Olkiewicz w środę # 19. Plan minimum? Ciułać punkty, by nie być losowanym razem z Lincoln Red Imps

Lech Poznań - Karabach Agdam
PressFocus Na zdjęciu: Lech Poznań - Karabach Agdam

Od dawna stoję na stanowisku, że jedyną rozsądną i uzasadnioną doświadczeniem ścieżką życiową pozostaje minimalizm. Ludzie kierujący się w życiu zasadami minimalizmu najrzadziej przeżywają rozczarowania, najczęściej spotykają ich miłe niespodzianki, najczęściej dostępują zaszczytu histerycznej radości po kompletnie nieoczekiwanym dużm sukcesie. Oczywiście najłatwiej przychodzi im również pogodzenie się z porażkami, a także wstawanie z kolan po kolejnych upadkach, które są pewne w życiu każdego człowieka, a nawet biorobota czy reptilianina.

Dlatego też uważam, że Lech Poznań już wykonał plan minimum na tę kampanię w europejskich pucharach i mówię to z pełnym przekonaniem. Momentami tego nie dostrzegamy, momentami żyjemy złudzeniami, ale musimy się w końcu zmierzyć z prawdą, musimy w końcu stanąć z nią w szranki. Długo zastanawiałem się po losowaniu rywali, tak dla Lecha Poznań w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, jak i dla pozostałych pucharowiczów. Czym ten los nas znowu tak pokarał? Czemu Lech znowu dostał Golden State Warriors całego regionu kaukaskiego? Czemu w dalszej rundzie czeka już zespół z tej obrzydliwie bogatej i nieprzeciętnie stabilnej Szwajcarii? Dlaczego coraz częściej już te pierwsze przeszkody pucharowe to dla polskich klubów nie wolne losy do obijania, pokroju tych wszystkich Lincolnów Red Imps, tylko mocni rywale, którzy poważnie myślą o fazie grupowej nie tyle Ligi Europy, co po prostu Ligi Mistrzów.

Odpowiedź jest oczywiście zawarta w magicznych rankingach i cyferkach, które wracają do nas mimo wszystko dość rzadko, najczęściej przy budowie rozstawień oraz właśnie przy samych losowaniach. Potem na trochę o tym zapominamy, a moim zdaniem, w taki dzień jak dzisiaj, dzień po zwycięstwie Lecha nad Karabachem – powinniśmy przypominać. Karabach, 69. w klubowym rankingu UEFA na 90minut.pl. Przed Midtjylland, przed Realem Sociedad, przed Łudogorcem, Spartą Praga, Besiktasem. Długie lata gromadzenia punktów rankingowych, długie lata budowania swojej pozycji – mozolnie, punkcik po punkciku, zwycięstwo po zwycięstwie. Lech Poznań. 214. miejsce. Za Europą FC z Gibraltaru. Za HB Torshavn z Wysp Owczych. Za Petrocubem Hincesti z Mołdawii. Przepaść to trochę mało powiedziane.

Zdaję sobie sprawę, z czego to wynika – w Polsce trochę “płacimy cenę” za wyrównany poziom rozgrywek. W państwach zdominowanych przez 2-3 kluby, zazwyczaj te 2-3 kluby ciągną jednocześnie i ranking krajowy, i swoje współczynniki, pozwalające im na bardziej korzystne rozstawienia, a bardziej korzystne rozstawienia – na więcej zwycięstw w kolejnych latach. Wiele razy opisywaliśmy, że Legia Dundalk w meczu o Ligę Mistrzów mogła dostać po długich sezonach budowania swojej pozycji m.in. w meczach z Aktobe, Lokeren czy Zorią Ługańsk. By móc budować swoją pozycję – musiała przede wszystkim rokrocznie w Europie grać, czego Lech na przykład dokonać nie był w stanie, właśnie z uwagi na wyrównaną ligę, bez typowej trójki dominatorów. Ale to tym bardziej wzmacnia wagę takich meczów jak wczorajszy, to tym bardziej pokazuje, jakże istotny, jakże ważny jest ten pierwszy krok.

Polski futbol klubowy spoczął na dnie, nie mam co do tego większych wątpliwości. Pokazuje to właśnie sposób, w jaki rozpoczynają swoje pucharowe boje nasze eksportowe zespoły. Zaczynamy z poziomu klubów z Gibraltaru, zaczynamy ramię w ramię z Wyspami Owczymi, startujemy z półki, na której znajdują się najbardziej mikre płotki, pożerane sezon w sezon przez tę klasę “aspirującą do miana średniej”. Jasne, każdy Karabach wolałby wylosować jednak kogoś z Gibraltaru niż z Polski, ale mimo wszystko – zlecieliśmy na poziom, na który nigdy zlecieć nie planowaliśmy.

Wiem, że zabrzmię tutaj trochę jak heretyk, ale zbożne dzieło odbudowy po części się rozpoczęło, i to wcale nie wczoraj, a nieco wcześniej. W szarpanym pandemią i nieco rwanym sezonie 2020/21, Polska nahukała do rankingów więcej punktów niż Słowacja, Rumunia, Szwecja czy Turcja. I co ciekawe – stało się to tak naprawdę uniknięciem eurowpierdoli, które na ten jeden sezon zniknęły ze słowników. Cracovia odpadła z Malmoe, co wstydem żadnym nie jest, zarówno z uwagi na siłę szwedzkich zespołów, jak i same “Pasy”, które polskim Partizanem Belgrad nigdy nie były, nie są i nigdy nie będą. Piast zrobił swoje – ograł Dynamo Mińsk, a potem jeszcze dość niespodziewanie odprawił TSV Hartberg. Poległ na Kopenhadze, ale nikt nie mógł o to do gliwiczan mieć żadnych pretensji. Kapitalną robotę wykonał Lech, który przeszedł wszystkie cztery rundy kwalifikacji, a potem jeszcze zdołał wyszarpać 3 punkty w fazie grupowej. Nawet Legia w sumie zrobiła swoje – przeszła Linfield i Drittę, odpadła z Omonią w Lidze Mistrzów i Karabachem właśnie w Lidze Europy. Czyli eurowpierdolu jako takiego nie odnotowaliśmy – polskie kluby odpadły z rywalami, z którymi odpadać żaden wstyd. I to wystarczyło, by ten nasz żałosny ranking nieco podkręcić.

