Chelsea - Tottenham
Chelsea - Tottenham fot. PressFocus

Mourinho da lekcję Lampardowi? Kibice już ostrzą sobie zęby

Czym aktualnie żyje piłkarska Anglia? Czerwona kartka Nicolasa Pepe, cudowne trafienie Harry’ego Winksa w meczu z Łudogorcem, porażka Liverpoolu w starciu z Atalantą i zbliżające się derby Londynu – chociaż mediach znajdziemy wiele informacji na wspomniane tematy, żaden z nich swoją popularnością nie przebija wieści napływających wprost z brytyjskiego rządu.

Czytaj dalej…

Co dla fanów Premier League przygotował Boris Johnson? Bilety wstępu na ligowe mecze. Tak, wzrok was nie myli – kibice wracają na stadiony. Oczywiście na trybunach pojawi się ograniczona liczba fanów i tylko niektóre rejony kraju będą mogły pozwolić sobie na udział publiczności w wydarzeniach sportowych, jednak decyzja o obecności choćby kilkuset widzów obserwujących piłkarskie zmagania to wielki krok w stronę normalności. Nowe przepisy pozwolą na sprzedaż wejściówek już na pierwszą grudniową kolejkę. Na jakich obiektach zobaczymy sympatyków futbolu? Stadion Olimpijski w Londynie (WHU – United), Tottenham Hotspur Stadium (Spurs – Arsenal), Stamford Bridge (Chelsea – Leeds), Amex Stadium (Brighton – Sotton) i Anfield Road (Liverpool – Wolves) – te areny otworzą swoje bramy dla osób spragnionych piłki na najwyższym poziomie. Reszta musi czekać. Albo do następnej serii gier, albo do zniesienia kolejnych obostrzeń.

Fanów przywitamy dopiero za tydzień, więc przyjrzyjmy się temu, co czeka nas już teraz. Dziesiątą kolejką Premier League rozpoczniemy na Selhurst Park, gdzie chimeryczne Crystal Palace podejmie jeszcze bardziej nieprzewidywalne Newcastle. W składzie Orłów znowu zabraknie Wilfireda Zahy (pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa), co raczej nie zwiastuje łatwej przeprawy gospodarzy. Chociaż statystyki nie zawsze oddają pełnię obrazu, tym razem jest on wyjątkowo wyraźny – Palace bez Iworyjczka przędzie naprawdę cienko. W 15 ostatnich spotkaniach bez swojej gwiazdy londyńczycy przegrali aż 13 razy. Tym razem inni będą musieli rozwinąć skrzydła na The Nest. Pisząc inni, mam na myśli tercet Eze-Townsend-Ayew. Z kolei w szeregach Newcastle po krótkiej przerwie pojawi się Callum Wilson, zdobywca sześciu bramek w obecnych rozgrywkach. Jeżeli 28-latek nawiąże do występu przeciwko Evertonowi, dzisiejszego wieczoru Sroki mogą rozszarpać osłabione Orły.

Po triumfie nad Leicester Liverpool mierzył się z Atalantą w ramach fazy grupowej Ligi Mistrzów. W Bergamo The Reds rozgromili gospodarzy (5:0), co pozwalało przypuszczać, że na Angield Road Orobici nawet nie powąchają piłki. Rzeczywistość okazała się, delikatnie mówiąc, zaskakująca – Włosi odnieśli przekonujące zwycięstwo, a podopieczni Jurgena Kloppa nie oddali ani jednego celnego strzału. Niemiec nie próbował tłumaczyć się z porażki, jednak w pomeczowym komentarzu skrytykował terminarz – jego drużyna zagra już w sobotę o 13:30, więc szkoleniowiec ekipy z Merseyside musi umiejętnie rotować składem. Na szczęście do jego dyspozycji wrócił Mohamed Salah, więc pierwsza linia znowu wygląda perfekcyjnie niczym zęby Roberto Firmino. Jednak czy Brazylijczyk na Amex Stadium będzie uśmiechał się równie szeroko, jak tydzień temu na Anfield? Moim zdaniem jeżeli któryś z napastników ma rozpocząć sobotnie starcie na ławce rezerwowych, będzie to Diogo Jota. Jednak nie zdziwię się, gdy cała ofensywna czwórka wybiegnie na murawę wraz z pierwszym gwizdkiem.

