Szalai: To dlatego zdecydowałem się na Pogoń. Kibice też mieli w tym udział [NASZ WYWIAD]

To jeden z najbardziej zaskakujacych transferów tego okienka w Polsce. Pogoń ściągnęła z Hoffenheim Attila Szalaiego, 53-krotnego reprezentanta Węgier, który niedawno miał świetny czas w Fenerbahce. Goal.pl jako pierwszy rozmawiał z węgierskim defensorem po jego przejściu do Dumy Pomorza.

Jan Bednarek i Attila Szalai
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Jan Bednarek i Attila Szalai
  • Reprezentant Węgier tłumaczy nam dlaczego przyjął propozycję z polskiej Ekstraklasy i z kim rozmawiał przed podjęciem ostatecznej decyzji w tej sprawie
  • Szalai opowiada co oznacza być piłkarzem Fenerbahce i jak to możliwe, że tak wielki klub nie zdobył mistrzostwa Turcji od ponad 10 lat
  • Nowy nabytek Pogoni wyjaśnia co się działo z jego zdrowiem ostatnio i jak się grało z takimi gwiazdami jak Kim, Ozil, czy Arda Guler

Pogoń Szczecin ma za sobą bardzo ciekawe okienko transferowe. Duma Pomorza sprowadziła interesujących graczy, a największym zaskoczeniem było przyjście na wypożyczenie Attili Szalaiego

Wprawdzie 28-letni środkowy obrońca nie dał sobie rady w Bundeslidze, ale wcześniej, w Fenerbahce, spisywał się znakomicie. Stąd właśnie transfer do Niemiec, za bardzo duże pieniądze, bo za takie trzeba uznać 12,3 mln euro wydane przez Hoffenheim. na węgierskiego stopera.

A dlaczego piłkarz, którym kiedyś interesowały się Chelsea i Atletico Madryt zdecydował się na Pogoń? O tym, ale i o wielu innych sprawach Szalai opowiedział w rozmowie z goal.pl. To jego pierwszy wywiad dla polskich mediów po przyjściu do Ekstraklasy.

Szybka i łatwa decyzja

Piotr Koźmiński, goal.pl: Jakie pierwsze wrażenia, z Pogoni, ze Szczecina, z Polski?

Attila Szalai: 

Bardzo dobre. Wprawdzie dopiero poznaję miasto, a zawsze na początku jest dużo spraw do załatwienia, jak choćby mieszkanie i inne niezbędne kwestie, ale jestem zadowolony z tego co tu zobaczyłem. No, może pogoda nas teraz nie rozpieszcza, ale jestem Węgrem, więc mrozy czy śnieg nie są mi straszne. Mam nadzieję na szybką aklimatyzację, chcę od razu pomagać drużynie. Tak naprawdę nie mogę się już doczekać niedzieli i pierwszego meczu.

Przyjście do Pogoni to była trudna, czy łatwa decyzja?

Tak naprawdę łatwa. Łatwa i szybka. Miałem bardzo fajne rozmowy z prezesem, dyrektorem, trenerem. Widziałem od pierwszej sekundy, że oni wszyscy bardzo mnie tu chcą. A to jest dla piłkarza niezwykle istotne. Opowiedziano mi o tym projekcie, o ambicjach klubu. Klubu, za którym stoi bardzo wielu kibiców. Ten plan wydał mi się bardzo interesujący. Oczywiście, sam też zasięgnąłem języka.

Wiem, że rozmawiałeś z Rajmundem Molnarem…

Tak, choć nie tylko z nim. Rozmawiałem też z kolegami, którzy wcześniej grali w Polsce. Praktycznie wszyscy mówili to samo: że polska liga bardzo mocno się rozwija, że idzie do przodu. Że jest tu coraz więcej dużych klubów z ambicjami. Infrastruktura, kibice… To wszystko przyciąga tu coraz więcej dobrych piłkarzy. 

To wyjaśnijmy jedną rzecz: bo krążyły plotki, że Pogoń bierze kontuzjowanego piłkarza. Z tego co wiem to jednak nieprawda.

Nie było kontuzji. Przez kilka dni miałem wirusa. Faktem jest, że czułem się słabo, nic nie mogłem jeść, miałem wszystkie klasyczne dolegliwości związane z tego typu wirusem. Schudłem kilka kilogramów, byłem nawet w szpitalu, żeby sprawdzić, czy wszystko już w porządku. Na szczęście to już poza mną. To był klasyczny, często spotykany wirus. Ale nie ma po nim śladu. Znów jestem w pełnym treningu.

