Robert Lewandowski
Robert Lewandowski fot. Grzegorz Wajda

Z Włochami tylko wynik jest normalny. Reszta przeraża

Trudno się było przyczepić o cokolwiek, co od października robił Jerzy Brzęczek. W jego decyzjach był sens, kadra zrobiła się szeroka jak nigdy, zgadzały się wyniki. Dwa z ostatnich czterech meczów zagraliśmy w imponującym stylu, trzeci tak, by skutecznie zneutralizować znacznie mocniejszego przeciwnika. Ale jednak w przypadku selekcjonera wyszło, co najwidoczniej musiało: jak nie potrafisz, to nie potrafisz, oganicza cię twój sufit. Rywale o sile Włochów weryfikują twoje możliwości.

Czytaj dalej…

Zacznijmy od tego, co jest prawdą i co Jerzy Brzęczek na pewno chętnie by powiedział, tylko nie chciał, by media i kibice znów go zjedli. Jesteśmy reprezentacją o przeciętnym potencjale. Z przodu biega najlepszy aktualnie piłkarz świata, ale piłki dogrywają mu skrzydłowi Dynama Moskwa, Derby County i piłkarz, który nie mieści się w meczowej kadrze West Browmich. Rynek z jakiegoś powodu umieścił Jacka Góralskiego w Kajracie Ałmaty, a solidnych zawodników pokroju Bartosza Bereszyńskiego, Kamila Glika, Jana Bednarka, czy Karola Linettego w Europie jest na pęczki. W skali Europy zawodnicy anonimowi. Mamy skład, który pewnie zawsze pokona słabszych od siebie i powalczy z równymi.

Co się stanie w pojedynku z dużo lepszym przeciwnikiem miało zweryfikować niedzielne starcie, po niezłym październiku wszyscy gdzieś tam w głębi siebie wierzyliśmy, że tak złego meczu jak we wrześniu z Holandią już nie zobaczymy. I w sumie jest to prawda, bo – co wtedy wydawało się nierealne – zagraliśmy jeszcze gorzej. Nie stworzyliśmy żadnej bramkowej sytuacji, ba, choćby jej zalążka, nie było nawet mowy o legendarnym dobrym przesuwaniu się. Symboliczny był moment w pierwszej połowie, gdy przy jednej z akcji Włochów cała czteroosobowa polska obrona stała na 8. metrze, a cała pięcioosobowa pomoc – na 15. Przy wybiciu Jakuba Modera na oślep, któryś z rywali zgarnął piłkę 30 m od naszej bramki i miał kilkanaście metrów wolnej przestrzeni, by zrobić z nią, co chce. Z Holandią zagraliśmy, by przetrwać, z Włochami – nawet nie udawaliśmy, że można tego dokonać. Rolą trenera słabszej drużyny jest wycisnąć z niej maksimum, zasypywać różnicę jakości własnymi umiejętnościami motywacyjnymi, taktycznymi i selekcyjnymi (jedyny element, w którym nie można mieć do Jerzego Brzęczka żadnych uwag). Mieć pomysł i potrafić go wdrożyć. Często przegrać, ale pokazać, że przy odrobinie szczęścia wynik mógł wyglądać dużo lepiej. Nas szczęście utrzymało przy 0:2, bo gdyby go zabrakło, nie moglibyśmy narzekać na 0:5. Tutaj jest najwidoczniej sufit trenera kadry i nawet trudno mieć do niego o to pretensje, sam się nie nominował.

Teraz czeka nas więc wysłuchiwanie, że z Włochami przegrać nie wstyd i przekonywanie, że myślenie o wygraniu grupy z Italią i Holandią byłoby mało poważne. Tyle, że kto na serio o tym myślał? Między byciem pierwszym w grupie, a nawiązaniem jakiejkolwiek walki z mocniejszym rywalem jest przestrzeń jeszcze większa niż po tym wybiciu Modera, o którym pisałem wyżej. Nikt nie liczy, że my zaczniemy zdobywać trofea, naprawdę, bijąc lepszych po głowie. Ja chcę widzieć drużynę, która choć próbuje nie być od nich gorsza. Udowodnić, że raz na pięć meczów mogłaby ich pokonać. Tyle. Kadra Brzęczka zagrała do tej pory siedem spotkań z ekipami z europejskiego top 10, żadnego z top 3, nie wygrała ani raz, w każdym z czterech, w których przegrała, jakością gry została rozwalcowana.

