Gaszenie pożaru benzyną. Dlaczego oświadczenie Roberta Lewandowskiego jest tak złe?

Robert Lewandowski i Paulo Sousa
PressFocus Na zdjęciu: Robert Lewandowski i Paulo Sousa

Jedna z zasad biznesu mówi, że jeśli źle zarządzisz ryzykiem, wkrótce będziesz zarządzać kryzysem. Paulo Sousa i Robert Lewandowski na rynkach finansowych raczej odnajdują się dobrze, ale o tej regule najwidoczniej zapomnieli.

Czytaj dalej…

  • Nawet odpadnięcie z Euro 2020 nie wyrządziło reprezentacji Polski tak wielkich szkód wizerunkowych, jak poniedziałkowa porażka z Węgrami
  • Paulo Sousa mówił po tym spotkaniu, że każdy – także on sam – popełnił mnóstwo błędów, ale jak się okazuje, kilkadziesiąt godzin później one wciąż są popełniane
  • Oświadczenie wydane przez Roberta Lewandowskiego jest podręcznikowym wzorcem, jak odpowiedzieć na nurtujące kwestie, tak naprawdę na nie nie odpowiadając

Błędna ocena na gorąco

W jednym z wywiadów Szymon Marciniak powiedział kiedyś, że sędziowie nie powinni bezpośrednio po meczach wypowiadać się o swoich kontrowersyjnych decyzjach, bo gdy opadają emocje, a głowa robi się chłodna, optyka się zmienia. Trzy dni po spotkaniu z Węgrami łatwo dojść do wniosku, że nie powinno to dotyczyć tylko sędziów. W dziesiątkach tekstów pisanych na gorąco o odstawieniu Roberta Lewandowskiego, także moim, całością winy obarczono Paulo Sousę. On sam zresztą o to zadbał dając na konferencji odpowiednie paliwo. Ale przecież od początku nic tu się nie kleiło, bo nawet w komunikacie PZPN wydanym na dwa dni przed meczem na Narodowym stało dość jasno: „decyzję co do absencji Lewandowskiego oraz Glika wspólnie podjęli selekcjoner Paulo Sousa i sami zawodnicy”. Przy błyskawicznie rozpoczętym polowaniu na czarownice mało kogo to obchodziło. A powinno.

Błędy Sousy są oczywiste

Oczywiście jest za co winić Sousę, bo w niezrozumiały sposób – niezależnie od sprawy Lewandowskiego – zlekceważył Węgrów. Mając świadomość, jak mocno jest uszkodzony kręgosłup reprezentacji, brakowało przecież jeszcze Kamila Glika i Grzegorza Krychowiaka, postanowił na dokładkę posadzić na ławce Piotra Zielińskiego, czwartego z liderów. Skala zmian w podstawowej jedenastce w połączeniu z nadziejami na dobry wynik była tu jak wrzucenie granatu do jej środka i liczenie, że akurat wtedy nie wybuchnie. Niby możliwe, ale mało prawdopodobne, a wygrać nic się na tym nie dało. Fala uderzeniowa po ewentualnym wybuchu natomiast najpierw rozwaliłaby zespół, później związkowe finanse (10-15 mln zł straconych przez fakt, że baraż nie odbędzie się na Narodowym), na końcu wpłynęłaby na trudność dostania się na mundial. Brak zestawienia „za” i „przeciw” przed podjęciem decyzji kadrowych przez Paulo Sousę to rzecz tak samo niezrozumiała, jak pomylenie Węgrów z San Marino. Obie rzeczy wydarzyły się jednak w poniedziałek.

Sousa swoje decyzje tłumaczył potrzebą obarczenia zmienników większą odpowiedzialnością, jakby piłka tak działała, że wystarczy poczuć większą rolę w drużynie, by grać na odpowiednim poziomie. Jej prawidła są najczęściej znacznie prostsze: lepszy piłkarz gra lepiej od słabszego. Portugalczyk deprecjonując na konferencji trudne pytania słowami, że dziennikarze oceniają wszystko po meczu, a on musi przed, wykonał nieładnego fikołka, bo – naprawdę – skutki nie były trudne do przewidzenia od chwili publikacji składu (choć fakt, że piłkarze zagrali jeszcze słabiej, niż można było przypuszczać, ale to zupełnie inna sprawa i ten tekst nie jest ich rozgrzeszeniem). Doprawdy trudno uwierzyć, że odsuwając Glika jego zmiennik zagra jak Glik, albo że sadzając na ławce Zielińskiego można liczyć, że ktoś inny zagra jak Zieliński, tylko dlatego, że nagle poczuje odpowiedzialność. Zwłaszcza gdy tych zmian dokona się jednocześnie. Nie mówiąc o roli Lewandowskiego, którego nie da się zastąpić ani siłą woli, ani najlepszą chęcią. Selekcjoner posłał w poniedziałek w bój drużynę, która w tym składzie albo nie wystąpi już nigdy, albo najwcześniej za kilka lat (zapewne wówczas zagra lepiej, bo kiedyś miała okazję pokopać z Węgrami…). Z tym że wtedy nastąpi to po stopniowej ewolucji, przygotowywaniu się na odejście najlepszych, a nie wyrwaniu ich jak trzonowców z dnia na dzień. Słowa trenera, że cokolwiek mogliśmy zyskać to bajki dla naiwnych, ale jak się okazało nie ostatnie, jakie pojawiły się w tym tygodniu.