Attila Szalai z dyrektorem Pogoni, Tanem Keslerem (z lewej) i Alexem Haditaghim, właścicielem klubu

Wspaniałe chwile w Fenerbahce

Nie ma wątpliwości, że twój najlepszy czas to 2,5 roku spędzone w Fenerbahce. W internecie jest popularny filmik, na którym widać, że płaczesz żegnając się z tym klubem. Aż tak wielkie były te emocje?

Tak, były wielkie. Przeżyłem tam wspaniałe chwile. OK, nie wygraliśmy mistrzostwa, ale zdobyliśmy na przykład Puchar Turcji, mieliśmy też dobre momenty w europejskich pucharach. Fenerbahce to wielki klub, mówi się, że ma 35-40 mln kibiców na całym świecie. Grać dla tych barw to coś niesamowitego. Tego się nie da wyrazić słowami. 

Pasja kibiców, cała otoczka. Naprawdę, słowa tego nie oddadzą. Jestem wdzięczny losowi, że dane mi to było przeżyć. Wiele osób pytało mnie później, czy nie żałowałem tego odejścia, pójścia do Hoffenheim. Tyle że…

 Po pierwsze to gdybanie. Nigdy nie wiesz, co by było gdyby. Po drugie, gra w jednej z lig top 5 była moim marzeniem od dziecka. A pójście do Bundesligi oznaczało jego spełnienie. Po trzecie wreszcie, Fenerbahce dostało wtedy za mnie bardzo dobre pieniądze.

Do Niemiec jeszcze przejdziemy, ale pozostańmy na chwilę w Stambule. Konsultowałem się  kwestii pytań z Krzysztofem Gerlakiem, polskim  fanem Fenerbahce. Zasugerował proste, a może właśnie trudne pytanie: jak to możliwe, że mające takie możliwości Fenerbahce od dawna nie może zdobyć mistrzowskiego tytułu?

Dobre pytanie. I raczej trudne, nie łatwe. Sam nie wiem, czy da się na nie w pełni odpowiedzieć. Ale prawdą jest, że to na swój sposób niezrozumiałe, że taki klub zdobył swoje ostatnie mistrzostwo w 2014 roku. W tym czasie wygrywało Galatasaray, Besiktas, Trabzonspor, Basakhesir, a Fenerbahce nie. Naprawdę ciężko to wytłumaczyć. 

Co do moich czasów. W pierwszym sezonie byliśmy naprawdę blisko, ale na dwie kolejki przed końcem przegraliśmy z Sivassporem u siebie i było pozamiatane. W drugim sezonie Trabzonspor był naprawdę dobry, wygrał ligę szybko, z dużą przewagą nad nami. 

W trzecim z kolei zawaliliśmy mecze derbowe. A z porażkami w derbach nie da się zdobyć mistrzostwa. Prawdą jest, że brak tytułu boli kibiców niesamowicie. Są przecież dzieci kibicujące Fenerbahce, które nie znają jeszcze smaku wygrania ligi, bo za ich życia nie miało to miejsca. To coś niebywałego.

Ozil? Ma też oczy z tyłu głowy

W Fenerbahce grałeś w obronie ze świetnym Koreańczykiem, Kimem. Jak wspominasz tę współpracę?

Bardzo dobrze. Z Kimem rozumieliśmy się nie tylko na boisku. Było dużo żartów, śmiechu, bardzo fajna energia między nami była. To super człowiek. Ale na boisku? Tam nie było zmiłuj. Na murawie Kim przemieniał się w potwora. Szybkiego potwora. Klasa piłkarz. Zresztą, o czym my mówimy. Grał potem w Napoli, teraz w Bayernie. Te nazwy mówią same za siebie.

Grałeś też z Mesutem Ozilem. Jakie wrażenia?

To była zabawna historia. My z Mesutem przyszliśmy do Fenerbahce niemal w tym samym momencie. To znaczy on podpisał umowę raptem tydzień po mnie. I wszyscy żyli jego transferem, nie moim. Ja zostałem totalnie zepchnięty w cień (śmiech). Nikt o mnie nie mówił. Tylko Ozil, Ozil, Ozil. 

