Pozwólcie, że na moment wrócę do piątkowego odwołanego meczu w Radomiu, a raczej do tego, co wydarzyło się już po samym spotkaniu. Miał być mecz, miało być święto, a skończyło się na ciemnościach w Radomiu i – co gorsza – na bardzo gorzkiej dyskusji o tym, czym właściwie jest dzisiejszy sport. Czy to jeszcze rywalizacja ludzi z krwi i kości, czy już tylko cyrk, w którym małpka ma tańczyć, dopóki gra muzyka?
Pretekstem do dzisiejszego tekstu jest odwołany mecz Radomiaka z Arką Gdynia. Ale tak naprawdę nie chodzi o zgaszone światło na stadionie, ale o to, co wydarzyło się w studiach telewizyjnych i internecie chwilę później.
Czytaj również:
- Relacja z konferencji prasowej trenera Mariusza Jopa
- Wywiad z Angelem Radado tuż przed wznowieniem rozgrywek
- Wywiad z nowym z kapitanem Ruchu Chorzów
- Wywiad z prezesem Polonii Bytom
Zderzenie dwóch światów
Z jednej strony mamy trenera Arki, Dawida Szwargę. Człowieka, który widzi swój zespół nie jako tabelki w Excelu, ale jako grupę zmęczonych facetów, którzy od tygodni żyją na walizkach. Po odwołanym spotkaniu rzucił krótko, ale dosadnie: „Moi piłkarze są już 21 dni poza domem”. To nie jest narzekanie rozkapryszonej gwiazdy. To stwierdzenie faktu. Prawie miesiąc w hotelach, z dala od żon, dzieci, własnego łóżka. Każdy, kto kiedykolwiek wyjechał w delegację dłuższą niż tydzień, wie, jak to ryje beret.
Ale wtedy wchodzi on, cały na biało – Łukasz Kadziewicz. I zamiast zrozumienia, dostajemy zimny prysznic. Były siatkarz, komentując tę sytuację, nie bawił się w dyplomację. Jego zdanie brzmiało mniej więcej tak: „Jesteście od robienia show. Kibica to nie obchodzi”.
I tutaj muszę powiedzieć głośne: STOP.
Nie zgadzam się na odczłowieczanie.
Rozumiem, że sport to biznes. Rozumiem, że kibic płaci i wymaga. Ale czy ten bilet wstępu upoważnia nas do traktowania zawodników jak maszyn? Czy naprawdę doszliśmy do momentu, w którym przyznanie się do zmęczenia, do tęsknoty za rodziną, jest traktowane jak słabość i brak profesjonalizmu?
Kadziewicz twierdzi, że kibica to nie obchodzi. Ja twierdzę, że mądrego kibica to obchodzi. Bo mądry kibic wie, że na boisku (czy parkiecie) biega człowiek. Człowiek, który może mieć gorszy dzień, któremu może urodziło się dziecko i go nie widzi, albo któremu po prostu „siadła” głowa od ciągłej presji.
Show to nie wszystko
Sportowcy to nie aktorzy w filmie, który można przewinąć. To nie postacie z gry FIFA, którym pasek energii odnawia się po jednym kliknięciu. Mówienie im „róbcie show i siedźcie cicho” to sprowadzanie ich roli do produktu. A ja, jako ktoś, kto kocha sport, nie chcę oglądać produktów. Chcę oglądać ludzi – z ich siłą, ale i z ich słabościami. Dlatego staję murem za trenerem Szwargą i jego piłkarzami. Mają prawo czuć się zmęczeni. Mają prawo tęsknić za domem po 21 dniach tułaczki. A my, zamiast ich biczować, powinniśmy to po prostu uszanować. Bo bez tej ludzkiej twarzy ten cały „show”, o którym mówi Kadziewicz, staje się po prostu pusty.
W życiu dziennikarza często jest tak, że wie się więcej, niż można byłoby napisać. Funkcjonując w tym środowisku, nagle dowiadujesz się, że ojciec tego piłkarza jest chory albo dziecko tego zawodnika zmaga się z jakąś ciężką chorobą. Jedne historie wychodzą na światło dzienne, inne nie. Pewnie koledzy z branży mogą się ze mną zgodzić, że wielokrotnie mogliby napisać tekst, który klikałby się bardzo dobrze, ujawniając prywatne sprawy jakiejś znanej osoby, ale przez zwykłą życzliwość tego nie zrobili.
Pamiętam, jak kilka lat temu w Krakowie, w okolicy gdzie mieszkam, została otwarta siłownia. Była dosłownie oddalona od mojego miejsca zamieszkania o kilkaset metrów. Pomyślałem sobie, że to super opcja, że nie muszę już chodzić na treningi na siłkę w pobliżu mojej pracy, tylko kiedy będę wracał do domu, to trening zrobię już praktycznie pod moim domem.
Wiadomo, że jako osoba niewidoma nie wszedłem sobie ot tak z ulicy i powiedziałem: „siema, chcę tu chodzić na treningi”. Na początku grzecznie zadzwoniłem, powiedziałem, jaka jest sytuacja i że chciałbym przyjść porozmawiać i sprawdzić, czy to miejsce jest w ogóle dla mnie dostępne. Spotkałem się z bardzo miłą panią, która dokładnie oprowadziła mnie po całym obiekcie, wszystko dokładnie pokazując. Na koniec podpisałem umowę i wszystko wydawało się przepięknie, do momentu telefonu, który otrzymałem po kilku godzinach.
– Witam Panie Marcinie, z tej strony menedżer siłowni, niestety doszło do pomyłki i nie może pan korzystać z naszego obiektu, gdyż nie jesteśmy w stanie zapewnić panu bezpieczeństwa.
