Ole Gunnar Solskjaer (L) i Marcus Rashford
Ole Gunnar Solskjaer (L) i Marcus Rashford PressFocus

Telegram z Wysp: Uwaga! Oglądanie Manchesteru United szkodliwe dla zdrowia

Dwóch rannych, żadnego zabitego. Mourinho nie dał lekcji Lampardowi, uczeń nie okazał się lepszy od mistrza. Na Stamford Bridge oglądaliśmy więcej żółtych kartek niż celnych strzałów. Ile goli padło w starciu londyńskich gigantów? Złośliwi powiedzą, że zero, Timo Werner powie, że jeden. Prawda leży pośrodku – Niemiec trafił, ale ze spalonego. Jednak nie powinniśmy oceniać całej kolejki, patrząc wyłącznie przez pryzmat spotkania awizowanego jako absolutny hit.

Czytaj dalej…

Roy Keane stwierdził, że oglądanie Manchesteru United nie jest dobre dla zdrowia. Legendarny Irlandczyk wypowiedział te słowa w przerwie rywalizacji Czerwonych Diabłów z Southampton. Na tablicy świetlnej widniał wynik 2-0 dla Świętych – główka Bednarka i perfekcyjnie wykonany rzut wolny przez Jamesa Warda-Prowse’a. Byłemu kapitanowi ekipy z Old Trafford należy przyznać rację. Jeżeli nasze serce bije dla United, niemal przy każdym pojedynku, niezależnie od klasy przeciwnika, możemy skończyć z podejrzeniem zawału na oddziale ratunkowym najbliższego szpitala.

Podopieczni Ole Gunnara Solskjaera znowu to zrobili – doprowadzili swoich fanów do rozpaczy, by później wprawić ich w ekstazę. Co wiemy po efektownym comebacku na St. Mary’s? Manchester jest zjednoczony. Norweg ma do dyspozycji zawodników, którzy tworzą drużynę, co nie zawsze jest oczywiste w wielkich klubach. A może ostatnie wyniki to zasługa… absencji Paula Pogby? Temat Francuza wracajak bumerang. Z jednej strony były piłkarz Juventusu ma w sobie to “coś”, z drugiej – ma też to “coś”, co negatywnie wpływa na dyspozycję całej ekipy. Między liczbą jego zwolenników, a liczbą przeciwników możemy postawić znak równości. Gwiazdora Les Bleus zabrakło w trzech kolejnych potyczkach i każdą z nich United wygrali. Czasami z ogromnymi problemami (patrz West Brom), ale zwycięstwo to zwycięstwo. Jeżeli Pogby nie obejrzymy w zmaganiach z PSG, możemy być spokojni o wygraną. Być może paryżanie zechcą wziąć go na Parc des Princes. Ole powinien uśmiechnąć się szeroko i pomachać Paulowi na pożegnanie, w drugiej ręce trzymając walizkę z odpowiednim wynagrodzeniem za jego kartę.

Trener Manchesteru już teraz może podziękować władzom francuskich hegemonów za ich brak wiary w umiejętności Edinsona Cavaniego. W Parku Książąt zabrakło tronu dla Urugwajczyka, co wykorzystały Czerwone Diabły, proponując mu dołączenie do swojego piekielnego królestwa. Oczywiście doświadczony snajper nie zajął najbardziej zaszczytnego miejsca, jednak nie możemy wykluczyć, że występem przeciwko Świętym zwrócił uwagę gospodarza, który zaproponuje krzesło bliżej siebie. 34-latek zaliczył na St. Mary’s tak porywające 45 minut, że The Athletic poświęcił jego dyspozycji osobny artykuł. Paul Anka rozpoczął swoją analizę w niezwykle trafny sposób: “czasami potrzebujesz matadora, by poradzić sobie z napierającym przeciwnikiem”. Jaki przydomek nosi Cavani? Chyba nie musimy przypominać. Reprezentant Urugwaju doskonale wykorzystał otrzymany czas i co najważniejsze – przestrzeń. El Matador przy pierwszym trafieniu świetnie wypatrzył Bruno Fernandesa i zagrał piłkę między dwóch zawodników rywali. Przy drugiej akcji bramkowej niemal wszyscy na murawie skupiają wzrok na Portugalczyku, podczas gdy Cavani jest skupiony na ewentualnej dobitce. Trzeci gol to także zasługa znakomitej inteligencji przestrzennej nowego nabytku United. Po ostatnim gwizdku Jimmy Floyd Hasselbainki i Ian Wright komplementowali postawę napastnika, a Solskjaer stwierdził, że “posiada on wszystkie atrybuty piłkarza klasy światowej”. Jeżeli kibice drużyny z Old Trafford mieliby dzisiaj zaproponować pretendenta do brytyjskiego tronu, z pewnością wysunęliby kandydaturę swojego bohatera. Myślę, że obejdzie się bez korony – Matadorowi wystarczy miejsce w wyjściowym składzie w kilku następnych kolejkach. Czyim kosztem? Szanownego Pana Nieskutecznego, czyli Anthony’ego Martiala.

