Kryzys w imperium Erdogana. Dlaczego tureckich klubów nie ma w Lidze Mistrzów?

Ujęcie z meczu Dynamo - Fenerbahce
fot. pressfocus Na zdjęciu: Ujęcie z meczu Dynamo - Fenerbahce

„Jesteśmy na dnie, jeśli chodzi o sędziowanie, zarządzanie klubami i piłką nożną w całym kraju” – stwierdził w kwietniu tego roku prof. Ozgeghan Senyova, członek rady doradczej Centrum Badań nad Sportem na stambulskim uniwersytecie Kadir Has. Gdyby te słowa naukowiec wypowiadał dziś, mógłby do tej czarnej listy dodać jeszcze wynik sportowy. Wszak tureckiego klubu po raz pierwszy od 27 lat zabraknie w fazie grupowej Ligi Mistrzów. A jakby tego było mało, siedziba tureckiej federacji została ostrzelana z ostrej amunicji.

  • Turcję nęka potężna inflacja na poziomie 80%. Sytuacja ekonomiczna kraju ma też wpływ na tamtejszy futbol.
  • “By przekonać do siebie wyborców, kandydaci muszą jak najwięcej naobiecywać. Zwłaszcza na płaszczyźnie sportowej. Sprowadza się to kupowania gwiazd. A hasła dotyczące wychodzenia z długów nikogo nie przekonują” – mówi o wyborach szefów klubów Filip Cieśliński, specjalista od tureckiej piłki.
  • Działacze piłkarscy w Turcji wpp krytykowaniu sędziów posuwają się nawet do stwierdzeń, że należą oni do organizacji terrorystycznej.
  • Na początku września siedziba Tureckiej Federacji Piłkarskiej (TFF) została ostrzelana. Niewiele brakowałoby, a jedna z kul dosięgłaby Hamita Altintopa.

Bez sukcesów w LM

W eliminacjach Champions League wzięły udział dwa tureckie kluby: mistrzowski Trabzonspor oraz srebrni medaliści Fenerbahçe. Żadnemu z nich nie udało się przebrnąć eliminacji, choć grały z zespołami będącymi w ich zasięgu. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w sezonie 1995/96, gdy w fazie grupowej Lidze Mistrzów występowało o połowę mniej drużyn niż obecnie.

Brak awansu można byłoby nazwać wypadkiem przy pracy, gdyby nie fakt, że już od kilku ładnych lat tureckie kluby niewiele znaczą w LM. Ostatnie 5 sezonów Ligi Mistrzów w ich wykonaniu:

2017/18: Beşiktaş – 1/8 finału, Trabzonspor – brak awansu do fazy grupowej;

2018/19: Galatasaray – faza grupowa, Fenerbahçe – brak awansu do fazy grupowej;

2019/20: Galatasaray – faza grupowa, Istanbul Başakşehir – brak awansu do fazy grupowej;

2020/21: Istanbul Başakşehir – faza grupowa, Beşiktaş – brak awansu do fazy grupowej;

2021/22: Beşiktaş – faza grupowa, Galatasaray – brak awansu do fazy grupowej.

Wielka Galata

Końcówka XX i początek XXI wieku to czas wielkich sukcesów tureckiego futbolu. W 2000 roku Galatasaray z legendarnym Gheorghem Hagim w składzie wygrało Puchar UEFA, a chwilę później także Superpuchar Europy. Minęły dwa lata, a drużyna narodowa sięgnęła po brązowe medale Mistrzostw Świata w Korei i Japonii. Z pewnością w najczarniejszych snach nikt nad Bosforem nie spodziewał się wtedy, że dwie dekady potem azjatycki mundial będzie jak dotąd ostatnim, w jakim wzięła udział reprezentacja spod znaku gwiazdy i półksiężyca. Oczywiście w międzyczasie Turcy przeżywali też piękne chwile, jak wówczas, gdy docierali do półfinału Euro 2008, ale przez ostatnie 20 lat piłkarska Turcja częściej czuła wielki zawód niż radość.

