. Czy tak będzie? Byłoby super. Mam nadzieję, że będę wtedy jeszcze grał.

Da się was gdzieś oglądać w telewizji?

Tak, jest specjalny kanał sportowy z transmisjami, są też dostępne na YouTubie i Facebooku.

A w gazetach o was piszą?

Co najwyżej lokalne, bo jeśli chodzi o mainstream, to całą uwagę przyciąga Premier League. Zainteresowanie ligą walijską jest niewielkie.

Czyli na ulicach cię nie rozpoznają.

Ja mieszkam w Wrexham, gdzie swego czasu grałem, a tutaj trochę inaczej patrzy się na piłkę. Na mecze przychodziło zawsze 5-6 tys. kibiców, więc wciąż jako lokals jestem tu rozpoznawalny. W przypadku innych chłopaków zdarzy się, że ktoś ich skojarzy, ale na pewno nie ma żadnego szału na zasadzie – o, idzie piłkarz! To bierze się przede wszystkim z braku fanów, co moim zdaniem jest największym problemem naszej ligi. Największa frekwencja na pojedynczym meczu to pewnie około 1,5 tys., ale są drużyny, na które przychodzi po 400 osób.

Cały czas przewijają się słowa “cały etat” i “pół etatu”. Czy wy jako pełnoetatowcy macie na tyle dobre pieniądze z piłki, że nie musicie robić nic poza nią.

Tak. Żaden z chłopaków w TNS nie musi mieć dodatkowej pracy. Każdy utrzymuje się z podpisanego kontraktu.

Mecz z Polską, który niewielu obchodzi

W Walii mówi się cokolwiek o meczu z Polską?

Walia szykuje się na barażowy mecz w weekend, więc nie spodziewam się, by mecz z Polską był z ich perspektywy ciekawy. Kibice pewnie bardziej koncentrują się na starciu Szkocji z Ukrainą, bo od tego zależy, z kim zagrają w finale baraży. Myślę, że na Polskę wyjdzie skład na półrezerwowy, a największe gwiazdy jak Bale czy Ramsey usiądą na ławce. Na mundialu nie było ich 50 czy 60 lat i teraz czują, że nie mogą tej szansy wypuścić. Całe skupienie idzie na finał, a mecz z Polską staje się dla nich trochę towarzyski. Nie chcę mówić, że zawadza, ale podejście do niego jest na zasadzie “jak jest, to jest, trudno”.

Reprezentacja sprawia, że ulice pustoszeją, a wszyscy siedzą przed telewizorem?

Od 2015 roku tak. Wtedy pojawiły się wyniki i nastąpił jakiś boom na kadrę. Jestem w Walii już 12-13 lat i obserwując to od środka, widzę większe zainteresowanie.

Hasło “Wales, Golf, Madrid. In that order” przeszło już do popkultury?

Bale otworzył swoją restaurację, w którym znalazło się to hasło! Przynajmniej widziałem takie zdjęcia, bo sam w środku nie byłem, więc nie mogę z całą pewnością powiedzieć, czy to nie fejk. Ale całość jest mega efektowna – to lokal, w którym możesz zagrać w golfa. W środku. A tamto hasło faktycznie jest tu kultowe i nikt w Walii nie ma wątpliwości, że dla Bale’a kadra jest ważniejsza od wszystkich innych rzeczy.

Komentarze