To było już jakiś czas temu, byłem sporo młodszy, na pewno nie tak doświadczony przez los jak obecnie. Wiadomo, że na początku się mocno wkurzyłem, ale postanowiłem podejść do tego na spokojnie. Spotkać się, pogadać, pokazać, że niewidomi mogą żyć normalnie, że wyjście na siłownię to nie są Himalaje możliwości. Nie przedłużając – moje spotkanie zakończyło się totalną klapą. Nic nie wskórałem, na koniec usłyszałem, że to obiekt prywatny i nie mają obowiązku mnie wpuścić.
Tak sobie myślę, że może jak pójdę kiedyś do restauracji, to kelner powie, że mnie nie obsłuży, bo mogę sobie palce poucinać nożem?
Po drugiej stronie też jest człowiek
Dobra, ale ja nie o tym. Sorry, jak sobie to przypomniałem, to skoczyło mi ciśnienie, ale do brzegu. Po tej sytuacji napisałem dość emocjonalny wpis na Facebooku opisujący całą sytuację. Byłem mocno rozżalony, że w taki sposób zostałem potraktowany. Sprawą zainteresowały się media i wydaje mi się, że zrobiliśmy wiele dobrego dla środowiska osób niepełnosprawnych, pokazując, że mimo problemów można żyć normalnie. Niestety nie wszystkie media podeszły do tego w taki sposób.
Mówiąc wprost: dałem się wykorzystać jednej z redakcji, która wykorzystała mnie i moją historię, żeby przywalić kilka mocnych tytułów. Kiedy zorientowałem się, o co naprawdę chodzi dziennikarzowi i co było jego celem, pokazał swoją prawdziwą twarz, mówiąc wprost, że jeśli nie będzie sensacji, to to się nie będzie klikać.
Rozumiecie, o co mi chodzi? W dupie miał prawdziwy problem, dla niego też liczyło się, żeby zrobić show. Dla niektórych ludzi ze świata mediów chęć klików jest tak wielka, że często mam wrażenie, iż trwa konkurs: kto w kogo mocniej przywali, kto kogo mocniej zgnoi. A my, jak ten zdziczały tłum, oklaskujemy tych, którzy często nie mają za wiele ciekawego do powiedzenia poza tym, że są mocno kontrowersyjni.
Sam jestem osobą z dużym poczuciem humoru. Zresztą, piłkarze Radomiaka i Arki, serio? Nie byliście w stanie zagrać meczu w ciemnościach? Przecież dla niektórych, w tym dla autora tego tekstu, to dzień jak co dzień.
Wracając jednak do mojej myśli: lubię oglądać programy, gdzie panuje szydera, luźna atmosfera, ale kiedy ta granica zostaje przekroczona, mówię po prostu: stop. Taki skromny apel z mojej strony: czasami, zanim weźmiemy klawiaturę pod palce i zanim zaczniemy jechać z tym czy z tamtym, pomyślmy sobie, że po drugiej stronie jest przecież człowiek. Tak jak powiedziałem – nie chodzi o to, żeby mieć kija wiecie sami gdzie, ale nie przekraczać pewnej granicy.
W tym miejscu przypomniała mi się mocno zabawna sytuacja. Część może wie, część dowie się teraz: poza dziennikarstwem w życiu gram w piłkę nożną osób niewidomych, w blindfootball. Kiedyś zgłosiła się do nas jedna redakcja z chęcią zrobienia artykułu o naszej dyscyplinie. Dziewczyna, która przyszła do nas na wywiad, mówiąc delikatnie, nie posiadała większej wiedzy. Mówiąc wprost – nie przygotowała się do tego wywiadu. Jedno z pytań, które mi zadała, brzmiało: co liczy się najbardziej w naszej dyscyplinie? Na to ja odpowiedziałem, że na pewno przegląd pola.
I wiecie co? Ona to serio napisała i poszło to do gazety.
Powrót na Reymonta
Dzisiaj do gry wraca Wisła Kraków. Lider rozgrywek pierwszej ligi. Z dużą pokorą czekam na pierwszy gwizdek, zdając sobie doskonale sprawę, że gdzieś na stadionie przy Reymonta piłkarscy bogowie w jakimś dużym, śmierdzącym wiadrze mogą już moczyć szmatę, którą poczęstują prosto w twarz sympatyków „Białej Gwiazdy”. A może będzie tak, że Wisła zleje Tyszan jak np. ŁKS czy Śląska w rundzie jesiennej?
Dodatkowym smaczkiem tego meczu będzie postać Igora Łasickiego. Przypomnijmy, że jego kontrakt skończył się z końcem grudnia i z Wisły przeniósł się właśnie do GKS-u. Igor spędził w Krakowie 3,5 sezonu. Powiem wam, że jako dziennikarz miałem okazję współpracować naprawdę z wieloma osobistościami. Jednych, których pamiętam z boiska jako legendy, których nazwisko skandowałem na meczach, w bliskim spotkaniu okazywali się… no właśnie. Wolę ich zapamiętać z gry, a nie z zachowania.
Z Igorem rozmawialiśmy pewnie kilkanaście razy, ale świetne było to, że często po moich pytaniach on sam zadawał ich sporo. Jadąc z nim na wywiad, po prostu wiedziałem, że w razie czego pomoże ślepakowi, podprowadzi, po prostu poda pomocne ramię. I to nie tak, że nie mogłem mu zadawać trudnych pytań. Powiem więcej – kiedy Wisła przegrywała, to właśnie Igor był zawodnikiem, który bez problemu odpisywał na wiadomość czy odbierał telefon.
Igor, dzięki za te wszystkie rozmowy, niech ci się wiedzie, ale mam nadzieję, że nie ubiłeś żadnego interesu z piłkarskimi bogami.
Marcin Ryszka