Trzy wielkie sukcesy tureckiej piłki zbiegły się w czasie, z najgorszym kryzysem w całej historii republiki. W pewnym momencie inflacja skoczyła do poziomu niemal 70%. Nie przeszkadzało to jednak Galatasaray w wydaniu 17 mln euro na Mario Jardela. Klub ze Stambułu był wtedy na fali i wydawało się, że może mocno namieszać także w Lidze Mistrzów. Zresztą potrafił też korzystnie sprzedać swoich piłkarzy za granicę. I rzeczywiście Galacie udało się w sezonie 2000/01 dotrzeć do ćwierćfinału tych rozgrywek. Szybko jednak uszło z nich powietrze. Na następne wyjście z grupy w LM czekali aż 12 lat.

Problematyczne limity

W czasach – nazwijmy to – prosperity, która nastała po zażegnaniu kryzysu, łatwo ulec pokusie sprowadzania drogich gwiazd z zagranicy, niekoniecznie licząc się z rachunkiem ekonomicznym. A żeby obcokrajowcy mogli grać, trzeba było zwiększać limity piłkarzy spoza Turcji. W 2009 roku zdecydowano, że na boisku może być 6 stranierich i 5 swoich. Potem na jakiś czas odwrócono te proporcje na korzyść rodzimych graczy, by w końcu, w 2014 roku, mocno poluzować przepisy. Zapadła decyzja, że w 28-osobowej kadrze aż połowę mogą stanowić obcokrajowcy. Zniesiono także ograniczenia zawodników z obcym paszportem, jeśli chodzi o występy w podstawowej „11”.

Didier Drogba i Wesley Sneijder – wielkie gwiazdy w koszulkach Galatasaray.

Zwolennicy zmian, m.in. ówczesny prezydent Fenerbahce Aziz Yildirim, przekonywali, że tureckie potrzebują więcej obcokrajowców, by móc rywalizować z zachodnimi klubami w europejskich rozgrywkach. Nie chodziło jednak tylko o konkurencyjność. Problemem stali się także rodzimi zawodnicy, którzy wiedząc, że kluby muszą znaleźć dla nich miejsce w składzie, bardzo się cenili. – Każdy klub Süper Lig potrzebował 6 odpowiedniej klasy zawodników z Turcji plus kilku zmienników. Gra w lidze stała się więc dobrze płatnym miejscem pracy dla grupy około 150 zawodników tureckich. Oni mogli zmieniać kluby, żądając coraz wyższych pensji, bo wiedzieli, że obowiązują te limity – wyjaśnia Filip Cieśliński, specjalista do tureckiego futbolu.

Tureccy zawodnicy zatem dobrze zarabiali, a kluby, chcąc któregoś z nich kupić od ligowego rywala, musiały głęboko sięgać do kieszeni. – Tarik Çamdal, przechodząc z Eskisehirsporu do Galatasaray, kosztował 6 mln euro. A to zawodnik z potencjałem na Wartę Poznań, a nie na zespół walczący w Lidze Mistrzów – mówi Filip. 

Dochodziło do tego rozleniwienie tureckich zawodników. Zarabiając bardzo dobrze w swojej ojczyźnie, nie mieli motywacji, by przechodzić do zagranicznych klubów. Z kolei ci, którzy już za granicą byli, chętnie wracali. W żadnym innym kraju nie dostaliby bowiem takiej pensji jak w ojczyźnie. – Umut Bulut nieźle radził sobie w lidze francuskiej. I zamiast tam szukać wyzwań, skorzystał z oferty Galatasaray i wrócił do kraju – podaje przykład nasz rozmówca.

I kolejny aspekt – na potęgę szukano piłkarzy z innych krajów o tureckich korzeniach, którzy mogliby otrzymać obywatelstwo. Byle tylko wyrobić limit.

Limity wracają

Gdy przepisy znacznie złagodzono, liczba obcokrajowców w Süper Lig zwiększyła się. W listopadzie 2018 roku, jak pisała gazeta Daily Sabah, w składach klubów tureckiej ekstraklasy było 211 zawodników stranierich, a tylko 191 Turków. Jednym przyjezdnym szło naprawdę dobrze, innym dużo gorzej. Łączyło ich jedno – pobierali sowite wynagrodzenie.

