Status związku – to skomplikowane. Dlaczego kibice BVB przestali kochać Erlinga Haalanda?

Erling Haaland
Pressfocus Na zdjęciu: Erling Haaland

Borussia Dortmund rozbiła VfL Wolfsburg 6:1, a Erling Haaland trafił do siatki po raz pierwszy od 449 minut. Jednak ani Norweg specjalnie nie świętował swojego trafienia, ani też kibice BVB nie fetowali jego przełamania. Obie strony są już ewidentnie zmęczone sobą nawzajem. Dlaczego?

  • Norweski napastnik od stycznia 2020 miał aż osiem urazów i opuścił prawie 30 spotkań BVB
  • Haaland wciąż zwleka również z określeniem, czy zostanie w Dortmundzie na przyszły sezon
  • Sporo zamieszania również wprowadza jego otoczenie – ojciec Alf-Igne i agent Mino Raiola

Kto na kim wywierał presję

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że norweski napastnik w Dortmundzie obecny jest już tylko ciałem. Uwiera go żółto-czarny trykot BVB, dusi dortmundzkie powietrze. Na początku roku wykazywał jeszcze jakiekolwiek chęci do gry (trzy gole w trzech pierwszych meczach). Później jednak przyszła kontuzja mięśni (już ósma, od kiedy występuje na Signal-Iduna Park). Bezradny Erling Haaland mógł zatem tylko patrzeć, jak jego koledzy sensacyjnie odpadają z Ligi Europy z Rangers FC w fazie play-off (2:4 i 2:2). Gdy w marcu wrócił do zdrowia, nagle się strzelecko zaciął. Podopieczni Marco Rose z kolei tylko zremisowali z 1.FC Koeln 1:1 i polegli z RB Lipsk 1:4, definitywnie grzebiąc swoje szanse na mistrzostwo Niemiec. Dobiega końca zatem trzeci sezon Haalanda w Borussii, a jedyne trofeum jakie 21-latek zdobył z tym zespołem to Puchar Niemiec w sezonie 2020/2021.

O tym jednak, że coś się psuje w tych, zdawałoby się do tej pory, wzorowych relacjach, między klubem a zawodnikiem, mogliśmy się przekonać w styczniu, kiedy 17-krotny reprezentant Norwegii zaatakował dortmundzkich włodarzy po wygranym meczu z SC Freiburg 5:1 w 19. kolejce Bundesligi. – W ostatnich miesiącach, z szacunku do Borussii, postanowiłem nic nie mówić. Teraz jednak klub zaczął na mnie naciskać, abym podjął decyzję, narażając mnie tym samym na presję. A ja chcę tylko grać w piłkę – powiedział przed kamerami Viaplay.

Słowa rosłego napastnika wywołały ogromne zdziwienie w gabinetach działaczy. – Stwierdzenie, że Borussia postawiła Haalandowi jakiekolwiek ultimatum to bzdura. Nie ma jeszcze żadnego terminu – powiedział w rozmowie z ARD, dyrektor zarządzający BVB, Hans-Joachim Watzke. Dyrektor sportowy, Sebastian Kehl z kolei dodał: – Byłem zaskoczony tym, co powiedział Erling po meczu. Widać, że jego komentarze wywołały poruszenie. Decyzji nadal nie ma. W ciągu kilku dni skorzystam z okazji, aby zapytać co go dręczy i dlaczego czuł potrzebę rozmowy o presji zaraz po meczu. Ja nie patrzę bowiem na to w taki sposób.

Mleko się jednak rozlało i Haaland nie mógł już opędzić od pytań o cel swojej wypowiedzi. W końcu nie wytrzymał i poinformował: – Nie chcę już o tym mówić, ale to był czas, kiedy musiałem się wypowiedzieć. Wielu innych ludzi zajmowało pozycję w tej sprawie i tyle. Teraz nie chcę już na ten temat mówić. Powiedziałem, co powiedziałem. Czas, by zostawić to za sobą. Tydzień po tym pamiętnym wywiadzie, doznał kontuzji w rywalizacji z TSG Hoffenheim, która wykluczyła go z gry na prawie dwa miesiące. A gdy już wrócił na boisko w połowie marca, nic już nie było takie jak przedtem.

