Leszek Ojrzyński: oby nie przestali mnie szanować

Leszek Ojrzyński
PressFocus Na zdjęciu: Leszek Ojrzyński

– Ludzie w Kielcach mnie rozpoznają i szanują. Oby wciąż tak było. Chcę tej społeczności dać powody do radości. Jestem z nią związany mocniej niż tylko przez piłkę – mówi w rozmowie z Goal.pl Leszek Ojrzyński.

  • Z trenerem Korony Kielce spotkaliśmy się kilka tygodni po tym, jak ponownie przejął ten zespół
  • – Tutaj przede wszystkim pamięta się ten sezon, w którym wszyscy skazywali nas na spadek, a my na dwie kolejki przed końcem wciąż mieliśmy szanse na mistrzostwo. Nie da się zapomnieć o charakterze tamtej drużyny – mówi
  • Wróciliśmy też do tematu Legii Warszawa i tego, czy propozycja poprowadzenia tego klubu jedynie przez pół roku, nie była dla niego wyrazem braku zaufania, że może się przydać przy wyższych aspiracjach niż tylko walka o utrzymanie

Jak pachnie powrót

Przemysław Langier, Goal.pl: Szatnia Korony ma ten sam zapach, co przed laty?

Leszek Ojrzyński (trener Korony Kielce): Nie. Dużo rzeczy się zmieniło. Są przede wszystkim inni ludzie, a to oni tworzą atmosferę. Dekadę temu wyczuwało się inne emocje. Przez te dziesięć lat, które minęło od mojego pierwszego wejścia do szatni Korony, zmienił się też świat. Zawodnicy trochę inaczej postrzegają życie. Natomiast ja się cieszę, że wielu ludzi z tamtej Korony wciąż funkcjonuje w piłce. W Ekstraklasie jest dwóch trenerów, którzy wyszli z naszej szatni (Aleksandar Vuković i Pavol Stano – przyp. red.), w Koronie dyrektorem sportowym jest Paweł Golański, a moim asystentem Kamil Kuzera. Traktuję to jako dowód, że to, co wspólnie przeżywaliśmy nie poszło na marne, że pobyt w naszej Koronie pozwolił im na myślenie o pójściu dalej w piłkę nożną.

Żadnego klubu w swojej karierze nie prowadził pan dłużej niż Korony. Jada pan na mieście za darmo?

Długość pracy pewnie ma znaczenie dla tego, jak ludzie w Kielcach na mnie patrzą, natomiast myślę, że tutaj przede wszystkim pamięta się ten sezon, w którym wszyscy skazywali nas na spadek, a my na dwie kolejki przed końcem wciąż mieliśmy szanse na mistrzostwo. Nie da się zapomnieć o charakterze tamtej drużyny. O tym, że nikogo się nie bała, że wygraliśmy u siebie dwa mecze z Legią, która wtedy przecież biła się o tytuł. Byliśmy jedynym zespołem, który dwa razy pokonał Śląsk Wrocław, czyli mistrza w tamtym sezonie. Nie jadam za darmo, ale tak – ludzie mnie rozpoznają i szanują. Oby wciąż tak było, bo teraz jesteśmy na zupełnie innym etapie. Wszyscy wiążą z nami nadzieję, że będzie powrót do Ekstraklasy. A jak to się skończy? Trzeba poczekać. Na pewno ja będę robić wszystko dla tutejszej społeczności, by dać jej powody do radości. Jestem z nią związany mocniej niż tylko przez piłkę, bo po pierwszej pracy w Kielcach dorobiłem się chrześniaka, który tu został i który też mnie dopinguje.

Mówi pan “oby wciąż mnie szanowali”. Czyli gdzieś z tyłu głowy jest obawa, że ewentualne niepowodzenie po powrocie może trochę tego szacunku uszczknąć.

Bo teoretycznie taka możliwość jest. Ale tak naprawdę to nie ma się czego bać. Mam proste zadanie – awansować i to najlepiej już w tym sezonie, więc skoro już się go podjąłem, skupiam się wyłącznie na nim. Nie na strachu o niepowodzenie. Tym bardziej, że jestem człowiekiem wierzącym w swoją misję. Mój kontrakt jest ważny jeszcze przez ponad rok, więc teoretycznie jest to sygnał, że w przypadku, gdyby się nie udało, będę mógł budować ten zespół dalej. Choć jak mówię – to teoria. W życiu niejedno przeżywałem. Bywało już tak, że umawiałem się na jedno, a wychodziło inaczej. Ale to teraz bez znaczenia. Walczymy o awans i nie będzie to walka łatwa, bo ścisk jest niesamowity. Liga robi się coraz bardziej ciekawa i nerwowa. Widzę to po moich zawodnikach. Wiem, że stać nas na jeszcze lepszą i spokojniejszą grę, a presja sprawia, że noga czasem zadrży, a głowa nie pracuje tak, jak powinna. Jesteśmy na etapie szlifowania.

