Ligę naprawia się od głowy

Michal Świerczewski i Marek Papszun podnoszą Puchar Polski
PressFocus Na zdjęciu: Michal Świerczewski i Marek Papszun podnoszą Puchar Polski

Mam wrażenie, że kiedyś już to przerabiałem, ale ostatni rok z Ekstraklasą znów zaszczepił we mnie – jak kiedyś w mojej kilkunastoletniej wersji samego siebie – wiarę, że ta liga nie jest skazana na zagładę i pogardę. Dopuszczam myśl, że piszę to będąc wciąż pod wrażeniem świetnego meczu Pogoni z Rakowem, ale im dłużej pochylam się nad kończącym się właśnie sezonem, tym bardziej dochodzę do wniosków, których boję się powiedzieć na głos.

  • Ekstraklasa wychodzi z marazmu. A przynajmniej daje powody, by nieśmiało w to wierzyć
  • Bez względu jak skończy się sezon, można się cieszyć, że sprawiedliwie. O tytuł mistrzowski grają kluby, które w ostatnich miesiącach (Lech) lub latach (Raków, Pogoń) były po prostu mądrze zarządzane
  • W przeciwieństwie do pierwszej dekady XXI wieku, gdy dzięki pieniądzom pakowanym przez Bogusława Cupiała w Wisłę Kraków Ekstraklasa zajmowała godne miejsce w rankingu UEFA, teraz jest szansa na awans w sposób organiczny

Sen o potędze

Początek XXI wieku to muzyka boysbandów, ostatnie śmieszne polskie komedie, wejście Polski do Unii i pierwsza dla obecnego pokolenia 30-latków reprezentacja, która potrafiła zakwalifikować się na wielki turniej. Ale mnie – facetowi odkąd pamiętam mającemu umysł spaczony piłką nożną – ten czas kojarzy się jeszcze z jednym – czytaniem tradycyjnych analiz na 90minut.pl, co się musi stać, by dwie drużyny z Ekstraklasy mogły grać o Ligę Mistrzów. To brzmi jak absurd, ale naprawdę przez kilka lat, rok po roku, był tam zamieszczany tekst pozwalający wierzyć, że ta liga, dziś wiemy jak bardzo wtedy skorumpowana, wkrótce dostanie swój kawałek podłogi w Europie. Jeszcze tylko troszeczkę, jeszcze tylko jeden sezon.

Oczywiście liga była wtedy dramatycznie słaba. Bez infrastruktury – stadionów, podgrzewanych muraw, luksusem był brak kretowisk w nawierzchni. Z dużo słabszym opakowaniem medialnym, za to z naturszczykami wśród trenerów, wśród których za wizjonera uchodził Franciszek Smuda, a Janusza Wójcika zatrudniało się, bo “tu już nie było co trenować”. Wszystkie analizy na 90minut oparte były na dobrej grze Wisły Kraków w pucharach (i sezonu 2002/03, który przez pięć lat karmił nasz ranking UEFA), do wyników której jakieś punkty czasem dorzuciła Legia. Jednocześnie cała masa lig, do których dopiero miały napłynąć pieniądze – od Rosji, przez inne Kazachstany, Azerbejdżany i Cypry – były wówczas piłkarskim trzecim światem. To składało się na 18-19. miejsce Ekstraklasy w klasyfikacji UEFA, gdzie 15. pozycja pozwalała drugim drużynom poszczególnych lig bić się o Ligę Mistrzów. I naiwny, kilkunastoletni ja, byłem przekonany, że taki też będzie nasz los.

Czasy słusznie minione

Wszystko poszło w zupełnie drugim kierunku. Zamiast przybliżać się do celu, zasłaniało nam go coraz więcej lig wychodzących w tym nierównym wyścigu przed nas. Nie rozumiałem, dlaczego tak się dzieje, jakbym nie chciał widzieć wszechobecnej amatorki. Przecież nawet w Wiśle Kraków, niekwestionowanym hegemonie lat dwutysięcznych, zgadzały się tylko nazwiska i ich wypłaty, a poza tym nic. Bogusław Cupiał nie chciał w ogóle słyszeć o budowie akademii, odkąd wraz z doradcami – a może raczej dzięki nim – przeanalizował sobie, że on wyszkoli, a ktoś takiego piłkarza zaraz mu podbierze. Patrząc na wysokości kwot, za jakie dziś Lech lub Pogoń przekazują swoją młodzież dalej, można wątpić, że w Poznaniu czy Szczecinie żałują pieniędzy przeznaczonych na akademie. Bogusław Cupiał na własne życzenie z klubu mającego wszelkie predyspozycje do rozwoju na każdej płaszczyźnie uczynił zespół kompletnie uzależniony od jego pieniędzy. Droga Wisły to odwzorowanie w skali jeden do jednego przykręcania przez właściciela kurków ze złotówkami, aż do ostatecznego pożegnania się, po którym Biała Gwiazda próbuje podnieść się do dziś.

