Olkiewicz w środę #31.  Golf na wyścigu mercedesów. Czy możemy już panikować?

Robert Lewandowski
PressFocus Na zdjęciu: Robert Lewandowski

Zakończyło się zgrupowanie reprezentacji Polski i tak jak na wielu poprzednich zgrupowaniach reprezentacji Polski – trudno mówić o zachwycie wśród fanatyków biało-czerwonych. A niestety, skoro nie ma zachwytu, to logiczną konsekwencją musi być wstrzelenie się w pewien zakres rozczarowania. Nie jest to jeszcze może rozczarowanie na miarę wyczynów kadry Sousy na Euro, albo ostatnich spotkań Jerzego Brzęczka, ale jednak – jest to rozczarowanie spore. 

Najpierw usystematyzujmy pewne fakty. Powodów do radości jest kilka – po pierwsze krystalizuje nam się wyjściowy skład oraz bazowe ustawienie. Wydaje się niemal pewne, że zagramy trójką stoperów i trudno na razie wskazać kogokolwiek, kto mógłby się wcisnąć między Kiwiora, Glika oraz Bednarka. Pewniakami są Zalewski na wahadle, Zieliński za plecami napastnika lub napastników, no i oczywiście Szczęsny w bramce i Lewandowski na szpicy. Raczej trudno będzie odpuścić Casha, więc de facto – zostaje nam do obsadzenia tylko środek oraz ktoś do tercetu z Zielińskim i Lewandowskim. Jeśli ktoś powie, że reprezentacja w tej chwili dryfuje w kompletnie nieznanym kierunku, a pytań jest więcej niż odpowiedzi… Cóż, to znaczy, że ma skłonności do dramatyzowania. Co więcej, udało się zrealizować piłkarskie cele – mamy utrzymanie w dywizji A Ligi Narodów, mamy pierwszy koszyk w losowaniu eliminacji do Mistrzostw Europy w 2024 roku. Nawet jeśli czepiamy się – słusznie – jakości gry, to były pewne przebłyski – na przykład w akcji złożonej z 19 podań, zakończonej golem Świderskiego. 

Plan minimum poniekąd został wykonany. 

Ale i tak powodów do zmartwień jest oczywiście o wiele, wiele więcej. Ten naczelny – to skwaszona mina Roberta Lewandowskiego. Po Robercie Lewandowskim zawsze widać, gdy nadchodzi jakiś kataklizm – wystarczy przypomnieć jego zachowania w trakcie kadencji Adama Nawałki (zwłaszcza w epoce post-duńskiej, gdy Nawałka przesadnie zareagował na słowa Age Hareide) oraz za rządów Jerzego Brzęczka. Lewandowski podczas tego zgrupowania był niezadowolony, dużo machał rękami oraz krzyczał na kolegów, samemu prezentując się słabo, właściwie nawet: bardzo słabo. Poza asystą do Świderskiego – bryndza przez 180 minut. Także dlatego, że piłkę dostawał z rzadka, a najczęściej z dala od miejsc, z których można zagrozić bramce rywala. Dlaczego to naczelny problem? Bo mina Lewandowskiego nie zakwasza się sama. Zakwasza ją każdorazowo rzeczywistość kadry, która stoi niemocą, bezsilnością, bezradnością, absolutnym odpuszczeniem walki z przeciwnikiem, jakby już w momencie pierwszego gwizdka meczu z Holandią role były szczególowo rozpisane. Ta niemoc jest uderzająca – objawia się z pełną siłą zwłaszcza w chwilach, gdy zawodnicy ofensywni szukają możliwości. Zieliński (częściej), Lewandowski (na tym zgrupowaniu rzadziej) przyjmują nieźle piłkę, podnoszą głowę i… Wahadła zostały z tyłu. Środek pomocy krąży gdzieś bez celu. Mogą pograć głównie między sobą, albo poczekać na to, aż Zalewski czy Frankowski nadążą za akcją. Zazwyczaj jednak – jest już po zabawie, piłka ląduje u przeciwnika. Podobna niemoc towarzyszy misji wychodzenia spod pressingu, albo w ogóle otwierania gry serią krótkich podań. Ostatnio mieliśmy sporo radości, gdy otwarcie od rzutu bramkowego wyglądało tak, że stoper grał krótką piłkę do Szczęsnego, a ten wykopywał jak najdalej od bramki. To oczywiście potęgowało nasz śmiech, ale i frustrację zawodników ofensywnych. 

Kadra grała więc średnio, z Holandią bardzo słabo, z Walią – na minimum przyzwoitości. Co gorsza – w obu meczach grała tak, jak zdarzało jej się grywać w poprzednich latach. Kibice mogli odnieść wrażenie, że cały czas bierzemy udział w tym samym starciu, że to, co zaczęło się jakoś od Danii właśnie, trwa do dzisiaj. Mocniejszy rywal, nieco szybsze tempo, bardziej agresywny pressing – i Polska modli się o dowiezienie 0:0. To są bardzo poważne zarzuty i bardzo poważne głazy do ogródka Czesława Michniewicza. To są problemy, które powinien rozwiązać, jeśli chciałby zostać zapamiętany jako ktoś więcej, niż tylko kolejny z długiej talii selekcjonerów realizujących plan minimum, ale ani punktu więcej. Przebić się do finałów turnieju, potem już tylko czekać na telefon z PZPN-u po zakończeniu trzeciego ze spotkań, po drodze wyłapując w czapę od wszystkich, którzy cokolwiek znaczą w europejskiej piłce.