Paradoksalnie zmiana przepisów w pewnym sensie pomogła tureckim piłkarzom. Gdy w ich rodzimych klubach zaczęło robić się ciasno, nabrali większej chęci, by wyjeżdżać za granicę. Na przykład Cengiz Ünder zdecydował się na transfer do Romy, Yusuf Yazici trafił do Lille, a Merih Demiral wybrał grę w Portugalii.

W ubiegłym roku federacja znów obrała kurs na limity dla obcokrajowców. W sezonie 2022/23 kluby mogą posiadać 12 piłkarzy z zagranicy, z czego 8 może zagrać w danym meczu. Za rok limit zostanie zaostrzony do 10 zarejestrowanych i 6 na boisku.

Zmiana kursu

Pisząc o problemach tureckiej piłki, nie sposób nie wspomnieć o czynnikach politycznych i ekonomicznych. Z kolei, by je naświetlić, trzeba przytoczyć kilka faktów z najnowszej historii republiki.

Gdy w Turcji na początku XXI wieku szalała inflacja, na scenę polityczną weszła umiarkowanie islamska partia AKP (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju), na czele której stanął Recep Tayyip Erdogan. Naród zmęczony dotychczasowymi rządami kemalistów, nie mających żadnego pomysłu na rozwój kraju, zaufał Erdoganowi. AKP zwyciężyło w wyborach w 2002 roku i zaczęło wdrażać w życie swoje plany. A wśród były m.in. starania o: członkostwo w Unii Europejskiej i korzystne pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W rezultacie pieniądze popłynęły do Turcji, a za nimi kraj wszedł na ścieżkę szybkiego rozwoju gospodarczego.

Z wielu przyczyn, o których nie pora tu pisać, Turcja do UE nie weszła. Kraj sukcesywnie schodził natomiast na ścieżkę autorytarności. Dziś już bardzo wyraźnie podąża nią niczym autostradą. A odpowiada za to Recep Tayip Erdogan.

Zamach

Jedną z kluczowych dat dla rządów Erdogana jest noc z 15 na 16 lipca 2016 roku. Turcją wstrząsnął wtedy wojskowy zamach stanu mający na celu obalenie prezydenta i jego akolitów (inna teoria stanowi, że zorganizował go sam Erdogan, by mieć pretekst do przeprowadzenia czystek). Pucz nie przyniósł zamierzonych rezultatów. Erdogan utrzymał władzę i bardzo ostro począł rozprawiać się ze swoimi wrogami. O zorganizowanie akcji oskarżył swojego arcywroga Fethullaha Gülena, islamskiego myśliciela mieszkającego na stałe w USA (2 miesiące przed zamachem ruch Gülena został uznany w Turcji za organizację terrorystyczną). 50 tys. ludzi trafiło do więzień, a trzy razy tyle straciło pracę. Konsekwencje dosięgły nie tylko osoby rzeczywiście zaangażowane w próbę przewrotu. Bicz prezydenta poczuli także ci, których jedynie podejrzewano o to, że sprzyjają Gülenowi albo ci, którzy po prostu nie myśleli nie tak, jak życzyłaby sobie władza.

Fethullah Gülen – największy wróg prezydenta Erdogana

W dalszej kolejności Erdogan przeforsował prawa umacniające jego pozycję polityczną, m.in. doprowadził do referendum, w którym Turcy opowiedzieli się za zmianą systemu z parlamentarnego na prezydencki. Mimo że OBWE uznało, że głosowanie „nie spełniało międzynarodowych standardów”, jego wyniki zostały w Turcji zatwierdzone. Mało tego, 500 tys. kart do głosowania, które nie miały wymaganej pieczęci, także uwzględniono przy podawaniu wyników.