Pamiętam, że jego lot do Turcji śledziła wtedy w necie jakaś rekordowa liczba ludzi (z danych flightradar 24 wynika, iż lot obserwowało w jednym momencie 312 tysięcy ludzi, to był rekord wszech czasów dla flightradar24 – przyp. red).

A piłkarz? Niesamowity! Dawał takie podania o jakich ktoś inny nawet by nie pomyślał. Widząc co potrafi, śmialiśmy się, że z tyłu głowy ma dodatkową parę oczu. Niestety, kontuzje nie pozwoliły mu pokazać w Fenerbahce pełni talentu.

Arda Guler? Od początku to było widać…

Byłeś też w jednym klubie z Ardą Gulerem, obecnie wschodzącą gwiazdą Realu Madryt.

Pamiętam jak pierwszy raz pojawił się na treningu. Jakie to było wątłe, chude! Ale wystarczyło, że dostał piłkę i szybko się zorientowałeś, że masz do czynienia z wielkim talentem. Zresztą, pokazuje to teraz w Realu Madryt.

Czyli od razu widać było, że Guler to top talent?

Tak, od razu. Ale tu nie tylko o talent chodzi. Miał też świetne podejście mentalne. Od początku chciał się uczyć jak najwięcej. Odnośnie tego jak się odżywiać, jak dobrze korzystać z siłowni. Ostro ruszył też z nauką angielskiego. A o sprawy boiskowe nie bał się pytać starszych graczy. Jego sukces wziął się nie tylko z wielkiego talentu, ale i bardzo mądrego, dojrzałego podejścia do kariery.

Był na listach Chelsea i Atletico Madryt

Wtedy, gdy byłeś w peaku formy, w mediach pojawiały się nazwy różnych wielkich klubów, do których miałeś rzekomo przejść. Barcelona, Chelsea, Atletico Madryt. Coś było na rzeczy czy to były jedynie plotki?

Ciekawe pytanie, ani tureccy, ani węgierscy dziennikarze nigdy mnie o to nie zapytali. Mam więc po raz pierwszy szansę się do tego odnieść. I chętnie to zrobię. Mam taką zasadę, że staram się być bardzo uczciwy, w komunikacji również… 

No więc tak… Często w mediach pojawiają się niesprawdzone rzeczy, zwłaszcza odnośnie transferów. No bo przecież nikt nie pójdzie z dziennikarzem do sądu za to, że podał informację o potencjalnym transferze. Nawet jeśli to była totalna nieprawda. 

A wiadomo jak jest. Trzeba sprzedawać gazety, czy pozyskiwać kliki. Powiem tak: szacunkowo to tak 70 procent tamtejszych informacji była nieprawdziwa. My na Węgrzech mówimy na to “kaczka”.

Ale my w Polsce też.

Aha. Ok. Natomiast w niektórych przypadkach coś na rzeczy było. To właśnie te 30 procent. Wiem, że Atletico Madryt i Chelsea obserwowały moje mecze. Wiem to od agentów, od trenerów. Natomiast… Czy to oznacza, że byłem bliski transferu? Nie, nie oznacza. 

Wyobrażam sobie, że na takiej liście na której niewątpliwie byłem, tak duży klub ma z 50 piłkarzy. A może nawet 100. I to, że ich skaut był na moim meczu niczego nie musi oznaczać. Bo ten sam klub tego samego dnia wysłał pewnie z piętnastu innych swoich skautów, aby obserwowali innych graczy. 

Tak więc prawda jest taka, że nie miałem ofert z tych wielkich klubów. Było tylko i wyłącznie jakieś wstępne zainteresowanie. Bo prawda jest prosta: gdyby to były konkretne propozycje, to bym tam poszedł na piechotę. Nikt by mi nie musiał załatwiać transportu nawet.

Na (pełną) rozmowę o Bundeslidze za wcześnie

Z Fenerbahce, jak wspominaliśmy, przeszedłeś do Hoffenheim. Dlaczego przygoda z Bundesligą była aż tak nieudana? Ciężko to zrozumieć po tym super okresie w Turcji…

Na ten moment nie chciałbym mówić o wszystkich szczegółach. Mam jeszcze 1,5 roczny kontrakt z Hoffenheim. Nie chodzi o to, by uchylać się od odpowiedzialności czy przerzucać ją na innych. Mogę jedynie powiedzieć, że w tamtej sytuacji nałożyło się wiele czynników i nie wszystkie zależały wyłącznie ode mnie. Ale, jak to mówimy na Węgrzech, nadejdzie dzień, w którym będę w tej sprawie mógł nalać czystą wodę do szklanki. 