Przeczytaj również: BVB zdemolowało Wolfsburg, przełamanie Haalanda, gol 17-latka

Piłkarz ze szkła i czerwony ołówek

Jeżeli nawet władze BVB wywierały presję na Haalandzie, to w swoim mniemaniu, w słusznym celu. Dortmundzki zespół nie rozpieszczał ostatnimi czasy swoich pupili sukcesami na arenie międzynarodowej. Bieżący sezon to wspomniana już kompromitująca przegrana z The Gers w Lidze Europy. W ubiegłych rozgrywkach, Borussia po zaciętej walce, ale jednak odpadła w dwumeczu ¼ finału Ligi Mistrzów z Manchester City (1:2 i 1:2). Z kolei na 1/8 finału kończyła swoją przygodę z Champions League w 2020 (2:1 i 0:2 z PSG) i 2019 r. (0:3 i 0:1 z Tottenhamem). Prawdziwą klęską zaś był udział w kampanii 2017/2018, w której dortmundczycy w grupie z Realem Madryt, Tottenhamem i APOEL Nikozja zdobyli ledwie dwa „oczka”, a mistrzów Cypru wyprzedzili tylko dzięki korzystniejszej różnicy bramek. Z UEFA na Rheinlanddam 207-209 nie płynął zatem w ostatnich latach strumień pokaźnej gotówki.

Brak sukcesów na arenie międzynarodowej i oczywiście skutki pandemii sprawiają, że sytuacja finansowa w Dortmundzie nie jest zbyt wesoła. Straty za rok obrotowy 2020/2021 oszacowano na 75 mln euro. – Jeśli nagle zabraknie ci pokaźnych dochodów z Ligi Mistrzów, nie możesz sobie pozwolić na taki skład, jaki my mamy. Używasz więc czerwonego ołówka i dokonujesz cięć – mówił w zeszłym roku, na łamach „Kickera”, Watzke. Latem 2021 udało się pozyskać 90 mln euro z tytułu transferu Jadona Sancho do Manchester United. Wiadomo, że ze względu na „bogatą” kartotekę pacjenta, za Haalanda żółto-czarni dostaliby znacznie mniej, ale wciąż wystarczająco dużo, aby przykryć ostatnie straty. Tyle, że od stycznia to Haaland postanowił, że na złość babci odmrozi sobie uszy i sam zaczął odwlekać w nieskończoność moment podjęcia decyzji dotyczącej swojej przyszłości.

Specjalistyczny portal transfermarkt.de wycenia Norwega na 150 mln euro. Jeżeli pod uwagę bralibyśmy tylko i wyłącznie umiejętności, nie ma wątpliwości, że wychowanek Bryne FK jest absolutnie wart tych pieniędzy. Sęk w tym, że Haaland to piłkarz kryształowy i od stycznia 2020, kiedy po raz pierwszy pojawił się w Niemczech, zdążył opuścić z powodów zdrowotnych już 28 spotkań. Dla porównania, o 12 lat starszy Robert Lewandowski w analogicznym okresie pauzował jedynie w 12 grach.

Haaland niczym Cristiano Ronaldo, ma obsesję na punkcie swojego ciała. Na co dzień pracuje nawet z prywatnym fizjoterapeutą, Johnem Haddadem. A jednak mimo to, co jakiś czas łapie urazy. Nie są to kontuzje poważne, przewlekłe, które wykluczałyby by go z gry na kilka miesięcy. Najdłuższa przerwa w występach to wspomniany uraz mięśnia włóknowego ze stycznia, przez który rosły atakujący pauzował przez 43 dni. Niemniej, w kontekście walki na kilku frontach, potencjalny pracodawca dwa razy zastanowi się czy płacić gigantyczne pieniądze za gracza, który w godzinie próby może nie być zdolnym do gry.