Czy Manchester znowu może być wielki? Momentami już jest, jednak ciągle nie tak wielki, jak wielki w tej chwili jest West Ham. Zabieg hiperbolizacji został użyty w zamierzony, ale także poniekąd zasłużony sposób. Czy ktokolwiek po 10 kolejkach spodziewał się Młotów na uwaga – Łukasz Fabiański i Jarrod Bowen proszą o fanfary – 5. miejscu. Tak, David Moyes właśnie pije poranną kawę, rozkoszując się zapachem nie świeżego napalmu, a czterech punktów straty do liderującego duetu. Tym razem na rozkładzie Szkota znalazła się Aston Villa. Ta sama Aston Villa, która potrafiła wygrać z Leicester, Liverpoolem i Arsenalem. Lwy nie mają szczęścia do VAR-u, natomiast londyńczycy w swoich szeregach mają wspomniany wcześniej duet. Bowen napracował się w ofensywie, a Fabian zrobił to, do czego przyzwyczaił kibiców The Hammers, czyli uratował im wynik. West Ham, jako przedstawiciel licznej grupy stołecznych ekip, postanowił zmazać plamę futbolowego wstydu, jaka pojawiła się na honorze stolicy po starciu Tottenhamu z Chelsea. Jednak po tej serii gier Londyn nie jest smutny – w pierwszej piątce znajdziemy aż trzech jego reprezentantów. Koguty, The Blues, Młoty. Gdzie jest Arsenal? Między Newcastle, a Crystal Palace, czyli na 14. pozycji. Kanonierom po porażce z Wolves tak samo blisko do ekipy Jose Mourinho, jak i przedostatniego Burnley.

Rozczarowanie kolejki: Leicester City

Zremisować z Fulham to sztuka. Przegrać? Wyczyn godny uwagi. Lisy dały się zaskoczyć niżej notowanemu przeciwnikowi i zmarnowały szansę na doskoczenie do przewodzącego stawce duetu. Podopieczni Brendana Rodgersa nawet nie oddali więcej celnych strzałów niż The Cottagers, co doskonale obrazuje skalę osobliwości tej porażki. A jeżeli dodamy do tego fakt, iż ich rywale wykorzystali pierwszy rzut karny po trzech kolejnych nieudanych próbach, triumf ekipy Scotty’ego Parkera okaże się jeszcze bardziej absurdalny. Chociaż na boisku był obecny Jamie Vardy, żadnego party nie zaobserwowaliśmy. Oszukani czują się nie tylko kibice Leicester, ale także gracze Fantasty Premier League, którzy masowo przyznawali Anglikowi opaskę kapitana. W końcu Jamie w miniony czwartek dał im do tego powód.

Wydarzenie kolejki: uraz Raula Jimeneza

O tym, jak niebezpieczne są uderzenia w głowę, chyba nikomu nie trzeba mówić. Sympatycy angielskiej ekstraklasy, mając w pamięci urazy Petra Cecha i Ryana Masona, spodziewali się najgorszego. Zderzenie Davida Luiza z Raulem Jimenezem wyglądało po prostu makabrycznie. Meksykanin stracił przytomność i wprost ze stadionu został przetransportowany do szpitala, gdzie wczoraj przeszedł operację czaszki. Klub informuje, że ich zawodnik czuje się dobrze, jednak spędzi kilka dni pod baczną obserwacją lekarzy. Tak naprawdę trudno przewidywać jaka przyszłość czeka snajpera Wilków. Pojedynki powietrzne to nieodłączna część boiskowej pracy napastnika. Czy były piłkarz Benfiki wróci do gry? A jeżeli tak, czy pokona strach, który może towarzyszyć każdej główce?

Bohater nieoczywisty: Callum Wilson

Porażka Crystal Palace nie jest niczym zaskakującym. Orły bez Wilfrieda Zahy właściwie nie istnieją, co potwierdziło się także w piątek. Jednak na Selhurst Park długo utrzymywał się bezbramkowy remis, a Newcastle nie wypracowało zdecydowanej przewagi, więc kibice gospodarzy mieli nadzieję na przynajmniej jeden punkt. I wtedy pojawił się on, Callum Wilson. Wytrawny strzelec, czekający na dogodną okazję, na chwilę dekoncentracji szeregów defensywnych rywali. Najpierw Joelinton do Wilsona, dwie minuty później Wilson do Joelintona i z 0:0 zrobiło się 2:0 dla Srok. Wybitnemu napastnikowi niekiedy nie potrzeba nawet pół okazji, by trafić do siatki. Były piłkarz Bournemouth dostał zdecydowanie więcej niż wspomnianą połówkę, a jak wiemy, takich prezentów nie zwykł marnować. Gdyby jego absencja przedłużyła się o kolejny tydzień, niewykluczone, że w Londynie nie obejrzelibyśmy ani jednego gola. A tak byliśmy świadkami dwóch bramek i trzech punktów dla ekipy Steve’a Bruce’a.

Komentarze