Sousa wyszedł i powiedział: strzelajcie do mnie

Paulo Sousa podkreślając w poniedziałek, że rezygnacja z Lewandowskiego była jego autonomiczną decyzją, postanowił chronić swojego kapitana oraz własnych relacji z nim. Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której się znalazł. Przypominającą imadło. Z jednej strony sam wiele razy wcześniej podkreślał, że niezależnie od rywala jego wyjściową jedenastką będzie zawsze najmocniejsza z możliwych, co wyraźnie kłóci się z niewpisaniem Lewandowskiego w protokół meczowy i z bronieniem teorii „my choice”. Z drugiej – jak pisze w swoim oświadczeniu napastnik Bayernu – sam przyszedł do trenera z prośbą, by ten go nie uwzględniał w swoim planie na Węgrów. Sousa niby mógł się nie zgodzić, ale w praktyce kosztem tej decyzji byłoby prawdopodobnie zamrożenie chemii, która od początku występowała między nim, a najważniejszym piłkarzem. Zresztą trenerzy w takich przypadkach często chodzą największym gwiazdom na rękę, nie ma w tym nic złego i nie jest to wyłącznie polska przypadłość. Cristiano Ronaldo po transferze do Juventusu na własną prośbę odpuścił cztery mecze Portugalii w Lidze Narodów, a gdy Leo Messi chciał zrobić sobie przerwę od reprezentacji, po prostu sobie ją zrobił. Sousę można winić za brak poszukania kompromisu z kapitanem jego zespołu, spotkania się pośrodku, ustalenia z Lewandowskim, że ten usiądzie na ławce jako rezerwowy, który zostanie wykorzystany wyłącznie w razie potrzeby. Ale już nie za wyjście bez niego w jedenastce.

Portugalczyk na konferencji wystawił się na pożarcie mediom, podczas gdy kapitan w tej sprawie milczał i taki stan rzeczy przez blisko 48 godzin mu nie przeszkadzał, mimo iż wiedział, że nie było tak, jak Sousa mówił. Lewandowski prawdopodobnie dużo by zyskał w oczach trenera, kolegów z zespołu i kibiców, gdyby znacznie szybciej zareagował publikując kilka zdań napisanych własną ręką w swoich social mediach. Wolał odczekać, a gdy pożar wcale nie malał, wraz ze swoimi PR-owcami ruszył do gaszenia. Uzbrojony w butelkę benzyny.

Jak nie pisać oświadczeń

Oświadczenie, które wydał, jest wręcz podręcznikowym wzorcem, jak odpowiedzieć na nurtujące kwestie, tak naprawdę na nie nie odpowiadając. Dowiadujemy się więc tego samego, co z sobotniego oświadczenia PZPN. Czytamy, że motywacja i ambicja nie pozwoli na odpuszczenie walki o Katar oraz, że Lewy „zrobi wszystko co w jego mocy, aby pomóc naszej drużynie w awansie”.

Nie poznajemy natomiast realnych powodów, dla których uznano mecz z Węgrami spotkaniem bez stawki i o mniejszej wadze niż gra w Andorze (i dlaczego, jeśli trzeba było odpuścić jeden mecz – co generalnie jest w porządku – zdecydowano się na ten drugi). Nie wiemy, co stało na przeszkodzie, by w spotkaniu o rozstawienie w barażach Robert Lewandowski znalazł się w kadrze meczowej, skoro i tak siedział na ławce rezerwowych.

