Gdy nie możesz się nawet łudzić. Liczby, które przerażają mocniej niż dziewięć tytułów z rzędu

Piłkarze Bayernu Monachium
Piłkarze Bayernu Monachium PressFocus/Twitter

Bayern wyjątkowo, bo dopiero w maju, zapewnił sobie mistrzostwo Niemiec. Gdyby ktoś nie śledził Bundesligi kolejka po kolejce, mógłby pomyśleć, że tak długie oczekiwanie na dopełnienie formalności to pierwszy powiew nadchodzących zmian na szczycie, ale przecież nieformalnie wszystko jasne było już od początku kwietnia, gdy FCB wygrał w Lipsku. Dziewiąty tytuł z rzędu skłania jednak do zadania kilku pytań: czy to w ogóle możliwe, że ktoś przeszkodzi im w zdobyciu dziesiątego? Jeśli tak, co musiałoby się stać? I czy tak ogromna dominacja jednej drużyny szkodzi Bundeslidze? Odpowiedź przynajmniej na to ostatnie może zaskakiwać.

Tym razem było trochę inaczej, bo pandemia zatrzymała kibiców poza stadionem. Nie było też tradycyjnego wylewania piwa z wielkich kufli na głowy, ale to wszystko tylko symbolika. Dużo ważniejsze działo się na murawie. Mistrzostwo przypieczętowane zwycięstwem 6:0 nad Borussią Moenchengladbach może być nieco zwodnicze, Bayern wcale nie zdeklasował całej Bundesligi, jak mógłby sugerować ten wynik, ale mówienie o tendencji spadkowej jest bardziej myśleniem życzeniowym. Jeśli Hansi Flick pożegna się z Monachium dwoma zwycięstwami – co jest scenariuszem bardzo realnym, Bayern ma przed sobą mecze z Freiburgiem i Augsburgiem, a Flick już zapowiedział, że zrobi wszystko, by Robert Lewandowski pobił rekord Gerda Muellera – zdobędzie w tym sezonie o dwa punkty mniej niż w poprzednim, ale jednocześnie o dwa więcej niż dwa lata temu. Całkiem możliwe, że przewaga nad wicemistrzem będzie też bardzo podobna do tej sprzed roku. Nie może więc dziwić zdanie wypowiedziane przez Olivera Kahna, twierdzącego, że skoro Juventus już przegrał swoje Scudetto, Bayern stanie się pierwszym klubem na planecie, który wygra swoje mistrzostwo 10 razy z rzędu (co swoją drogą nie jest prawdą, słabsze ligi znają takie historie).

Bayern nie stanie się Juventusem

Takie deklaracje nie są niczym nowym. Juventus przy okazji świętowania ostatniego tytułu też mówił o skompletowaniu perfekcyjnej dekady, jednak było widać, że dziewiąte mistrzostwo zdobył będąc poważnie poobijanym, jadąc na oparach i nie mając wyrazistego planu na podtrzymanie dominacji. Bayern, nawet jeśli defensywnie wyglądał najgorzej od lat, wszystko nadrabiał z przodu i nie można mówić, że – jak wcześniej Stara Dama – do srebrnej patery się doczołgał.

Juventus jest dobrym przykładem, by dostrzec, dlaczego ryzyko, że Bayern czeka wkrótce podobny los, jest minimalne. W Turynie wszystko zaczęło się psuć po nietrafionej zmianie trenera. Maurizio Sarri dostał drużynę niedopasowaną do jego stylu gry i zaliczył z nią ogromny spadek jakościowy. Zatrudnienie Andrei Pirlo było gwoździem do trumny. Okazało się, że mówienie o samowygrywającej się lidze jest mitem. Gdy spojrzy się na Bayern i zada pytanie, kiedy w ostatnich latach grał najgorszą piłkę, raczej nie pokłócimy się, jeśli wspomnimy o czasach Niko Kovaca. Kadencja tego trenera trwała 16 miesięcy, czyli w piłkarskiej skali epokę. Mimo dysfunkcyjnej drużyny, było to za mało, by stracić mistrzostwo. Kiedyś je stracą, ale najpierw musieliby się seryjnie zacząć mylić podczas okienek transferowych. Niedługo trzeba będzie zastąpić Roberta Lewandowskiego, co może okazać się kluczowe.

Dwa światy

Póki co Bayern stać na popełnianie błędów. Jest znacznie bogatszy od Borussii Dortmund, dla której finansowy pościg musiałby być powiązany z obniżeniem jakości na boisku. BVB jeszcze długo nie przestanie być – na tle Bayernu – klubem, który musi sprzedawać swoich zawodników. Widać to też po podejściu samych piłkarzy. Erling Haaland zagwarantował sobie w kontrakcie klauzulę w wysokości 70 mln euro (od przyszłego lata), na którą w Monachium na pewno nie wyraziliby zgody.

