W ciemno z Marcinem Ryszką #9: Magiczne dzwięki „Mazurka Dąbrowskiego”

Ciężko mi nawet zliczyć na ilu meczach naszej reprezentacji w życiu byłem. I wcale nie mówię tu tylko o piłce nożnej, ale o wydarzeniach sportowych w ogóle. Jest jednak w tym wszystkim jeden stały element, który za każdym razem uderza we mnie z dokładnie taką samą siłą.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Nie wiem, co magicznego drzemie w tych dźwiękach, ale kiedy z dziesiątek tysięcy gardeł na trybunach niesie się „Mazurek Dąbrowskiego”, na plecach natychmiast pojawiają się ciary. To chyba jedyny taki moment, w którym ten nasz wiecznie podzielony i skłócony naród staje się jednością – starzy, młodzi, z prawa i z lewa. Wszyscy po prostu chłoną tę chwilę.

Dlatego nawet nie bardzo wiem, jakich słów użyć, by opisać to, co wydarzyło się wczoraj na Narodowym przed meczem Polska – Albania. Słownik języka polskiego jest bogaty, ale chyba najbardziej adekwatnym i wciąż cenzuralnym określeniem będzie po prostu słowo „żenada”.

Żeby było jasne: sam pomysł związku, by hymny obu państw odegrała na żywo Orkiestra Reprezentacyjna Straży Granicznej, uważam za absolutny top. To świetna, podniosła inicjatywa. Ale na litość boską, czy w tej wielkiej, potężnej federacji naprawdę nikt nie pochylił się nad tym, jak to logistycznie i technicznie rozegrać? Wiadomo, że złośliwość rzeczy martwych istnieje, a awarie sprzętu mogą zdarzyć się wszędzie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że to, co dostaliśmy wczoraj, to nie była tylko kwestia przepalonego kabla. Kiedy nasłuchujesz pierwszych taktów, a z głośników płynie tylko głucha, krępująca cisza przerywana gwizdami dezorientacji, czujesz potężną organizacyjną amatorkę.

Przez lata śmialiśmy się – często przez łzy – z legendarnego występu Edyty Górniak w Korei podczas mistrzostw świata w 2002 roku. No to mamy powtórkę z rozrywki. Minęły 24 lata, a my doczekaliśmy się godnego następcy tamtego wykonania, tym razem w wydaniu orkiestry dętej, której po prostu nie było słychać.

Tak sobie nawet pół żartem, pół serio myślę: a może właśnie stąd wzięło się to fenomenalne pierwsze piętnaście minut w wykonaniu naszej kadry? Może chłopaki postanowili tę całą przedmeczową irytację i poczucie zażenowania przełożyć od razu na czystą, sportową złość na boisku? Jeśli tak, to chociaż jeden pozytyw z tego organizacyjnego blamażu.

Ale niesmak pozostaje potężny. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd.

Przekora Jana Urbana

Nie będę wam tu opisywał samego meczu. Zakładam, że każdy, kto czyta ten felieton, spędził czwartkowy wieczór przed telewizorem albo przynajmniej rano prześledził relacje. Najważniejsze jest jedno: wygraliśmy, mimo że do przerwy to Albania była na prowadzeniu. A przecież doskonale wiecie, jak rzadko zdarza się, żeby Polska wygrywała mecze, kiedy jako pierwsza traci gola.

Jan Urban sam przyznał przed pierwszym gwizdkiem, że to najważniejszy mecz w jego całej trenerskiej karierze. Przed nim już tylko jeden, decydujący krok – wtorkowy finał baraży ze Szwecją w Sztokholmie. Miałem w ogóle takie wrażenie, że w ostatnich dniach selekcjoner był tym wszystkim mocno spięty. Oczywiście, robota na tym stanowisku nie jest prosta. Przed startem zgrupowania Urban zaliczył medialne tournée po różnych redakcjach, gdzie musiał gęsto tłumaczyć się ze swoich decyzji. Kogo powołał, kogo pominął, a przede wszystkim – czy Oskar Pietuszewski dostanie szansę, czy też nie. Odnosiłem wrażenie, że w pewnym momencie trener miał już tego serdecznie dość.

My jako naród uwielbiamy mieć swojego jednego bohatera. Przed meczem z Albanią cała piłkarska Polska rozmawiała głównie o Oskarze Pietuszewskim, który po prostu z buta wszedł w narodową piłkę. Nie ma co się dziwić – chłopak zalicza rewelacyjne wejście do FC Porto, a przypomnijmy, że dopiero w maju kończy 18 lat. Słyszałem ostatnio taką opinię o trenerze Urbanie, że bywa osobą dosyć przekorną. Że jeśli ktoś bardzo mocno na niego naciska i narzuca mu swoje zdanie, on lubi zrobić zwrot o 180 stopni w drugą stronę. Właśnie dlatego z taką ogromną ciekawością czekałem na ogłoszenie pierwszego składu. Kiedy zobaczyłem w nim Filipa Rózgę, a Oskar usiadł na ławce, pomyślałem sobie, że w tej teorii o przekorze chyba musi jednak coś być.

Oczywiście, Jan Urban ma ogromne doświadczenie. Przecież w klubach, które do tej pory prowadził, bardzo często i chętnie dawał szansę młodym zawodnikom. Na Albanię wypuścił w bój Filipa Rózgę, który ma dopiero 19 lat, a w pierwszej reprezentacji do tego momentu zagrał zaledwie dwie minuty. Zastanawiam się jednak głośno: czy chłopak, który w lidze austriackiej rozegrał w tym roku niespełna 40 procent możliwych minut, faktycznie był lepszym wyborem niż Oskar Pietuszewski?