Nad pojedynkiem Manchesteru City z Burnley chyba nie ma co się rozwodzić. Bukmacherzy wiedzą, co się święci, a ja podzielam ich przewidywania – wysoka wygrana Obywateli nie będzie zaskoczeniem. W tym roku The Citizens w dwóch potyczkach aż ośmiokrotnie zmuszali do kapitulacji bramkarza The Clarets. Do trzech razy sztuka i tym razem Sean Dyche uniesie ręce w geście triumfu? Nikomu nie chcę odbierać nadziei, ale City w końcu musi poprawić bilans bramkowy, a starcie z 17. Burnley wydaje się doskonałą okazją na strzelenie kilku goli.

Jeżeli niedzielne spotkanie Chelsea z Tottenhamem to mecz na szczycie, sobotnią rywalizację West Bromu z Sheffield możemy określić mianem meczu na samym dole estraklasowej otchłani. Kolorem zmagań na The Hawthorns jest czerwony. Czerwień kojarzy się nie tylko z pasami na koszulkach gości, ale także z dramatyczną formą obu ekip. Zwycięstwo tradycyjnie przedstawiamy barwą zieloną, remis – żółtą, a porażkę rysujemy czerwoną kredką. Slaven Bilić trzy razy z rzędu postawił w swoim zeszycie wielkie, krwiste L, natomiast Chris Wilder zrobił to aż cztery razy. O ile The Baggies miewają jakieś przebłyski dobrej gry, o tyle The Blades w tych rozgrywkach wojują tępą szablą. I to na dodatek drewnianą. Podział punktów po bezbarwnych i bezbramkowych 90 minutach i kontynuacja statusu quo na dnie – tak zapowiada się ostatni pojedynek soboty z ligą angielską. Jeszcze tylko w poniedziałek swój mecz przegra Fulham i wesoła gromadka zamelduje się w komplecie. A przegra na pewno, ponieważ Scotty Parker i spółka jadą na King Power Stadium, gdzie ugości ich Leicester. Królewska wieczerze czy raczej małe party w stylu Jamiego Vardy’ego? Snajper Lisów jest w gazie – w siedmiu ostatnich spotkaniach pięciokrotnie wpisał się na listę strzelców. W czwartek wszedł na murawę w 61. minucie i w ostatniej akcji meczu z Bragą uratował jeden punkt, dzięki któremu Anglicy są pewni awansu do kolejnej rundy. Obecność w 1/16 finału Ligi Europejskiej zapewnił sobie także Arsenal, który gładko rozprawił się z Molde. Graczem meczu według Sky Sports został Nicolas Pepe – ten sam, który w zeszłą niedzielę wyleciał z boiska za uderzenie głową Egzjana Alioskiego. Dobrą dyspozycją Iworyjczyka nie muszą martwić się ligowi rywale Kanonierów, czyli Wolverhampton, bowiem były zawodnik Lille został ukarany trzema ligowymi meczami pauzy. Na The Emirates raczej nie zobaczymy festiwalu strzelectwa – wystarczy wspomnieć, iż obie ekipy w dziewięciu dotychczasowych kolejkach zdobyły tylko dziewięć bramek. Na domiar złego gospodarze dwa ostatnie ekstraklasowe starcia zakończyli za zero z przodu. Fanów The Gunners martwi fatalna dyspozycja Pierre’a-Emericka Aubameyanga, który w tym sezonie tylko dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Złośliwi powiedzą, że Gabończyk nie ma się co smucić, ponieważ z pewnością dołączy do swojej gabloty klubową statuetkę za gola miesiąca w Premier League. Tak, w listopadzie Arsenal zapisał na swoim koncie tylko jednego gola. I tak, padł on po strzale z rzutu karnego.