Sam Haaland jest już tak sfrustrowany urazami, że chwyta się różnych metod, aby z nimi wygrać. Niedawno poprosił władze Borussii, aby nie informowały publicznie o jego kontuzjach. Z kolei, gdy w marcu wrócił ze zgrupowania reprezentacji Norwegii z urazem kostki, nie zdecydował się na badania rezonansem magnetycznym, tylko grał na środkach przeciwbólowych. – Nie możesz wsadzić gościa do maszyny rezonansowej, jeśli on tego nie chce – rozkładał bezradnie ręce trener Marco Rose. Faktem jest jednak, Haaland spisał się nieźle w rywalizacji z VfB Stuttgart (2:0), mimo faktu, że nie był w 100% gotowy do gry.

Przeczytaj również: Haaland porozumiał się z gigantem, zmiana klubu kwestią czasu

Żądza pieniądza

Oczywiście cykliczne przerwy w grze Norwega, denerwują sympatyków żółto-czarnych, ale nie to jest głównym powodem ich coraz większej niechęci do Haalanda. Kibice też chcieliby w końcu wiedzieć, na czym stoi ich ukochany klub. Wspominaliśmy już, że kwota 150 mln euro jest absolutnie nierealna. Borussia na swoim asie zarobi “jedynie” 75 mln euro, bo taka klauzula uruchamia się w kontrakcie Norwega po 30 czerwca 2022. To też niemałe pieniądze, które pomogłyby Borussii w wypełnieniu licznych luk w składzie. Dortmundczycy za tą kwotę mogliby sobie pozwolić na realizację transferowych celów, a więc kupna środkowego obrońcy (Nico Schlotterbeck z SC Freiburg) oraz przede wszystkim nowego napastnika. Celem numer jeden BVB jest rewelacyjny atakujący RB Salzburg, Karim Adeyemi. Jednak w razie fiaska tej transakcji, 8-krtoni mistrzowie Niemiec mogą zadowolić się bohaterem fazy grupowej Ligi Mistrzów, Sebastianem Hallerem z Ajaksu Amsterdam bądź też Patrickiem Schickiem z Bayeru Leverkusen.

Sęk w tym, że najbliższe otoczenie Haalanda, a więc jego agent Mino Raiola oraz ojciec Alf-Igne jest wyjątkowo chciwe i ich finansowe żądania niejednego zdążyły już odstraszyć. „Bild” informuje, że włoski menedżer za podpis klienta ma żądać 40 mln euro, zaś ojciec zawodnika 30. Sam Haaland zaś oczekuje zarobków w wysokości 40 mln euro. Potencjalny kupiec łącznie musiałby więc wyłożyć na stół ok. 335 mln euro! I właśnie te kosmiczne oczekiwania sprawiły, że chętni, jeden po drugim, wycofywali się z negocjacji, a pogarda fanów do Norwega tylko rosła.

Te kwoty to szaleństwo! Nawet nie zbliżymy się do tego – zapowiedział menedżer Liverpool FC, Juergen Klopp. Bayern Monachium z kolei w specjalnym oświadczeniu napisał: „Pensja rzędu 40 mln euro zniszczyłaby naszą strukturę płacową”. Real Madryt teoretycznie mógłby spełnić finansowe oczekiwania Haalanda i spółki, ale Królewscy są aktualnie skupieni na tym, aby zapewnić, nomen omen, królewskie warunki Kylianowi Mbappe, finansowo zbliżone do oczekiwań Norwega. Transfer do Los Blancos odradza zresztą zawodnikowi…Gerard Pique, który na twitchu Ibaia Llanosa powiedział: – Gdybym był Haalandem i chciał wygrywać trofea, zarówno klubowe, jak i indywidualne, nie przeniósłbym się do drużyny, w której gra już Mbappe. Między bajki można też włożyć informacje o zainteresowaniu FC Barcelona, która musiałaby się pozbyć połowy kadry, aby sprostać płacowym wymaganiom blondwłosego piłkarza. W grze pozostaje zatem Manchester City.