Sezon 2021/22 był pod tym względem jeszcze lepszy. I znów przecież wystarczyło w gruncie rzeczy pokazać przyzwoitość. Raków przeszedł Suduvę, ponadplanowo udało mu się jeszcze Rubin Kazań, potem narobił nadziei w pierwszym meczu z Gent. Nadziei, których Belgowie nas pozbawili w rewanżu, ale te połóweczki punkcików z najdrobniejszych remisów czy pojedynczych zwycięstw przecież nie przepadły. Śląsk ograł Pajdę i Ararat Erywań, do tego podobnie jak Raków, w przegranym dwumeczu zdołał jeszcze uszczknąć pojedynczą wygraną. Pogoń odpadła od razu, ale i bez wstydu, i z jednym remisem. No i Legia, która sezon temu wykonała robotę Lecha sprzed dwóch lat. Janek Sikorski na stronie rankinguefa.pl, w prawdziwej skarbnicy wiedzy na temat współczynników, losowań i punktów, ładnie podsumował kampanię Michniewicza i jego zespołu – wyłapali najwięcej punktów rankingowych od pamięnego sezonu 2016/17. Oczywiśćie, potem Michniewicz i jego zespół zrobili w lidze wszystko, by nie zyskać okazji skorzystania ze współczynnika w pucharach, ale to już odrębna historia.

Najbardziej oględnie rzecz ujmując: od dwóch lat raczej nie kompromitujemy się w pucharach. Nie dochodzą nam porażki z rywalami egzotycznymi, z rywalami totalnie nieznanymi, za to powolutku i sukcesywnie przybywa nam zwycięstw z takimi, którzy są równi nam.

Dlatego tak cholernie ważny był mecz Lecha z Karabachem. Dlatego tak cholernie ważny w moim “#TeamMinimalizm” był choćby ten jeden wygrany mecz, który wczoraj się ziścił. Czy na murawie było widać tę różnicę rankingową? Momentami było widać. Czy na murawie było jasne, kto tu gra rokrocznie o fazę grupową, a kto na dźwięk słowa “puchary” znów ma przed oczami Stjarnany i Żalgirisy? Trochę było jasne. Ale to Lech wygrał, wygrał mądrze, konsekwentnie i chyba jednak zasłużenie, bo Karabach żadnych wielkich okazji sobie nie wygenerował.

Co więcej – mam wrażenie, że ten mały sukcesik Lecha, że ten mały kroczek w odpowiednim kierunku, to jest jednak wypadkowa bardzo konkretnych działań. Nie jestem przekonany, czy w tej niewygodnej sytuacji, w jakiej Lech znalazł się po rezygnacji Macieja Skorży, jeszcze parę lat temu Kolejorz postawiłby na takie nazwisko jak John van den Brom. Abstrahuję tutaj od jego warsztatu, od moich prognoz na temat jego długofalowej przygody z Polską, chodzi mi o “tu i teraz”. To trener, który nie wypadł z karuzeli gdzieś daleko poza aut, trener, który na pewno nie należy do rozwiązań budżetowych, który na pewno jest ścisłym topem, pod względem pensji i wymagań wobec klubu, jeśli chodzi o Ekstraklasę. Ale przecież i te transfery, zarówno sprzed roku, latem, jak i później zimą i najświeższe, choćby w postaci Afonso Sousy. Jeśli w piłce ma rację bytu termin “szczęściu trzeba pomóc”, to Lech temu szczęściu pomaga bardzo aktywnie i konsekwentnie. Tak, ja też byłem trochę rozczarowany stężeniem polskości w Lechu – Skórasiowi i Murawskiemu towarzyszyło 9 obcokrajowców. Ale to też pokazuje skalę determinacji w Lechu. To już nie czas i miejsce na promowanie kolejnego młodego zawodnika z akademii, choć przecież swój solidny czas dostał Filip Szymczak. To czas robienia wyników, czasem ponad własne zasady związane z promowaniem młodzieży czy ostrożną postawą na rynku transferowym.

Straszliwie oklepane te słowa z “Hobbita” o pierwszym kroku. Ale jakże pasujące. Polska piłka potrzebuje tego, potrzebuje tych maluteńkich stąpnięć, nie potrzebuje już więcej szumnych zapowiedzi o długofalowych projektach, ale właśnie tego braku kompromitacji, połączonego z urywaniem oczko po oczku, punkcik po punkcik dorobku większych. Lechu – po prostu dziękuję. Wczoraj zrobiłeś krok w kierunku opuszczenia bagna, nie tylko przez sam Kolejorz, ale i nasz futbol. Ręce na kołderce, ale im dłużej o tym myślę – tym więcej we mnie optymizmu.

Ale to naturalny stan, gdy plan minimum został już wykonany.

Komentarze