Michniewicz na pewno chciałby czegoś więcej, na pewno planuje coś więcej – a jeśli tak, to już teraz powinniśmy dostrzegać jakieś elementy realizacji tego planu. Jest więc trochę powodów do niepokoju, jest kilka powodów do niezadowolenia. Ale czy są powody do paniki? 

Wiem, że Jerzy Dudek i Jan Tomaszewski, obaj nawołujący do natychmiastowego zwolnienia Czesława Michniewicza, to jednak wyjątkowo barwny, ale tylko margines. Natomiast mam wrażenie, że mimo wszystko zbyt ostro obchodzimy się z reprezentacją. Obecnie na przykład modne są porównania z Węgrami, które przecież naszego potencjału nie posiadają, a jakimś cudem w Lidze Narodów radzą sobie więcej niż dobrze. Sam podziwiam Węgrów, zresztą nie tylko za ich piłkarską postawę, ale ogólny klimat wokół reprezentacji, również na trybunach. Ale wyłączmy na moment emocje związane z ich pięknymi meczami, które utkwiły głęboko w naszej pamięci. Węgrzy byli z nami w grupie eliminacji Mistrzostw Świata. Skończyli ją na czwartym miejscu, oglądając plecy nie tylko Polski, ale też Albanii. Z Andorą wygrali jednym golem, z Albanią u siebie przerżnęli, nie powąchali baraży. Jasne, fajnie pokazali się na tle absurdalnie silnych rywali w grupie śmierci na Euro 2020. Ale na turniej dostali się bocznymi drzwiami, wygrywając play-offy gwarantowane poprzez Ligę Narodów. We właściwej grupie eliminacyjnej uciułali 12 punktów w 8 meczach, połowę na Azerbejdżanie. Przed nimi skończyli Chorwaci, Walijczycy oraz Słowacy. Nie przywołuję tego, by deprecjonować sukcesy Węgrów, ale by zwrócić uwagę na pewien trend w rozmowie o kadrze. 

U innych widzimy tylko króciutkie fragmenty – dziś wzorcem, niedoścignionym, z którego powinniśmy czerpać garściami, jest reprezentacja, która nawet nie jedzie do Kataru. Podczas Euro 2020 dopytywaliśmy – czemu Szwedzi mogą, a my nie możemy. Potem Szwedów opędzlowaliśmy w barażu, a obecnie Szwecja została zdegradowana do Dywizji C, po tym jak w grupie z Serbią, Norwegią oraz Słowenią ugrała tylko 4 punkty. Wśród reprezentacji, które stanowią dla nas jakiś punkt odniesienia, panują dokładnie takie same wahania formy i wyników, takie same wahania jakości gry. Pamiętam podekscytowanie związane z grą i rezultatami reprezentacji Czech podczas Euro 2020. Dzisiaj zostało z tego niewiele – Czesi na mundial nie jadą, eliminacje skończyli za Belgią i Walią, a w barażu przegrali ze Szwecją (którą w finale opędzlowała kadra Czesława Michniewicza). 

U nas – niestety – widzimy całość, głównie zresztą przez pryzmat oczekiwań. Domagamy się progresu, doskonalenia, domagamy się dokręcenia kolejnych śrubek, ale w praktyce – to nadal zabiegi tuningowe wokół leciwego golfa. Możemy się ścigać z lepszym lub gorszym skutkiem z podobnymi golfami, ba, czasem jeden z tej klasy – jak Węgrzy obecnie – jest w stanie wyprzedzić nowiutkie audice. Ale regularności nie ma w tym za grosz, powtarzalność niemal nie istnieje.

Dlatego choć sam zgrzytałem zębami obserwując mecz z Holandią a także długie fragmenty meczu z Walią – nie panikuję. Czy jestem optymistą przed Mistrzostwami Świata? Nie, uważam, że będzie bardzo ciężko cokolwiek ugrać z Meksykiem, Argentyny nawet nie przywołuję. Ale czy uważam, że Polska miałaby o wiele większe szanse z Sousą? Z Cannavaro? Z Szewczenką? Czy uważam, że Czesław Michniewicz “urżnął kurze złote jaja”, jak mawiał Siara Siarzewski? 

Nie. Mam żal, że jedzie na trójce, momentami może nawet na drugim biegu. Ale nadal jedzie golfem. Nie oczekiwałem, nie oczekuję i w najbliższej przyszłości nie będę oczekiwał osiągów Ferrari. To, czego bym sobie życzył, to nieco więcej uwagi na sam dół piramidy, na WF-y, na szkółki młodzieżowe niezależnie od sportu, na stan infrastruktury w szkołach. To tam jest zakład konstrukcyjny, który może z czasem dostarczyć selekcjonerowi nieco lepszą gablotę. Dopóki się tym nie zajmiemy, będziemy mogli co najwyżej zastanawiać się, czy Sousa nie jechał płynniej i czy czasem węgierski bolid nie zaczął nas delikatnie wyprzedzać. Prędkość – niestety – wcale nie ulegnie drastycznej zmianie.

Komentarze