Ręczne sterowanie

Autorytarne decyzje Erdogana i zmiany w systemie politycznym Turcji nie pozostały bez wpływu na turecką ekonomię. – Turcja to bardzo duży rynek, a do tego kraj ma kluczowe położenie geograficzne. Przez lata była więc atrakcyjnym miejscem dla inwestorów i pupilkiem międzynarodowego kapitału. To się jednak skończyło za sprawą bardzo niekonwencjonalnej polityki Erdogana. Rozmontował on całe zaplecze instytucjonalne gospodarki i podporządkował je sobie. A teraz ręcznie nią steruje. Gdy szef banku centralnego Turcji nie chciał wykonać jego poleceń, to z dnia na dzień zastąpił go innym człowiekiem. To sprawia, że żaden poważny zagraniczny inwestor temu krajowi już nie chce zaufać – tłumaczy Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Brak zaufania oznacza mocno ukrócenie dopływu pieniędzy od inwestorów zewnętrznych. To wielki problem, biorąc pod uwagę, że Turcja ma ujemny bilans handlu zagranicznego. Kraj jest mocno uzależniony od zakupów surowców, w tym ropy naftowej.

Te problemy nie przeszkadzają Erdoganowi w prowadzeniu bardzo niekonwencjonalnej polityki gospodarczej. – Stopy procentowe w Turcji są obniżane przy 80% inflacji. To jeszcze bardziej nakręca spiralę popytu, napędza konsumpcję, a co za tym idzie inflacja, która zawsze była w Turcji nieco za wysoka, wymknęła się spod kontroli. Ich ruchy są całkowitym zaprzeczeniem gospodarki rynkowej – mówi specjalista. – Gospodarkę można porównać do budowy domu. Buduje się go albo stabilnie i spokojnie, albo byle szybciej, byle wyżej. Ten drugi sposób opisuje turecką gospodarkę, która przegrzewa się i nikt nad tym nie panuje – dodaje Bartosz Sawicki.  

Największą ofiarą polityki fiskalnej Erdogana stała się turecka waluta. W tej chwili 1 lira turecka jest warta około 5-6 centów amerykańskich. 10 lat temu kosztowała 10 razy tyle. – Ogromny spadek wartości waluty ma negatywny wpływ na budżety klubów piłkarskich. Pensje zagranicznych gwiazd czy zobowiązania transferowe pokrywane są w euro czy dolarach. A kluby zarabiają w lirach. Trzeba zatem skądś wziąć o kilkadziesiąt procent więcej, by pokryć ten sam kontrakt – wskazuje ekspert.

Swoi robią, co chcą

Erdogan w młodości sam chciał zostać piłkarzem. Koledzy z boiska nazywali go Imam Beckenbauer. Imam, bo był bardzo religijny, a Beckenbauer, ponieważ zajmował pozycję środkowego obrońcy i stylem gry nieco przypominał słynnego Niemca. Być może właśnie wtedy, kopiąc piłkę i ściskając kciuki za ulubione Fenerbahçe, przyszły prezydent nauczył się tego, że futbol to znakomite narzędzie umacniania władzy i sposób na dotarcie do mas. Dziś polityk bez skrupułów wykorzystuje sport do swoich celów.

Prezydent Erdogan (z prawej) z szefem FIFA Giannim Infantino (z prawej)

W zasadzie wszystkie eksponowane stanowiska w tureckim futbolu zajmują ludzie Erdogana albo przynajmniej jego sympatycy. Niektóre wybory są doprawdy kuriozalne. Weźmy takiego Yildirima Demirörena. Gdy zarządzał Besiktasem, „wsławił się” tym, że wyprowadzał z klubu pieniądze. Nie przeszkodziło to w nominowaniu go na stanowisko prezesa TFF (Tureckiej Federacji Piłkarskiej).

Demirören, gdy jeszcze był Beşiktasie, zwiększył zadłużenie klubu z 16 do 325 mln dolarów. Ale to jeszcze nic. „Przez lata Beşiktaş, będący spółką giełdową, w oficjalnych, obowiązkowych oświadczeniach zawyżał kwoty transferowe wypłacane za kolejnych zawodników. Podczas gdy klub deklarował, że za Tomasa Sivoka zapłacił 9 mln euro, Udinese otwarcie przyznawało, że opłata była o połowę mniejsza. Gdzie wyparowało 4,5 mln euro? Pieniądze po prostu zniknęły z klubowego skarbca” – pisał turecki dziennikarz Kaan Bayazit na łamach Turkish Delight, przewodnika po tureckim futbolu pod redakcją Filipa Cieślińskiego.