Ostatnie występy Obywateli (porażka 2:3 z Liverpool FC w ½ finału FA Cup, wymęczony awans do ½ finału Ligi Mistrzów po starciu z Atletico Madryt), dały do myślenia Pepowi Guardioli, że stosowanie z uporem maniaka systemu z fałszywym atakującym do niczego dobrego nie prowadzi. Hiszpańskiemu menedżerowi potrzebny jest więc gracz silny i wytrzymały, którego działania koncentrowałyby się wyłącznie w polu karnym i okolicach. Ów gracz w zasadzie przez cały mecz mógłby być niewidoczny, ale najważniejsze, żeby w kluczowym momencie był w stanie wepchnąć piłkę do siatki. Obecnie w kadrze MC jest tylko jeden klasyczny napastnik (Gabriel Jesus), ale na jego występy w tym sezonie należy spuścić zasłonę milczenia. W związku z tym, właściciele The Citizens nie będą szczędzić grosza na klasowego snajpera. Haaland ma otrzymać na Etihad Stadium 5-letni kontrakt i tygodniówkę rzędu 500 tys. funtów, co uczyni zeń najlepiej zarabiającego piłkarza w Premier League (do tej pory na szczycie tej listy był Kevin de Bruyne, zarabijący 380 tys. funtów).

„Bild” jednak informuje, że problemem w szybkim porozumieniu z mistrzami Anglii może być fakt, że otoczenie Haalanda i dortmundzkie władze nie grają ostatnimi czasy do jednej bramki, w ogóle nie ze sobą nie rozmawiając. – BVB nie mogło nawet spokojnie pracować w drugiej połowie sezonu. Wyobrażam sobie, że wiele osób w Dortmundzie odczuje ulgę, gdy w końcu nastanie jasność. To naprawdę staje się nie do zniesienia. Kto zbiera te wszystkie miliony – ojciec, agent, on sam? W grę wchodzą sumy, które naprawdę przyprawiają o zawrót głowy. To nie ma już wiele wspólnego z futbolem – powiedział dziennikarz „Bilda”, Alfred Draxler w programie „Die Lage der Liga”. I jak tu się nie dziwić negatywnemu nastawieniu kibiców do swojej największej gwiazdy? Tym bardziej, że Haaland senior i Raiola od dłuższego czasu odbywają tournée po Europie w celu wytransferowania Erlinga, mimo faktu, że ten ma przecież kontrakt ważny do 30 czerwca 2024.

Przeczytaj również: Gigant odpuszcza Haalanda. “Wymagana kwota to szaleństwo!”

Prywatny mecz Haalanda

Nie ma też się co dziwić, że sobotni występ Haalanda w historycznym meczu dortmundczyków (nikt bowiem w annałach Bundesligi nie prowadził do przerwy aż 5:0) przeszedł raczej bez echa. – Haaland był naprawdę szczęśliwy. Jednak jego relacja z trybuną południową uległa ochłodzeniu. Jest to trudne dla obu stron. Fani BVB czekają bowiem na to, kiedy i gdzie odejdzie oraz ile klub na nim zarobi – opisywał inny z dortmundzkich żurnalistów, Jörg Weiler w programie „Die Lage der Liga”.

A przecież jeszcze w 2020 r., gdy Haaland miał okazję zadebiutować na Signal-Iduna Park, podekscytowany podkreślał, jak wielkim zaszczytem dla niego było grać przed tak fanatyczną publicznością. – Szczerze mówiąc to był jeden z najwspanialszych momentów w moim życiu. Oglądanie słynnej „żółtej ściany” i słuchanie śpiewu fanów było niesamowite. To przyprawiło mnie o gęsią skórkę – powiedział. Kibice z miejsca pokochali walecznego i potężnego Norwega, który seryjnie strzelał gole (do tej pory 82 trafienia w 85 meczach). Pazerność na pieniądze, brak szybkiego określenia co do swojej przyszłości, a także liche zdrowie sprawiło jednak, że to uczucie z biegiem czasu wygasło.

Borussia Dortmund w tym sezonie nie walczy już o żadne trofeum. Ale Erling Haaland wciąż może starać się choćby o częściowe odzyskanie zaufania fanów BVB.

Przeczytaj również: Haaland tylko dla nielicznych: ewentualne koszty transferu szokują

Komentarze