Jak zrobić, by następca Michniewicza nie został wariatem

Cezary Kulesza i Czesław Michnieiwcz
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Cezary Kulesza i Czesław Michnieiwcz

Jeśli musiało dojść do zmiany selekcjonera reprezentacji Polski, to lepszy moment trudno było sobie wymarzyć. Ale i to nic nie da, jeśli PZPN teraz źle rozegra rozmowy z osobą, która zastąpi Czesława Michniewicza.

  • PZPN dokonuje właśnie najważniejszego wyboru selekcjonera od 2013 roku
  • Robi to dysponując największymi aktywami, jakich potrzebuje – odpowiednim budżetem oraz – może nawet przede wszystkim – doświadczeniem lat ubiegłych
  • Lepiej przeciągać wybór nowego selekcjonera niż pod wpływem uciekającego czasu wybrać źle. Wybór, który jest przed nami, zaważy na tym, jak reprezentacja Polski będzie grać w 2026 roku

Jak nie zostać “wariatem”?

Zbigniew Boniek, z którym w środę rozmawiałem, po pytaniu o jego wymarzone nazwisko nowego selekcjonera, zaznaczył jedynie, że nawet jeśli – czysto teoretycznie – następcą Czesława Michniewicza zostałby Lionel Scaloni, do przyszłego grudnia w Polsce “zrobi się z niego wariata”. Praca z reprezentacją Polski dla wielu trenerów wygląda atrakcyjnie w momencie podpisania kontraktu, lecz znacznie gorzej, gdy ten dobiega końca. Jako kraj mamy swoją specyfikę. Wysokie wymagania dotyczą nie tylko wyników, ale i zjadliwego stylu – nie mylić z ofensywnym, bo przecież Adamowi Nawałce, najlepszemu selekcjonerowi ostatnich kilkunastu lat, nikt takiego nie narzucał. Mało który kraj w Europie ma tak szeroką siatkę redakcji sportowych, co z kolei wpływa na torpedowanie reprezentacji i selekcjonera ogromem artykułów, treści i szeroko rozumianej krytyki. Warto więc się zastanowić, co musiałoby się stać, by jednak kolejny po Michniewiczu selekcjoner nie wyszedł na wariata.

Najważniejsze zdanie komunikatu

Z komunikatu informującego o zakończeniu współpracy z Czesławem Michniewiczem, za najważniejsze zdanie uznałbym to: “Nasz wybór musi być przemyślany, dlatego nie będziemy deklarować konkretnych dat prezentacji selekcjonera”. Najgorsze, co może zrobić obecnie PZPN, to działać pod presją dat i ulegać złudnemu uczuciu niebezpieczeństwa, jakie rzekomo może przynieść bezkrólewie. A to zapanuje już 1 stycznia. Wybór nowego sternika reprezentacji zawsze jest priorytetowy, ale tym razem – ośmielę się powiedzieć to na głos – najważniejszy od momentu, w którym Zbigniew Boniek podpisał kontrakt z Adamem Nawałką. Wtedy też rozpoczynał się czteroletni cykl, a pracę selekcjonerów powinno oceniać się przez pryzmat takiego właśnie okresu. Jerzy Brzęczek oczywiście również wchodził w nowe czterolecie, ale różnica między kadencją Nawałki, a następcy Michniewicza polega na tym, że nie miał tylu miesięcy na poukładanie drużyny, co po eliminacjach mundialu 2014 i teraz. Brzęczek na dzień dobry musiał walczyć z Włochami i Portugalią o utrzymanie w elicie Ligi Narodów (co daje wymierne korzyści i nawet jeśli te rozgrywki określimy mianem ekskluzywnych sparingów, nie można nie zerkać na osiągane w nich wyniki). Nawałka przed eliminacjami Euro 2016 dostał długie miesiące na szukanie rozwiązań w meczach towarzyskich. Trener, który dopiero będzie wybrany, z miejsca ruszy wprawdzie w eliminacje Euro 2024, ale umówmy się – tych nie da się przegrać. Cały cykl można poświęcić na spokojną budowę według własnych wizji. Bez presji czasu, bo wymierny sprawdzian rozpocznie się dopiero za 1,5 roku.

To nie jest tak, że możemy deprecjonować wagę eliminacji, ale jeśli marzymy o zbudowaniu drużyny, która wreszcie pozwoli się sobą nacieszyć w dużym turnieju, skupienie się jedynie na ich wygraniu byłoby karygodnym błędem. Zwłaszcza w sytuacji, w których ich przegranie oznaczałoby wyprzedzenie nas aż przez dwie drużyny z zestawu: Czechy, Albania, Wyspy Owcze i Mołdawia. A później jeszcze odpadnięcie w barażach, które mamy niemal pewne z urzędu, a w których zabraknie najmocniejszych drużyn.

Decyzja podjęta przez PZPN odbije się na tym, jak Polska prezentować się będzie w 2026 roku, więc bezsensem byłoby wymaganie od związku wskazania ostatecznego nazwiska na przykład maksymalnie w połowie stycznia, bo jeśli Cezary Kulesza nowego selekcjonera wybierze dwa tygodnie później – to co z tego?