Widzieliśmy zresztą, co wydarzyło się po przerwie. Oskar wszedł na murawę od początku drugiej połowy i momentalnie wprowadził duże ożywienie w naszej linii ofensywnej. To pewnie nie był jakiś jego spektakularny mecz, ale na pewno dawał pozytywne akcenty, a po końcowym gwizdku był mocno poobijany. Nawet Robert Lewandowski, który niezbyt często zabiera głos, jeśli chodzi o konkretnych zawodników, od razu po meczu apelował, żeby nie nakładać na Pietuszewskiego wielkiej presji, przypominając, że to chłopak, który ma zaledwie 17 lat.

Czy Oskar zagra od początku?

Jestem bardzo ciekaw, jak Jan Urban poukłada to wszystko na wtorkowy mecz ze Szwecją. Czy będzie dużo roszad w pierwszym składzie? Czy Oskar zagra od początku, czy znów pojawi się element trenerskiej przekory? A może Jan Urban po prostu wie najlepiej w całej Polsce, co jest lepsze dla rozwoju tego chłopaka i woli trzymać go na ławce w formie dżokera? Przypomnijmy sobie w ramach przestrogi, jakie potężne wejście do reprezentacji miał swego czasu Kacper Urbański, a gdzie znajduje się obecnie i w jakiej jest formie.

Z drugiej strony moje czysto kibicowskie serce podpowiada mi coś zupełnie innego. Trzymam mocno kciuki za to, żeby we wtorek Oskar wyszedł w pierwszym składzie i żeby od samego początku pokazywał tę swoją piłkarską bezczelność. Bierz piłkę chłopaku i jedziesz z nimi. Pokaż całej Polsce, że jesteś kozakiem.

Już we wtorek czeka nas decydujący mecz ze Szwecją. Można powiedzieć, że to swoista powtórka z rozrywki, bo dokładnie cztery lata temu to z nimi graliśmy o wszystko w finale baraży. Wtedy Czesław Michniewicz wprowadził nas na mistrzostwa świata. Czy tego samego dokona teraz Jan Urban?

To będzie zupełnie inny mecz

Będąc całkowicie szczerym, byłem przekonany, że we wtorek zagramy jednak z reprezentacją Ukrainy. To, że Szwecja wyeliminowała naszych wschodnich sąsiadów, to dla mnie spora niespodzianka. Trzeba też pamiętać, że to będzie zupełnie inny mecz niż ten sprzed czterech lat. Wtedy graliśmy na Stadionie Śląskim, niesieni dopingiem własnej publiczności. We wtorek czeka nas trudny wyjazd i walka w Sztokholmie. Nie będę się bawił we wróżkę i typował, kto wygra, bo tego po prostu nie wiem.

Oglądając różne programy i czytając teksty poświęcone reprezentacji, bardzo często spotykam się z opinią, że na te mistrzostwa świata pojedzie praktycznie każdy. Przecież FIFA zwiększyła liczbę drużyn na turnieju aż do 48. Gorących zwolenników tej teorii zachęcam jednak do zapoznania się z tym, jakie reprezentacje z Europy już na pewno nie zagrają na mundialu. Wczoraj Słowacja została sensacyjnie wyeliminowana przez Kosowo. We wtorek w innym spotkaniu zmierzą się na przykład Czechy z Danią, więc z góry wiadomo, że któraś z tych solidnych drużyn nie pojedzie na turniej. Czy to oznacza, że Czesi lub Duńczycy są nagle słabi? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami.

Ja po prostu chcę, żeby Polska zagrała we wtorek z pełnym zaangażowaniem. Nie bojaźliwie, nie asekuracyjnie. Zobaczmy, co przyniesie odważna piłka. Wydaje mi się, że pamięć mam całkiem dobrą i doskonale pamiętam, w jakim stanie i jaką drużynę przejmował Jan Urban. Pamiętacie jeszcze chociażby ten wyjazdowy mecz z reprezentacją Finlandii?

Trener Adam Nawałka zwykł mawiać, że „trener musi przed meczem wiedzieć to, o czym dziennikarze będą pisać dopiero po meczu”. Trzymajmy mocno kciuki za Jana Urbana i jego nosa do składu, bo swoją dotychczasową pracą udowodnił, że w pełni zasłużył na zaufanie kibiców.

Kącik humorystyczny

Jak pewnie wiecie sporo niewidomych korzysta z pomocy psa przewodnika. Ja nigdy takiego pomocnika nie miałem, ale mam sporo znajomych, którzy posiadają takie psiaki. Ogólnie pies przewodnik może wejść z osobą niewidomą wszędzie. To oczywiście czysta teoria i nie raz znajomi opowiadają o trudnościach, które napotkali.

Kiedyś kumpel wszedł do autobusu ze swoim przewodnikiem. Był to duży Labrador, lekko ponad 30 kg wagi. W autobusie mnóstwo ludzi, wiadomo jak to jest, ktoś się pcha, ktoś kogoś potrącił, sól życia w dużym mieście. Nagle pewna kobieta wpada do autobusu, łokciami robi sobie miejsce, zachowując się mówiąc delikatnie mało elegancko, głośno wyrażając swoje niezadowolenie. W pewnym momencie dotarła na wysokość mojego kumpla, który z boku stał ze swoim przewodnikiem. Owa kobieta krzyczy:

– Kur**, gdzie do autobusu z taką krową!?

Na to mój kumpel:

– Świnia jest, no to krowa też może.

Trzymajcie się i do następnego piątku.

Marcin Ryszka