Ale to nie była domena wyłącznie Wisły. Lech w XXI wiek wchodził jako klub II-ligowy po tym, jak z hukiem wyleciał z elity. Na palcach jednej ręki można policzyć, ile razy w latach 2000-2010 Legia realnie liczyła się w walce o mistrzostwo. Pogoń zleciała do IV ligi po przejściach z Sabrim Bekdasem i zwłaszcza Lesem Gondorem, po drodze narażając się na śmieszność, gdy do gry w lidze zakontraktowała reprezentację Copacabany. Do władzy w polskiej lidze dopuszczani byli Fryzjer, Wójcik, a w późniejszych latach Józef Wojciechowski wyrzucił do śmieci Polonię Warszawa, bo mu się odechciało.

Ile znaczy rozsądny gabinet

Piszę o tym dziś, bo chcę pokazać różnicę i drogę, jaką przeszliśmy. Nie mam poczucia, że cały czas nią kroczyliśmy, to raczej świeżutki trend. Przecież nie było pechem to, że Ekstraklasa wylądowała w czwartej dziesiątce rankingu UEFA, a skutkiem podejmowanych decyzji w klubach. Dziś – takie mam wrażenie – jest kilku szefów, którzy są profesjonalistami, co może przełożyć się na nieco więcej radości w Europie i mniej okazji do szyderstw.

To nie może być przypadkiem, że tę ligę w tym sezonie ogląda się lepiej niż jeszcze niedawno. Z wyjątkami, ale one trafiają się wszędzie. W poprzednim roku narzekaliśmy przecież na poziom największych hitów Premier League, które z zadziwiającą regularnością – tu eufemizm – nie muskały naszych podniebień. Żeby było jasne – uważam, że piłkarsko wciąż nie dojeżdżamy, ciągle mamy te same problemy, na czele z wychowaniem zawodników kreatywnych. Wciąż piłka młodzieżowa kuleje, reprezentacja do lat 17 od dekady nie awansowała na żaden turniej, a kilka godzin przed meczem Pogoni z Rakowem przegrała z Włochami prezentując futbol rodem z marzeń troglodyty. Bardzo ciekawie określił to w czwartkowym “Przeglądzie Sportowym” Marek Citko: Kamil Grosicki za chwilę zejdzie ze sceny i z żalem muszę przyznać, że razem z nim właściwie zniknie pokolenie podwórkowego grania. To jednak osobny problem, na zupełnie inny tekst.

Bo jednocześnie – pod kątem tworzenia struktur, a tam się wszystko zaczyna – jakby coraz mniej rządził tym wszystkim przypadek. Jeśli spojrzymy, jakie zespoły odskoczyły reszcie ligi, a jakie najbardziej zawiodły, skoreluje nam się to z jakością prowadzenia zarządzania w klubach. Za chwilę mistrzem Polski może zostać Raków Częstochowa, którego właściciel od lat nie pozostawia niczego przypadkowi. W wywiadzie, który miałem okazję z nim zrobić jeszcze w poprzednim sezonie, ale już w momencie, gdy pierwszy raz w historii został liderem Ekstraklasy, mówił: – Faktycznie znam się na piłce i pewnie wśród właścicieli klubów trudno byłoby znaleźć kogoś, kto tak mocno wchodzi w detale jak ja. Ale w stosunku do konkurencji mamy ograniczone możliwości finansowe. My pod tym względem jesteśmy kopciuszkiem. Brak awansu do pucharów w naszym przypadku wcale nie oznaczałby, że źle wykonujemy swoją pracę.

On dziś, po dwóch kolejnych wdarciach się do pucharów, wie, że tych bogatszych przeskoczył pracą i posiadanym know-how. Kilka lat wcześniej to Świerczewski wymarzył sobie grę systemem z trójką obrońców i pod tym kątem szukał trenera. To nie trener przyszedł na rozmowę, by zostać zapytanym, jaki ma plan na zespół, tylko wiedział, jaki plan ma realizować.