Szukanie odpowiedzi

Patrząc na serię zwycięstw Korony na początku sezonu, trudno było zakładać, że na jego półmetku będzie szukać nowego trenera. Umie pan postawić diagnozę, dlaczego od września coś tak mocno się zacięło?

Szczerze mówiąc to nie, bo jesienią patrzyłem przede wszystkim na Ekstraklasę. To życie napisało całkowicie inny scenariusz. Doceniłem determinację ludzi związanych z Koroną. Mam też na myśli kibiców, z którymi wciąż mam kontakt w mediach społecznościowych i którzy też mnie zachęcali. Czułem, że w Kielcach mnie potrzebują. Poza tym zobaczyłem ciekawy plan na ten klub, a ja jestem osobą, która nie boi się takich wyzwań. Znałem klimat, wiedziałem, że tu zawsze jest przyjemnie, choć po paru tygodniach muszę przyznać, że sielanki nie ma. Każdemu się wydawało, że jak zacznie się wiosna, będziemy wygrywać każdy mecz, a my dwa pierwsze zremisowaliśmy i dopiero w trzecim się udało. Jest wiele trudności do poukładania. Są kontuzje i choroby, ale wiedzieliśmy, na jakim etapie jesteśmy.

Pan też był wśród osób, które liczyły, że Korona wiosną ruszy z kopyta?

Zakładałem, że wygramy wszystkie mecze na początku rundy. Ale to wynika też z mojego podejścia, bo w każdym nadchodzącym spotkaniu chcę grać o zwycięstwo. Później wychodzimy na boisko i popełniamy błędy. Remis 0:0 z ŁKS-em oznacza, że byliśmy za słabi w ofensywie, choć w obronie też nie było idealnie. Teraz mamy świetną okazję, by zapunktować, bo jedziemy do lidera, a każdemu przyświeca myśl, by go bić.

Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się też, że ta liga będzie aż tak ciężka. Wszystkie drużyny są bardzo dobrze zorganizowane, mają bardzo ambitnych zawodników, wybieganych, niezmanierowanych. Co często bywało problemem w Ekstraklasie, bo piłkarze mając świadomość swoich osiągnięć wrzucali na luz. Tutaj każda drużyna, tym bardziej gdy gra z Widzewem, Koroną czy Podbeskidziem, podchodzi do meczu z zamiarem wyprucia się. Właściwie w każdej kolejce dół tabeli zabiera punkty czołówce.

Jak sprawy w tym sezonie stawia zarząd? Awans to konieczność, czy bardzo mile widziana opcja?

Awans jest bardzo ważny. Życie w Ekstraklasie i w I lidze to dwa inne światy. Po to też – jak myślę – nastąpiła zmiana trenera, do której by nie doszło, gdyby awans nie był priorytetem. Ale o to, jak duża jest determinacja, proszę zapytać włodarzy klubu, bo to wszystko potrafi się zmienić z tygodnia na tydzień, z meczu na mecz. Już w przeszłości spotykałem się z tym, że po pierwszych meczach jesteś panem życia, a za trzy tygodnie wszystko staje na głowie. Jeden telefon z miasta, inny od właściciela potrafi całkowicie zmienić obraz i postrzeganie twojej osoby.

Na razie nie gryzą trawy

“Banda świrów” to hasło, które weszło na dobre do słownika piłkarskiego – i to mimo upływu lat. A jaka ma być nowa Korona?

To się dopiero kształtuje. Na razie jesteśmy po trzech meczach. Co innego widziałem w okresie przygotowawczym, gdy nie było presji i panowała luźna atmosfera. Każdy grał po 45 minut, więc i łatwiej było o nią zadbać. Co innego jest teraz. I to właśnie teraz poznaje się charaktery, gdy każdy mecz jest o życie. Poznaje się relacje międzyludzkie, bo ktoś nie zagrał, bo ktoś czuje się skrzywdzony decyzją o zmianie, a może pan uwierzyć, że różnica w byciu zmienionym w sparingu i w meczu ligowym jest kolosalna. Pierwsze pięć-sześć kolejek to dla mnie materiał zapoznawczy, a dopiero później wszystko będzie się klarować. Będę mógł postawić na ludzi, którzy nie zawiedli i mogą pociągnąć wszystko na boisku.

Kiedyś, to było po przejęciu Stali Mielec, powiedział mi pan, że zawsze dostaje drużyny desperacko walczące o utrzymanie, bo kojarzy się pan z gryzieniem trawy i robieniem nim wyników, a nie wizjonerstwem i piękną grą. Ale jednocześnie przekonywał mnie pan, że gdyby dostał drużynę z czołówki, to wyszedłby pan z tej szufladki. Czy w czołówce pierwszej ligi da się grać ładnie?