To PZPN musi rozgrywać karty. Nie kandydat

PZPN musi teraz zadbać o dwie kwestie – wybrać selekcjonera, który zapewni rozwój (co związek zresztą także określił jako priorytet w czwartkowym komunikacie) oraz określić jego cele w ten sposób, by zminimalizować szanse na uczynienie z niego “wariata”. Ponieważ związek potrzebuje także błyskawicznie naprawić swój wizerunek, wybierze mocne nazwisko. To niemal na pewno powoduje, że nowy selekcjoner nie będzie Polakiem (Maciej Skorża nierealny, Marek Papszun ryzykowny, Jan Urban “waży” w tej konkretnej sytuacji za mało, Adam Nawałka jako wybór na cztery lata też nie wydaje się możliwy, Michał Probierz do reszty zniszczyłby atmosferę wokół PZPN. Innych Polaków na horyzoncie nie ma), więc wraca pytanie: jak nie zrobić wariata z najemnika?

Przede wszystkim wyciągnąć wnioski z tego, co działo się wokół dwóch selekcjonerów spoza granic naszego kraju. Późnego Leo Beenhakkera i Paulo Sousę łączyła jedna cecha – w żaden sposób nie chcieli się związać z Polską. Holendra zbyt mocno interesował wolontariat w Feyenoordzie, Portugalczyk pojawiał się nad Wisłą tylko na zgrupowania i mecze kadry. Atmosfera wokół nich gęstniała, a z racji wspomnianej rozbudowanej siatki medialnej krytyków nie brakowało. Beenhakker za prezesury Grzegorza Laty i Sousa przez całą swoją kadencję nie byli zainteresowani rozwojem polskiej piłki jako szerszej całości, mimo że pobierali znacznie wyższe wynagrodzenie od selekcjonerów pochodzących z naszego kraju. Dopuszczenie do takiej sytuacji w przypadku następcy Michniewicza to proszenie się o powtórkę z historii.

Kto nowym trenerem reprezentacji Polski? Kursy bukmacherów
Andrij Szewczenko

Reprezentacja Polski do rozpoczynających się w marcu eliminacji do Euro 2024 przystąpi z nowym selekcjonerem. Kto zostanie następcą Czesława Michniewicza na tym stanowisku? Bukmacherzy mają swoich faworytów. Przedstawiamy kursy na nowego trenera reprezentacji Polski. Czesław Michniewicz nie poprowadzi już reprezentacji Polski. Jego umowa nie zostanie przedłużona W gronie kandydatów do jego zastąpienia wymieniani są m.in.

Czytaj dalej…

Ostatnio w wywiadzie dla Sportowych Faktów Roberto Martinez, nota bene jeden z kandydatów, z którym PZPN chętnie porozmawia, rodowodowo nie mający nic wspólnego z Belgią i ostatnio zarabiający ok. 3 mln euro rocznie – zatem mniej więcej tyle, ile dla polskiego związku nie będzie problemem – mówił: – Praca z Belgią była czystą przyjemnością z kilku powodów. Lubię budować, a tego słowa nie ograniczam tylko do drużyny. Dla mnie równie ważne jest położenie fundamentów, zrobienie czegoś, co da owoce wtedy, gdy mnie już prawdopodobnie w tym miejscu nie będzie. Selekcjoner musi działać dwutorowo: jedno to tu i teraz, a więc rezultaty. Ale równie ważna jest przyszłość. Dlatego z wielką chęcią do funkcji selekcjonera dołożyłem posadę dyrektora technicznego, którą pełniłem od 2018 roku. Dzięki temu miałem wpływ nie tylko na to, jak belgijski futbol wygląda teraz, ale i jak będzie wyglądał w przyszłości.

Hiszpan stał się osobą doglądającą w Belgii futbol młodzieżowy. Brał czynny udział w budowie centralnego ośrodka, w którym ta może się doskonalić. Wśród najbardziej doświadczonych piłkarzy mocno promował trenerskie kursy, przy okazji służąc własną wiedzą. Był obecny wszędzie tam, gdzie stykały się słowa “przyszłość” i “belgijska piłka”. – Każdy zawodnik pod koniec swojej kariery może zacząć wizualizować grę z perspektywy trenera. To pokolenie będzie nadal wpływać na belgijską piłkę nożną jako szkoleniowcy – mówił. Bezpośrednim efektem jego działań była szansa, jaką Vincent Kompany otrzymał dosłownie dzień po odejściu z Anderlechtu w roli piłkarza, gdy rozpoczął tam pracę trenera. Dziś jest zatrudniony w angielskim Burnley. Inny z jego podopiecznych z boiska – Thomas Vermaelen – w 2022 roku został włączony do sztabu belgijskiej kadry.

Wymaganie od selekcjonera z zagranicy zaangażowania w rozwój polskiej piłki i służenia autorytetem oraz wiedzą polskim szkoleniowcom nie jest pomysłem z kosmosu, lecz przepisem na bardziej owocny związek. Zwłaszcza gdy mówimy o potencjalnej czteroletniej kadencji. Tu nawet nie chodzi o to, by zatrudnić Martineza, ale jeśli nie jego, to kogoś na podobnych zasadach. Przy okazji z jasno określonymi celami: reprezentacja Polski ma nie tylko awansować na Euro 2024, ale poprawiać swoją grę do tego stopnia, by marzenia o kadrze walczącej na turnieju o coś więcej niż przetrwanie fazy grupowej za wszelką cenę nie były mieszanką złudzeń i naiwności. Dopuszczenie do sytuacji, w której nowy selekcjoner odtrąbi sukces po awansie na mistrzostwa po grze przypominającej przyjemność z wizyty u dentysty to pierwszy krok, by i następca Michniewicza zmierzył się z nową polską tradycją – zimowego piekiełka.

Komentarze