Pogoń Szczecin, czyli drugi i ostatni zespół, który dwa najświeższe sezony zakończy w czołowej trójce, od czterech lat jest prowadzona przez jednego szkoleniowca. I który także został wybrany spoza ligowej karuzeli. Budowanie drużyny nie wyglądało jak pozyskiwanie piłkarzy z łapanki, nikt nie zmieniał tam składu co rundę, jak na przykład Wisła Kraków nieprzypadkowo kolejny raz walcząca o przetrwanie.

Tu cytat z mojego wywiadu z prezesem Pogoni Jarosławem Mroczkiem (luty 2022). – Plan, który mówi, że możemy gdzieś awansować, oznacza również konieczność poczynienia pewnych założeń. Ilu zawodników dobrać, i to nie zawodników z młodzieży – przy całym szacunku dla nich – ale takich, którzy są gotowi do gry. Takie rzeczy robimy. Skauci nie pracują miesiąc w okienkach transferowych, tylko między nimi. Jeżdżą, oglądają zawodników, robią analizy potrzeb, mają żywy kontakt, by w razie potrzeby móc przechodzić do dopinania umów. Dwie mocne jedenastki to model, do którego trzeba dążyć. Bo brak odpowiednio szerokiej kadry jest główną przyczyną nieszczęścia drużyn, którym się nie udało pogodzić gry na dwóch frontach. Taki Lech Poznań musiał to zrozumieć, bo wyraźnie się wzmocnił i jestem przekonany, że po awansie do pucharów nie spotka ich już to, co przed rokiem. My nie mamy takich doświadczeń, bo w tym sezonie zagraliśmy tylko dwa mecze w Europie, ale wyciągamy wnioski z błędów innych.

Marzy mi się liga, w której jest jak najwięcej Mroczków i Świerczewskich. Nawet jeśli teraz Pogoni obrywa się za brak transferów, który mógł doprowadzić do tego, że nie będzie historycznego mistrzostwa Polski. Mnie bliżej do teorii, że Papszun jest po prostu lepszym trenerem od Runjaicia i ta walka rozegrała się na tej płaszczyźnie. Raków nie potrzebował wielkich zimowych wzmocnień, by drużyna od miesięcy pozostawała niepokonana.

Nagrody i kary

Jeśli ten sezon nie skończy się mistrzostwem Lecha Poznań, a Kolejorz już teraz nie jest faworytem, nie będzie to oznaczać, że Karol Klimczak i Piotr Rutkowski dali kolejne powody do obrzucania ich błotem. Wręcz przeciwnie. Zbudowali zespół, który w normalnych warunkach zdobyłby mistrzostwo bez problemów, ale akurat w tym konkretnym sezonie trafili na kogoś, kto zbudował zespół jeszcze mocniejszy. Lech może zakończyć sezon ze średnią 2,17 punktu na mecz i nie podnieść trofeum, gdy w zdecydowanej większości sezonów w ostatniej dekadzie wystarczyłaby do tego średnia 2,0. Różnica, jaką pierwsza trójka wypracowała nad resztą pokazuje, jaką rolę w dobrze wykonanej pracy na boisku, ma wcześniej dobrze wykonana praca w gabinetach.

Sezon wygląda na maksymalnie sprawiedliwy, gdzie nie nagradza się najbogatszego, a najsprawniejszego w zarządzaniu. Gdzie karę za bylejakość ponosi Legia sprowadzająca za krocie dramatycznie ograniczonego piłkarza albo Wisła Kraków kolejny raz dokonująca rozwalenia swojej kadry i budowania jej na nowo (w międzyczasie zwalniając trenera i dyrektora sportowego zatrudnianych na lata, porzucając jednocześnie własną wizję zespołu, którą chwalono się kilka miesięcy wcześniej). Gdzie otwarcie się na innowację i zatrudnienie najmłodszego trenera w lidze (Warta Poznań) zostaje docenione.

We wstępie pisałem o wnioskach, których boję się powiedzieć na głos. Ale zaryzykuję: ta liga wkrótce zacznie dobijać się do miejsc w rankingu UEFA, których nie będziemy się wstydzić. Możemy mówić, że nabieramy się na to od lat, jednak dwa ostatnie były najlepsze od czasów, w których Legia szczęśliwie awansowała do Ligi Mistrzów. Oby tylko mądre zarządzanie na górze tabeli okazało się zaraźliwe dla pozostałych.  

Komentarze