W żadnej z czterech najlepszych lig Europy finansowa przepaść między głównym hegemonem, a liderem grupy pościgowej nie jest tak ogromna jak w Niemczech. Raphael Honigstein z „The Athletic” pisze, że już w latach 1997-98 dochód Bayernu (100 mln euro) był o kilkadziesiąt mln wyższy od wypracowanego przez Borussię, ale od tego czasu trzy czynniki zmieniły równanie jeszcze bardziej na korzyść monachijczyków.

Po pierwsze powiększające się kwoty bezwzględne pozwalają Bayernowi na płacenie wynagrodzeń, na jakie nie stać nikogo innego, co nie tylko pozwala na skuszenie nowych piłkarzy, ale też zatrzymanie obecnych. W tym samym czasie reszta jest zmuszana do sprzedawania swoich gwiazd zamożnym w Europie (źle) lub Bayernowi (jeszcze gorzej). Po drugie eksplodował skauting Bayernu. Dawno minęły czasy, w których kilka goli przeciwko nim wystarczyło, by trafić do notesu, a później zapchania kadry piłkarzami drugiego sortu – jak w przeszłości miało to miejsce w przypadkach Edsona Braafheida i Massimo Oddo. Dziś nawet jeśli w drużynie znajdzie się Bouna Sarr, każdy wie, że jest sprowadzany tylko na wypadek awarii. Po trzecie siła Bayernu i konkurencja wewnątrz drużyny sprawia, że jego piłkarze mają znacznie wyższe poczucie profesjonalizmu. Dziś zawodnicy kopiący piłkę w Monachium bardziej skłonni narzekać, że sesje treningowe nie są wystarczająco intensywne, niż wychodzić na nielegalne piwo.

Na problemach Bayernu straciłaby cała Bundesliga

Finansowe różnice między Bayernem, a resztą stawki w Bundeslidze są zatrważające, a im głębiej zajrzymy w tabelę, tym bardziej rosną. Drużyna, która zajmuje 15. miejsce na koniec sezonu, generuje średnio o ponad 500 mln euro gorszy zysk od etatowego mistrza. Brak równowagi jest tu oczywisty, w przeciwieństwie do sposobów na uzyskanie choć odrobinę lepszego balansu. Limitów płac nie da się wprowadzić, bo wymagałoby to zmiany prawa Unii Europejskiej, poza tym lobby wielkich klubów jest zbyt potężne, by temat w ogóle trafił na tapet. Inna redystrybucja dochodów wewnątrz Bundesligi też jest mrzonką – Bayern nie może stać się jedynym potężnym klubem w Lidze Mistrzów, który będzie pozbawiany wpływów na skutek własnego bogactwa. Paradoksem jest, że Bundesliga na sile Bayernu zyskuje i to niezależnie od monopolizacji trofeów. Ewentualne kłopoty finansowe Bayernu nadal przyniosłyby więcej szkód dla pozostałych klubów. Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, należy przyjrzeć się powodom, dla których ludzie za granicą oglądają niemiecką piłkę nożną.

Honingstein: Niepublikowane badanie przeprowadzone przez ligę na temat powodów atrakcyjności Bundesligi dla globalnej publiczności wykazało, że najważniejszym powodem do oglądania były „kluby i supergwiazdy” – innymi słowy, rozpoznawalne marki. Jakość piłki nożnej jest na drugim miejscu, a rywalizacja o tytuły – dopiero na trzecim. W tym samym artykule cytowany jest przedstawiciel Bundesligi. – Nic nie zyskamy zmniejszając siłę Bayernu. Oni wraz z Dortmundem są główną siłą napędową w odbiorze poza Niemcami. Zwiększona konkurencyjność na pewno by nie zaszkodziła, ale nie może się odbyć kosztem osłabiania Bayernu.

Ciekawa liga? Szkoda, że świat przy niej ziewał

Co zresztą doskonale pokazuje historia. W latach 2002-2009 Bundesliga w ciągu siedmiu sezonów miała pięciu różnych mistrzów – Bayern, Borussię, Werder, Stuttgart i Wolfsburg. Teoretycznie tamte rywalizacje były więc znacznie ciekawsze niż obecne. Problem w tym, że… tylko nam się tak wydaje. „The Guardian” pisał o Bundeslidze jako o rozgrywkach „tanich i wesołych”, w których sportowa klasa jest dyskusyjna i w których brakuje gwiazd światowego formatu. Przełożyło się to na wartość międzynarodowych praw telewizyjnych, które przynosiły od 12 do 25 mln euro rocznie. W tym samym okresie Premier League sprzedawano poza Wyspy za około 300 mln euro.

Obecna zabetonowana przez Bayern Bundesliga jest warta ok. 250 mln euro za sezon (prawa zagraniczne), co nawet przy wzięciu pod uwagę inflacji jasno pokazuje, że zainteresowanie nią na świecie wzrosło. Nastąpiło to dzięki prężeniu bicepsów przez Bayern jak nigdy wcześniej, a nie pomimo tego.