W tym samym artykule Bayazit opisał, jak Demirören za pieniądze Beşiktaşu kupił ziemię w dzielnicy Fulya i wybudował tam kompleks mieszkalny. Klub miał zarabiać na inwestycji, ale okazało się, że umowa jest tak skonstruowana, że 90% przychodów z niej trafia do prywatnych inwestorów podstawionych przez ówczesnego prezydenta klubu. Działacz tłumaczył się z tego przed sądem, ale włos mu z głowy nie spadł. W końcu jest zaufanym człowiekiem Erdogana. Potem, jak wspomnieliśmy, zasiadł w fotelu szefa TFF. Stanowisko to piastował od 2012 do 2019 roku, a potem w nagrodę został szefem państwowego bukmachera Spor Toto.

Zawieszenie sędziów

Następcą Demirörena został Nihat Özdemir, kolejny biznesmen z koneksjami w środowisku Erdogana. Szefował federacji przez 3 lata. Zrezygnował w kwietniu tego roku. 3 główne powody jego odejścia to: zawieszenie 13 sędziów, fiasko przetargu na prawa telewizyjne do Süper Lig oraz konflikt z prezydentem klubu İstanbul Başakşehir Gökselem Gümüşdağiem  (prywatnie członek rodziny Erdogana) oraz prezydentem Fenerbahçe Alim Koçem, czyli w tej chwili – obok samego prezydenta kraju – najpotężniejszymi ludźmi w tureckim futbolu.

Przetarg na zakup praw do transmisji Süper Lig był absurdalny. Bardzo długo wydawało się, że wygra go telewizja TRT. Walczyła o nie też telewizja D-Smart. Potem obie te stacje przedstawiły wspólną ofertę. A w końcu zwycięzca okazał się beIN – mówi Cieśliński. Katarski nadawca zapłaci prawdopodobnie około połowy tego co musiał wyłożyć poprzednim razem, gdy wygrywał przetarg na transmisje ze spotkań tureckiej elity.

Kadencję Özdemira naznaczyły też poważne problemy z sędziami, którzy byli niemiłosiernie krytykowani przez cały sezon. Rzeczywiście ich praca pozostawiała bardzo wiele do życzenia, ale ganienie ich w mediach przybrało wręcz niebezpieczny obrót. – Murat Sancak, bardzo bogaty biznesmen, właściciel Adany Demirspor [poprzedniego klubu Mario Balotelliego – red.], poszedł do mediów i wprost stwierdził, że sędziowie należą do FETÖ [tak w Turcji nazywany jest ruch Gülena – red.]. W każdym innym kraju prezes klubu, wypowiadając takie słowa, naraziłby się na ostre konsekwencje. Ale nie w Turcji. A reakcja Özdemira była taka, że zawiesił 13 sędziów, w tym Cüneyta Çakıra i Firata Aydinusa. Większość z nich potem wróciła do pracy, ale trzej najważniejsi zrezygnowali na dobre. Bali się, że w końcu trafią przed sąd z zarzutami przynależności do ruchu Gülena, który jest uważany w Turcji za organizację terrorystyczną – mówi Filip.

Kapitał w kibicach

Czy zła sytuacja ekonomiczna spowoduje, że któryś z wielkiej trójcy upadnie? Oczywiście, że nie! – Każdy ze stambulskich gigantów ma ogromną bazę fanów, liczoną w dziesiątkach milionów. I to jest wielki kapitał. Firmy, które zechcą zaistnieć na tureckim rynku, będą sponsorować te kluby. Poza tym kilka lat temu federacja ze wsparciem tureckich banków wprowadziła limity wydatków dla klubów Süper Lig. Inna sprawa, że te ograniczenia nie zawsze są przestrzegane. Ali Koç stwierdził, że jeśli TFF sobie tego życzy, może ogłosić, iż Diego Perotti zarabia 1 euro, a i tak znajdzie sposób, by płacić mu odpowiednio – mówi Filip.

Ali Koç, prezydent Fenerbahçe

Tamtej wypowiedzi Koça nie można postrzegać jako kilka niefortunnych zdań. Ten doświadczony biznesmen doskonale przecież wie, że zarówno jego Fenerbahçe, jak i dwaj inni giganci mogą liczyć w razie czego na pomoc państwa. Erdogan nie pozwoli, by klub, za którego powodzenie kciuki trzyma kilkadziesiąt milionów jego rodaków, osunął się w otchłań. Posiadając tak gigantyczną władzę, ma mnóstwo sposobów, by wzmacniać je finansowo.   

