Holandia – Polska: mecz pod zawał serca, plama z Brukseli zmazana

Holandia - Polska
PRessFocus Na zdjęciu: Holandia - Polska

Emocjonalnie trudno było udźwignąć ten mecz, ale na końcu liczy się wynik. A ten jest zadziwiająco dobry. Polska zremisowała w Rotterdamie z Holandią 2:2 (1:0) w swoim trzecim występie w Lidze Narodów i zmazała plamę z Brukseli.

  • Polska sensacyjnie prowadziła już 2:0, ale na końcu to dla Biało-Czerwonych remis był jak przedwczesna gwiazdka
  • Holendrzy w końcówce zmarnowali rzut karny
  • Kolejny mecz w Lidze Narodów już we wtorek. Rywalem na Stadionie Narodowym będzie Belgia

Byle nie było strat

Korespondencja z Rotterdamu

– Gdybyśmy popełniali takie straty, jak z Belgią, w meczu z Walią, stracilibyśmy maksymalnie dwie bramki. Ale gdy piłkę przechwytuje drużyna na światowym poziomie, kończy się to dużo gorzej. Musimy zrobić wszystko, by przeciwko Holandii wyeliminować te straty, bo to drużyna tej samej klasy co Belgia – te słowa Czesław Michniewicz powtarzał jak mantrę przez ostatnie dni. To w nich widział klucz do dania sobie jakichkolwiek szans w meczu w Rotterdamie. Skład, na jaki planował się zdecydować, był kwestią drugorzędną.

Bo ten musiał sporo odbiegać od ogólnie przyjętej normy. Przy tym natężeniu meczów granie tymi samymi zawodnikami co trzy dni byłby taktyką samobójczą. I na pewno nie maksymalizowałby możliwości na urwanie punktów.

Ale co z tymi stratami? Były. Pierwsza Jacka Góralskiego, druga także tego zawodnika. Wydawało się, że dość szybko daje powody Michniewiczowi, by ten myślał o zmianie. Na szczęście później się odkręcił, a niestety straty w niebezpiecznych rejonach boiska popełniali też inni. Bardzo niebezpiecznie grał Grzegorz Krychowiak, który swoim faulem w środku pola zmusił arbitra, czy w skali, w jakiej sędziowie oceniają przewinienia, dać tylko 7,5 (żółta kartka), czy już 8 (czerwona). Krychowiakowi się upiekło, podobnie jak później w polu karnym, gdy spokojnie Holendrom można było przyznać jedenastkę.

Zaliczka stracona w chwilę

Polska prowadziła wtedy już 1:0, bo wcześniej na lewym skrzydle piłkę sprytnie do Nicoli Zalewskiego wycofał Piotr Zieliński, a wahadłowy Romy przerzucił ją do Matty’ego Casha. Ten bezkompromisowo wpadł w pole karne i nie robiąc sobie nic z asysty obrońcy, strzelił precyzyjnie w dalszy róg bramki.

Był to jedyny strzał Polaków w pierwszej połowie, ale wcale nie oznaczało to, że we własnym polu karnym zaparkowali autobus. Do okolic 30-35. minuty celem była kontrola tego, co na naszej połowie, dopiero od tego momentu Holendrzy zupełnie zepchnęli nas do defensywy. Nie stwarzając jednocześnie okazji, po której faktycznie mogły zadrżeć nam serca.

Zadrżały po zmianie stron i to wielokrotnie, bo scenariusz bardziej przypominał ten znany z piłki, ale ręcznej. W 50. minucie – po okresie ponownej dominacji gospodarzy – Krzysztof Piątek na moment zmienił się ze średniego napastnika w rozgrywającego najwyższej klasy. Po jego podaniu Przemysław Frankowski i Piotr Zieliński stanęli we dwójkę przed Jasperem Cillesenem. Pierwszy podał, drugi wykończył strzałem do pustej bramki. Pierwotnie sędzia dopatrzył się spalonego, ale interwencja VAR zmienuła decyzję.

Nie mogliśmy wtedy jeszcze wiedzieć, że sześć minut później będzie 2:2. Najpierw Davy Klaasen wykończył dośrodkowanie Daleya Blinda, później Denzel Dumfries wykorzystał podanie Memphisa Depaya. W pierwszej z tych sytuacji Polacy domagali się odgwizdania faulu, w drugiej sędzia znów pokazał spalonego. Ostatecznie jednak oba gole zostały uznane.

Drżenie do końca

Pojawiły się demony sprzed trzech dni, bo – parafrazując popularne powiedzenie – było to zbyt podobne, by oglądać spokojnie. Jednak Polacy udźwignęli presję wynikającą z tak szybkiej straty wyniku. Mało tego – coraz groźniej kontrowali próbując odgryzać się Holendrom za ich przewagę. Z jednej strony boiska spokoju nam nie dawali Steven Berghuis i Memphis Depay, z drugiej – przy odrobinie szczęścia Krzysztof Piątek mógł się wpisać na listę strzelców. Ale zachowując uczciwość, Holendrzy zrobili wiele, by wygrać.

To oni w ostatnich fragmentach nie pozwolili nam na wyjście z własnego pola karnego i ostatecznie wywalczyli w końcówce rzut karny, który sędzia odgwizdał po obejrzeniu powtórek. Zagranie ręką Matty’ego Casha nie podlegało dyskusji, ale na szczęście Memphis Depay trafił w słupek. Podobnie jak trzy lata wcześniej Andrij Jarmolenko, gdy poprzednio Łukasz Skorupski musiał bronić jedenastkę. Chwilę później polski bramkarz wyjął spod poprzeczki kolejny strzał Depaya, a Polacy mogli świętować remis. Wywalczony w takich okolicznościach, nawet pomimo prowadzenia 2:0, musiał smakować wyjątkowo.

Komentarze