Z Hoffenheim było wypożyczenie do Freiburga. Tam w pierwszym meczu popełniłem duży błąd, po którym straciliśmy gola i trener szybko przestał na mnie stawiać. Pewnie, że chciałem rozegrać w Bundeslidze więcej meczów, że nie poszło to po mojej myśli. Choć na pięć meczów w barwach Hoffenheim, w których wziąłem udział, wygraliśmy trzy. A ja wcale nie grałem źle.

Attila Szalai (z lewej) vs Harry Kane
Foto: Gabriella Barbara/Alamy/ Attila Szalai w walce z Harry Kane’m

Rozegrałeś też wiele meczów w reprezentacji Węgier. Na ile jesteś zadowolony z tej części kariery? Dane ci było zagrać dwa razy na EURO…

Mam na koncie 53 występy w reprezentacji i jestem z tego niezwykle dumny. To realizacja dziecięcego marzenia. A w tych występach zawiera się wiele fajnych chwil, meczów. Zdarzało nam się pokonać Anglię 4:0, wygrać z Niemcami… 

Jak też powiedziałeś, dwa razy grałem na EURO. Za pierwszym razem trafiliśmy do grupy śmierci,z Portugalią, Francją i Niemcami. Wieszczono, że skończymy z zerowym dorobkiem. A my zdobyliśmy dwa punkty, remisując z Francją i Niemcami. A w tym drugim meczu omal ich nie pokonaliśmy na ich Allianz Arenie, bo wyrównali dopiero pod konie meczu.

Za drugim razem na EURO, dzięki wygranej w ostatnich sekundach ze Szkocją, tych punktów mieliśmy trzy i niewiele zabrakło do awansu. Natomiast niespełnionym moim marzeniem jest udział w mistrzostwach świata. Nas, Węgrów, nie ma na tym turnieju już od 40 lat! Po raz ostatni wystąpiliśmy w 1986 roku.

Teraz byliśmy bardzo bliscy awansu do baraży, ale w dramatycznych okolicznościach odpadliśmy po 2:3 z Irlandią u siebie. Nie możemy przeboleć tego meczu. Ani piłkarze, ani kibice, cały kraj nie może tego przeboleć. Ale nie zrezygnujemy. Będziemy się bić o kolejny mundial.

„Nigdy nie odpuszczam”

No właśnie. A propos tego bicia, choć może niedosłownie. Wielu cię chwali za twój waleczny charakter, za duszę wojownika.

Już taki jestem. Walczę dla koszulki, w której gram. Nie odpuszczam, nigdy. Taki byłem, jestem i będę. Zawsze będę się starał, żeby coś jeszcze poprawić, ulepszyć. 

Jeszcze co do reprezentacji Węgier. Miałeś okazję zagrać przeciw Polsce.

I to dwa razy. U nas było 3:3. Co to był za mecz! Pamiętam, że obiecywaliśmy sobie, że nie zostawimy Lewandowskiemu nawet jednego centymetra wolnej przestrzeni. No, ale w pewnym momencie nie udało się i Robert załadował nam gola prosto w okienko. Choć rewanż wygraliśmy z Polską 2:1. Czyli, cztery punkty w dwóch meczach. To nie tak źle.

Kończąc, wróćmy jeszcze do Pogoni. Kibice tego klubu są bardzo zadowoleni, że przychodzisz, ale obawiają się, że za pół roku już cię nie będzie, bo polski klub nie ma klauzuli wykupu. Ja tymczasem jestem zdania, że nie ma się co martwić na zapas, bo nie wiadomo, co lato przyniesie…

Dokładnie tak. Futbol przynosi czasem zupełnie niespodziewane rozwiązania, niczego nie można wykluczyć. Nie ma sensu teraz myśleć co będzie latem, bo tego nikt z nas nie wie. Skupiam się na tym co tu i teraz. Bardzo chcę pomóc Pogoni, pokazać moją najlepszą wersję. 

Ujął mnie klub, ale ujęli też kibice. Dostałem mnóstwo wiadomości w social mediach, sporo fanów przy okazji treningów robiło już sobie ze mną zdjęcia. Widać, że ludzie żyją tu klubem. Chcę w tym uczestniczyć i dać im jak najwięcej radości. 

Tylko u nas