A czy do Turcji przestaną przyjeżdżać głośne nazwiska? To również mało wątpliwe, bo oszczędzaniu nie sprzyjają zasady, na jakich działają tureckie kluby. Są one – tak jak na przykład FC Barcelona – stowarzyszeniami, w których głos wyborczy mają byli piłkarze, działacze czy fani z grubym portfelem. Oczywiście samo w sobie nie jest to złe rozw­­iązanie. Sęk w tym, że w większości przypadków kadencja prezydenta klubu w Turcji trwa zaledwie 2 lata. – By przekonać do siebie wyborców, kandydaci muszą jak najwięcej naobiecywać. Zwłaszcza na płaszczyźnie sportowej. Sprowadza się to kupowania gwiazd. A hasła dotyczące wychodzenia z długów nikogo nie przekonują. Efekt jest taki, że zwycięzca ma kilka miesięcy na to, żeby wydać pieniądze na nowych zawodników i zapewnić klubowi sukces na boisku. Jeśli nie uda się tego zrobić, to nie tylko straci stanowisko, ale – jak to bywa w Turcji – także dobre imię – tłumaczy Filip Cieśliński. – Jeśli prezydent „spali się” w oczach kibiców Fenerbahçe, Galatasaray lub Beşiktaşu, to wszystkie jego biznesy na tym ucierpią. Pokusa przypodobania się fanom jest zatem wielka – dodaje.  

Kryzys kryzysem, ale głośne transfery muszą być. Tego lata nad Bosfor przyjechało sporo poważnych i drogich piłkarzy. Na przykład Fener sprowadziło Michy’ego Batshuayi, Beşiktaş wzmocnił Dele Alli, a Galatasaray znalazło pieniądze na Mauro Icardiego. Gwiazdom nie przeszkodził nawet fakt, że giganci – co wcześniej się nie zdarzało – teraz mają problemy z wypłacaniem pensji na bieżąco.

Kulami w siedzibę TFF

Od 2019 roku za reformę tureckiej piłki odpowiada Hamit Altintop, była gwiazda m.in. Schalke 04 Gelsenkirchen. A od niespełna roku jednym z jego bliskich współpracowników jest Stefan Kuntz, który został mianowany selekcjonerem reprezentacji. Póki co o pracy Niemca można powiedzieć m.in. to, że pokonał kilku słabeuszy, zdołał awansować do baraży, ale bezpośrednią walkę o bilety do Kataru dość gładko przegrał z Portugalią. Na pewno jednym z jego najważniejszych zadań jest umiejętne wprowadzanie do kadry młodych piłkarzy. I rzeczywiście Niemiec to robi. Ma zresztą do tego kompetencje, skoro w ostatnich latach doprowadził dwukrotnie do mistrzostwa Europy niemiecką młodzieżówkę.

Niemieckie dobre praktyki próbuje też przeszczepić Turkom wspomniany Altintop. Jednak praca na rzecz tureckiego futbolu omal nie skończyła się dla niego tragicznie. Dwaj mężczyźni (podobno byli pod wpływem alkoholu) na początku września ostrzelali siedzibę TFF. Kule świsnęły obok byłego gracza Schalke. Na szczęście nikomu nic się nie stało, a sprawcy zostali zatrzymani.

Sporo szczęścia miał kilka dni później także piłkarz Beşiktaşu Salih Uçan, który został z wielką siłą kopnięty w plecy przez kibica w trakcie meczu swojego klubu z Ankaragücü. Takie zdarzenia jak to z boiska czy sprzed siedziby TFF pokazują, jak wiele agresji i frustracji krąży wokół tureckiego futbolu i w jak wielkim chaosie jest on pogrążony. Altintop, Kuntz i obecny szef TFF Mehmet Büyükekşi mają do wykonania mnóstwo pracy, by nieco uzdrowić piłkę w kraju gwiazdy i półksiężyca.

Dominik Górecki

Komentarze