Są oczywiście tacy, którzy przekonują, iż bez Lewandowskiego w meczu z Andorą można było zgubić punkty, więc jego gra w nim była bardziej uzasadniona niż przeciwko Węgrom (bo to w tym pierwszym teoretycznie łatwiej było o zapewnienie sobie miejsca w barażach). Trudno się z tym zgodzić nawet znając przebieg tego spotkania z kapitanem na boisku. Fakty są przecież takie, że z Andorą prawie każdy mecz tak wygląda, nie tylko Polaków. To drużyna maksymalnie ograniczona piłkarsko, skupiająca się na kopaniu po kostkach. Zespół, z którym przyjemność gry jest żadna. Każdy się męczy, a na koniec każdy wygrywa. Wchodzimy na abstrakcyjny poziom dyskusji zakładając, że Polska bez Lewandowskiego mogłaby stracić z nimi punkty.

Bardzo niedocenionym fragmentem z tego oświadczenia było natomiast: „decyzja na końcu zawsze należy do trenera, ale potwierdzam, że była ona ze mną uzgodniona”. Wniosków jednak nie będę narzucał, każdy wyciągnie własne.

Co jest w oświadczeniu. I czego nie ma

Ogólnie w oświadczeniu Roberta Lewandowskiego czytamy bardzo ładne słowa i brak konkretów. A czekając przez dwie doby można było jednak na nie liczyć. Dostaliśmy zdanie „trener słusznie nie chciał zlekceważyć meczu z Andorą” bez słowa, dlaczego można było zlekceważyć mecz z Węgrami. Pomylił się także ten, kto myślał, że dowiemy się, z jakiego powodu szukający odpoczynku piłkarz zagrał na sztucznej murawie w piątek 90 minut, podczas gdy bardzo słaby rywal już od jedenastej przegrywał 0:2 i grał w dziesiątkę. Dalej: „jestem realistą i wiem, że dla mnie osobiście to może być walka o ostatnie mistrzostwa świata z orłem na piersi”. Czemu zatem zaryzykowano utratą trudnej ścieżki w barażach na rzecz bardzo trudnej? Dowiedzieliśmy się natomiast, że gra w reprezentacji Polski zawsze będzie dla Roberta Lewandowskiego wielką dumą.

Najlepszy piłkarz w historii polskiego futbolu zatrudnia sztab ludzi dbających o jego wizerunek. Jakim cudem znalazła się w nim ta, która napisała takie oświadczenie oraz jakim cudem nie znalazł się w nim nikt, kto by to zablokował, też pozostanie nierozwikłaną zagadką.

PZPN też nie bez winy

Jeśli w półfinale barażów wylosujemy Włochów lub Portugalię i odpadniemy w wyjazdowym meczu, i tak nigdy nie dowiemy się, co by było, gdyby najważniejsze osoby w reprezentacji nie uznały, że mecz z Węgrami sam się (przynajmniej) zremisuje. Ale będziemy mieć uzasadnione podejrzenia, że wpakowaliśmy się w tę kabałę w tak irracjonalny sposób, że nie wymyśliłby tego Stanisław Bareja.

Jedną z najmocniej poszkodowanych stron w całej sprawie jest PZPN, który prawdopodobnie straci grube miliony złotych. Prawdopodobnie, bo wciąż możemy zagrać baraż u siebie, jeśli uda się przejść do finału, zatem być może liczba gier na Narodowym ostatecznie by się zgodziła (gdyby będąc rozstawionym finał wylosować na wyjeździe). Ale tego nie wiemy, więc trzeba bazować na tym, co jest. Pojawiły się nawet pogłoski, że związkowi działacze namawiają Cezarego Kuleszę do rozwiązania kontraktu z Paulo Sousą już teraz, bo żaden szef korporacji nie może przejść obojętnie wobec decyzji jego pracownika, która pozbawia firmę takich pieniędzy. Z tym, że PZPN w całej sprawie też sobie nie pomógł.

Ingerowanie w skład byłoby tu patologią, ale nie o nią tu chodzi, lecz o komunikację. Tej kompletnie zabrakło na linii Kulesza – Sousa – Lewandowski. Skoro decyzja o braku gry najlepszego piłkarza została ogłoszona już w sobotę, było wystarczająco dużo czasu na rozmowę. O celach, pieniądzach i rozstawieniu. O zarządzaniu ryzykiem, które przy błędnych decyzjach przerodzi się w zarządzanie kryzysem. Jeśli PZPN nie interweniował w sprawie szalonego pomysłu, trudno przedstawiać go jedynie jako ofiarę. Bayern, od 2 lat najlepsza drużyna świata, straciła na moment Roberta Lewandowskiego i z marszu odpadła z Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain. A my, klasa średnia europejskiej piłki, zupełnie bez powodu pozwoliliśmy sobie na test, czy damy radę bez niego w kadrze meczowej.

Komentarze