Z tym gryzieniem trawy to na razie przesada, bo ja jeszcze go tutaj nie widziałem. To jedna sprawa. Druga – każda liga ma swoją specyfikę. Trzecia – w Koronie są zawodnicy, którzy mają bagaż ekstraklasowy i byli zawodnikami wiodącymi jesienią, a ja, poza ostatnim meczem, nie mogłem z ich usług skorzystać. Innych jeszcze nie miałem okazji zobaczyć w akcji. Tak więc zobaczymy, jak to będzie. Gra o awans do Ekstraklasy i o utrzymanie w niej to różne sytuacje, inny rodzaj presji. W tym pierwszym przypadku zawodnicy potrzebują wsparcia, które wraz z moim sztabem im dawałem. W ten sposób naprawdę można odmienić drużynę, że wspomnę choćby mój pobyt w Płocku, gdy z ekipy, która z trzynastu ostatnich meczów wygrała jeden, wytworzyła się taka, która odniosła cztery zwycięstwa z rzędu i się utrzymała. Po zatrudnieniu mnie i mojego sztabu w Mielcu, zremisowaliśmy z Zagłębiem i Lechem, wygraliśmy z Jagiellonią i Legią, jedyny mecz w końcówce rundy, który przegraliśmy, to ten z Pogonią. Gdy przejmujesz drużynę będącą na szarym końcu Ekstraklasy, presja jest ogromna, i przede wszystkim musisz dokonać zmian na poziomie mentalnym. Sprawić, by twoi piłkarze zaufali samym sobie, stali się odważni, do tego dorzucili element wyciągania z wątroby. To rola trenera – wymyślić taki plan, w który zawodnicy uwierzą. Stąd ta łatka, która do mnie przylgnęła. Że stawiam na prostotę. Ale jak mogłoby być inaczej, gdy za każdym razem dostawałem zawodników, którzy sami w siebie nie wierzyli? W Kielcach sytuacja jest inna. Dostałem wiodącą drużynę, która wciąż musi gonić czołówkę, nie uciekać przed nią. Każda strata punktów wiąże się z powiększeniem straty do rywali. To inny rodzaj presji, z którym musimy sobie radzić. Plus aspekty piłkarskie, które też nie wyglądają najlepiej.

A jak zmienił się przez te lata klub pod względem organizacji? Kiedyś wspominał mi pan, że dziesięć lat temu, gdy szefostwu Korony zgłosił pan brak klimatyzacji w szatni, przez co w ciepłe miesiące mieliście tam saunę, patrzyli pana jak na wariata, który zawsze musi się do czegoś przyczepić.

Dziś te kwestie wyglądają lepiej niż wtedy, gdy byłem tu w Ekstraklasie. Jest na przykład boisko treningowe z podgrzewaną instalacją. Przez te lata dużo się zmieniło. Korona ma innego właściciela, świadomość się poprawiła, świat też poszedł do przodu.

Co z tą Legią?

Wyjaśniał pan z Dariuszem Mioduskim, skąd nagła zmiana decyzji ws. pańskiego zatrudnienia w Legii?

Nie. Nie lubię się dopytywać o takie rzeczy. Jestem w Koronie i tu mam robotę do wykonania, a w Legii jest Vuko, mój kolega, podopieczny z Korony, i życzę mu, by szło mu jak najlepiej. Legia na teraz to dla mnie temat zamknięty, choć może kiedyś będzie jeszcze okazja tam wrócić? Wiadomo, jaki to klub, jakie ma ambitne cele. Każdy trener dąży do tego, by móc poprowadzić zespół z takimi ambicjami.

Nie czuł pan, że sama propozycja pracy na pół roku gdzieś uderza w pana? Że Legia widziała w panu potencjał na akcję ratunkową, ale na kolejny sezon, gdy aspiracje znów będą wysokie, już nie. Nie ubodło to w pana?

W ogóle, bo znam polskie realia. Wtedy, gdy rozmawiałem o przyjściu do Legii, drużynę miał docelowo przejąć Marek Papszun. Wiemy, jak to się skończyło. Wychodziłem z założenia, że wszystko jest możliwe. Że jeśli trener, który jest tu i teraz w Legii, będzie wygrywał seryjnie, pojawi się ciśnienie, by pracował dłużej. Teraz jest Vuko, który też wchodził na pół roku, a wcale nie jest powiedziane, że nie zostanie.

Gdy dostałem pierwszy sygnał z Legii, ona wciąż grała w europejskich pucharach i gwarantowała szansę wygrania czegoś jeszcze w tym sezonie – mam na myśli Puchar Polski. To sprawiało, że nawet w półrocznej perspektywie był to dla mnie ciekawy projekt. Dający możliwość zmierzenia się z tak dobrymi zawodnikami. Jeśli ja do każdego meczu podchodzę na zasadzie grania o zwycięstwo, łatwiej byłoby mi o realizację prowadząc Legię. Każdego trenera by to rajcowało.

Komentarze