Najlepsza okazja przepadła

Najlepszy czas na odebranie Bayernowi tytułu już minął. Drużyna była co najwyżej przeciętna podczas kadencji Nico Kovaca w latach 2018-19, jednak za każdym razem natrafiała na jeszcze większy kryzys Borussii Dortmund oraz trudności RB Lipsk z utrzymaniem właściwego kursu. Gdy te drużyny były na zwycięskiej ścieżce, Bayern także. Honigstein zauważa, że skoro BVB z Jadonem Sancho i Erlingiem Haalandem w składzie została o kilka długości z tyłu, nie ma powodów, by twierdzić, że szybko nastąpi zmiana warty. Dyskusja o tym była niedawno tematem rozmowy Honigsteina z Karlem-Heinzem Rummeniggem. Szef Bayernu sam zastanawiał się, gdzie jest granica nieustannego wygrywania, której przekroczenie może zaszkodzić jego klubowi, ale tu nie ma dobrych odpowiedzi. Bo jak miałoby wyglądać odpuszczenie gry o mistrzostwo? – To byłoby tragiczne w skutkach – odpowiada Rummenigge.

Dlatego w chwilach kryzysu z pracą musieli się pożegnać Carlo Ancelotti i Niko Kovac. Marka klubu nie pozwala na porażkę, a Bayern problemy miewa niezależnie od dobrych wyników. Ten najnowszy – konflikt Hansiego Flicka z Hasanem Salihamidziciem – zakończył właśnie pewną epokę. Wątpliwe, że ze znaczącym wpływem na wyniki.

Nie będzie szejka z walizką dolarów

Obowiązująca w Niemczech zasada „50+1” wyklucza możliwość przejęcia klubów przez szejków lub innych oligarchów. Marzenia kibiców z całego świata o arcybogatym inwestorze z portfelem bez dna wcale nie jest marzeniem kibica niemieckiego. A tylko taki mógłby zniwelować finansowe różnice między pretendentem, a Bayernem.

Co się oczywiście nie stanie. W Niemczech rozwój musi być organiczny, a kluby generować własne dochody. Jednym ze sposobów jest konieczność maksymalizowania zysków marketingowych.

Honingstein: – W normalnych latach, czyli tych przed wybuchem pandemii, Bayern potrafił zarobić dzięki sponsoringowi i działaniom marketingowym 175 mln funtów, prawie trzykrotnie więcej niż z praw telewizyjnych Bundesligi sprzedanym krajowym nadawcom (60 mln funtów).

Żaden inny zespół nie ma takiej mocy i nigdy nie będzie mieć. To nakręca naturalną spiralę zdarzeń, która doprowadza do tego, że Bayern zazwyczaj dochodzi do najdalszych rund Ligi Mistrzów, co z kolei wpływa na pozyskiwanie jeszcze większych pieniędzy od UEFA. Nawet jeśli RB Lipsk przed rokiem był półfinalistą, Bayern wygrał całe rozgrywki. Gdy dwa lata temu monachijczycy odpadali z LM już w 1/8 finału, i tak żaden inny niemiecki klub nie wszedł do najlepszej ósemki. Ostatnim sezonem, w którym najlepszym przedstawicielem Bundesligi w grze o Puchar Europy nie był Bayern, były rozgrywki 2010/11. Trochę za rzadko, by gonić finansową przepaść.

Nie ma ratunku

Wydawałoby się, że najprostszym sposobem do zmniejszania różnic, jest wewnętrzna zmiana w dystrybucji środków za prawa telewizyjne. „The Athletic” przytacza tutaj dane z sezonu 2019/20. Pierwszy Bayern otrzymał 60 mln funtów przy 23 mln dla ostatniego Paderborn. To stosunek 2,5:1 na korzyść mistrzów. Jednak są jeszcze prawa zagraniczne, w których Bundesliga podzieliła 224 mln funtów na 18 drużyn w sposób faworyzujący gigantów jeszcze mocniej. Bayern otrzymał 40 mln, a Paderborn 2,7 mln. Sumując te przychody (krajowe i zagraniczne), stosunek wynosi już 4:1. Dekadę wcześniej było to 2,3:1. Czy ma to jakieś znaczenie? Dla małych klubów na pewno, ale zmiana rozliczeń i tak w żaden sposób by nie wpłynęła na siłę Bayernu. Nawet przy równomiernym rozprowadzeniu środków z praw międzynarodowych – a więc po 12,5 mln dla każdego – Bayern straciłby 28 mln funtów. Przy 16 mln straconych przez Borussię – drugą finansową siłę Bundesligi – to zaledwie 12 mln odrobione przez Dortmund w skali roku.

To jakby liczyć, że Bayernowi stanie się krzywda, gdyby musiał gdzieś indziej znaleźć pieniądze na opłacenie połowy kontraktu Roberta Lewandowskiego.

Komentarze