Więcej emocji powinniśmy się spodziewać po dwóch pojedynkach, które w jakiś sposób są do sobie podobne. W sobotę Everton zmierzy się z Leeds, natomiast dzień później Southampton podejmie Manchester United. Taki zestaw moglibyśmy określić mianem rywalizacji drużyn, które potrafią grać ofensywnie i przyjemnie dla oka, jednak równocześnie mają niesamowitą zdolność do nagłej zmiany upodobań i prezentowaniu antyfutbolu. Bo jak inaczej nazwać to, co The Tofees wyprawiali w starciu ze Świętymi, United w potyczce z WBA, a Pawie w pojedynku z Lisami? Southampton jako jedyne z tego grona nie zaliczyło w ostatnim czasie spadku formy, jednak we wrześniu podopiecznym Ralpha Hasenhuttla przydarzyła się widowiskowa porażka z Tottenhamem. Każdy przedstawiciel wspomnianej czwórki ma odpowiednich wykonawców, jednak niejednokrotnie pozwalają oni wejść sobie na głowę i dają się zdominować boiskowym przeciwnikom. Czego możemy się spodziewać na Goodison Park i St. Mary’s? Przynajmniej jeden gola Dominica Calverta-Levina, który przewodzi ligowej klasyfikacji strzelców, odblokowania Patricka Bamforda, pogoni United za wynikiem i rzutu karnego, który w jakimś stopniu będzie udziałem Bruno Fernandesa. Tylko tym razem niech VAR będzie nieco bardziej sprawiedliwy.

Najważniejszy mecz 10. kolejki? Niedzielne derby Londynu, czyli pojedynek ucznia i nauczyciela. Na Staford Bridge przyjedzie Jose Mourinho, opromieniony efektownym zwycięstwem nad bułgarskim Łudogorcem, gdzie zmierzy się z Frankiem Lampardem, tak samo zadowolonym, a jednocześnie wdzięcznym Bogu za Olivera Giroud. Tym razem nie powinniśmy się spodziewać piłkarskich szachów. Chociaż Portugalczyk to wybitny strateg i ten mecz zapewne już zdążył wielokrotnie rozegrać w swoim umyśle, nie jestem w stanie uwierzyć, że Koguty zamierzają stawiać autobus i grać z kontry. Chociaż kontrataki okazały się zabójczą bronią w starciu z Obywatelami, The Blues prezentują zdecydowanie odmienny styl od ekipy Guardioli, co pozwala liczyć na huraganowe ataki z obu stron, już od pierwszych minut. W końcu nie po to sprowadzano Wernera i Ziyecha, by ograniczać ich pomysłami hiszpańskiego wirtuoza. A jeżeli po drugiej stronie barykady staną fenomenalni w tym sezonie Kane i Son, wspierani przez Bergwijna czy Bale’a, zapowiada się fantastyczne widowisko. Obaj szkoleniowcy nie muszą przejmować się zmęczeniem materiału po meczach w środku tygodnia – zarówno The Blues, jak i Spurs dysponują na tyle szeroką kadrą, że w niedzielne popołudnie na boisku powinniśmy zobaczyć (prawie) pełny przegląd wojsk. Zabraknie tylko Christiana Pulisicia i Matta Doherty’ego.

Zmagania tej serii zakończymy, a jakże, w stolicy. West Ham zmierzy się z sąsiadem z ligowej tabeli, czyli Aston Villą. I tym razem obie ekipy nie stoją ramię w ramię na grząskim gruncie okolic strefy spadkowej – drużyna Deana Smitha zajmuje 7. lokatę, natomiast Młoty plasują się na 8. miejscu. W tym przypadku poniedziałek nie musi być nudny. Zarówno The Villans, jak i gospodarze tego starcia prezentują całkiem przyjemny wizualnie futbol, o czym świadczy między innymi bilans bramkowy jednych i drugich. Wzrok piłkarskiego światka będzie skupiony na Jacku Grealishu – kapitan Lwów zapewne ma w planach wzięcie srogiego rewanżu za porażkę z Brighton, a że akurat los przydzielił mu podopiecznych Davida Moyesa, którzy zaliczyli dwa zwycięstwa z rzędu, tym lepiej dla widowiska.

Komentarze