Były przesłanki, by wszystkie złe mecze po wrześniu odciąć grubą kreską, ale wtedy jak zawsze przyszła weryfikacja. Właściwie to jedyne, w czym drużyna Brzęczka ma ciągłość od początku. Z 23 spotkań pod wodzą jako “tragiczne” można zapisać pięć, jako “bardzo słabe” cztery kolejne (a kryterium jest naprawdę luźne, do żadnej z tych grup nie wrzuciłem remisu 1:1 z Irlandią z początku kadencji). W dziewięciu na 23 mecze reprezentacji Polski nie dało się oglądać – to 40 proc.

Bartosz Bereszyński po Włochach wyszedł przed kamerę i powiedział: nie poznawałem dziś reprezentacji Polski. Optymista. Ja tę twarz kadry widzę od dwóch lat niemal co drugie spotkanie (uśredniając).

Zresztą wywiady pomeczowe przejdą do historii. Zanim dojdziemy do Roberta Lewandowskiego, mieliśmy wspomnianego Bereszyńskiego i Kamila Glika. Pierwszy mówił o kuble zimnej wody, drugi rzucił: być może dobrze, że zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Mam nadzieję, że to tylko mowa-trawa, bo jednak odlecieć po ostatnim miesiącu to jednak byłaby sztuka. Jeśli oni naprawdę po bardzo fajnym październiku, na który czekaliśmy dwa lata (a i czerwień Bośniaka pomogła), mieli poczucie wielkości, zaledwie dwa miesiące po Amsterdamie, to chyba nie zdajemy sobie sprawy ze skali dramatu tej reprezentacji.

I gdy wydawało się, że wszystko, co najbardziej druzgocące już zobaczyliśmy, do wywiadu stanął Robert Lewandowski i pokazał, że my nie tylko jesteśmy w miejscu, gdzie kończą się plecy, a się tam rozgościliśmy. Ponad siedem sekund milczenia po pytaniu Jacka Kurowskiego o plan na mecz z Włochami, który doprowadzić miał do korzystnego wyniku, było bardziej wymowne, niż każde ze słów, jakie padło tego wieczora. Oczywiście teraz zacznie się odkręcanie tego wywiadu, mówienie o nadinterpretacji, na konferencji padnie, że nie ma żadnego problemu, a Robert po prostu się zastanawiał, dziennikarzom będzie się wmawiać, że szukają dziury w całym, ale musicie wiedzieć jedno – miałem okazję z Lewandowskim rozmawiać kilka razy i wiem, że to jest typ tak inteligentny, że ludzie nawet nie przypuszczają, jak bardzo. Jestem przekonany, że on tę ciszę wymyślił słuchając pytania, że ją sobie wtedy zaplanował. Mógł walić banałami o walce, o uczulaniu trenera na to, czy tamto, ale z jakiegoś powodu nie chciał.

Mecz z Włochami był na wielu poziomach przerażający. Przez ostatnich kilka tygodni kadra rosła, pierwszy raz za kadencji Jerzego Brzęczka wyraźnie dało się zauważyć właściwy kierunek, ale przyszedł mecz z poważnym rywalem i właściwie każdy “niepewniak” został zweryfikowany negatywnie. Arkadiusz Reca gra naprawdę dobry sezon w Crotone, tyle, że na zupełnie innej pozycji niż w kadrze – będąc na wahadle, w dużej mierze odpowiada za kreowanie akcji ofensywnych i z tego wywiązuje się doskonale, być może nawet jest najlepszym piłkarzem swojej drużyny. Ale Brzęczek potrzebuje lewego obrońcy do bronienia, a u Recy wygląda to bardzo słabo. Sebastiana Szymańskiego, Kamila Jóźwiaka i Jakuba Modera w niedzielę w ogóle nie było na boisku (choć formalnie dopiero od drugiej połowy), a Jacek Góralski potrzebował 10 minut biegania za piłką, by się zagotować i postanowić rozwiązać problem przez faul na czerwoną kartkę.

Po dwóch latach pracy Jerzego Brzęczka i siedmiu meczach z bardzo silnymi rywalami, my wciąż nie wiemy, jak grać z Hiszpanią, by mieć szansę na cokolwiek. Doszliśmy do momentu, gdy przegrana sama w sobie jest naszym najmniejszym problemem.

Komentarze