Wioślarski klub podebrał nam Sousę. Są jak Real Madryt, kochają ich miliony

CR Flamengo
PressFocus Na zdjęciu: CR Flamengo

Kibice w Europie nie zdają sobie sprawy z popularności jaką w Ameryce Południowej cieszy się CR Flamengo. Działacze brazylijskiego klubu nie mogli przeboleć porażki w niedawnym finale Copa Libertadores i pożegnali trenera Renato Gaucho. Liczą, że lekiem na ich obecne problemy będzie opuszczający Polskę Paulo Sousa.

  • W Brazylii i całej Ameryce Południowej nie ma klubu z większą rzeszą kibiców. Flamengo to prawdziwy fenomen, który można porównać do europejskiego Realu Madryt
  • W ostatnich latach Flamengo powróciło na szczyt. Zapoczątkowało to przybycie do klubu Jorge Jesusa, który zdobył z zespołem mistrzostwo Brazylii i puchar Copa Libertadores
  • W minionym sezonie Flamengo zajęło drugie miejsce w lidze i przegrało finał Copa Libertadores. Stąd decyzja o poszukaniu nowego szkoleniowce. Ofertę brazylijskiego giganta przyjął Paulo Sousa

Trenerów zmieniają jak rękawiczki

Można odnieść wrażenie, że działacze CR Flamengo błądzą niczym dzieci we mgle. Odkąd w lipcu 2020 roku rozstali się z Jorge Jesusem klub zatrudniał trzech kolejnych szkoleniowców. Ten ostatni, Renato Guacho nie zdołał doprowadzić klubu do mistrzostwa Brazylii i triumfu w Copa Libertadores. W decydującym, finałowym meczu z października tego roku Flamengo przegrało po dogrywce z Palmeiras 1:2.

Nie zmienia to faktu, że ostatnie lata były dla tego brazylijskiego giganta naprawdę udane. W 2019 roku po 10 latach przerwy Flamengo sięgnęło po upragnione mistrzostwo kraju. Następnie Czerwono-czarni wygrali też latynoski odpowiednik Ligi Mistrzów, czyli Copa Libertadores. Apetyty przed sezonem 2021 były jednak rozbudzone tak bardzo, że drugie miejsce w lidze i porażkę w finale kolejnej edycji CL uznano za rozczarowanie. Stąd też decyzja działaczy o zmianie na pozycji szkoleniowca. Ostateczni wybór padł na Paulo Sousę, który zdecydował się dołączyć do brazylijskiego klubu kosztem reprezentacji Polski.

Zaczynali jako klub wioślarski

Flamengo nazywa się często Realem Madryt Ameryki Południowej. Pierwsze dekady istnienia tego klubu nie wskazywały jednak wcale na to, że stanie się on lokalnym gigantem. Założono go w 1895 roku. Co ciekawe Flamengo było wówczas tylko i wyłącznie klubem… wioślarskim. Dopiero później, w 1912 roku, otworzono tam sekcję piłkarską.

Pomimo licznej rzeszy fanów Flamengo nie odgrywało znaczącej roli w złotej erze brazylijskiego futbolu. Dominowały wówczas takie kluby jak Santos (w składzie którego grał wielki Pele) czy też Botafogo popularnego Garrinchy.

Wszystko zaczęło zmieniać się począwszy od lat 80., kiedy Flamengo sięgnęło po pierwsze mistrzostwo Brazylii. W składzie mieli wówczas jednego z najlepszych graczy tamtych czasów, Zico. Doprowadził on Flamengo do czterech kolejnych tytułów na krajowym podwórku. Razem wygrali też Copa Libertadores, a następnie Puchar Interkontynentalny.

Byli blisko upadku

Gdy rok po mundialu 1994 do klubu trafił Romario media spodziewały się, że dominacja Flamengo w Ameryce Południowej będzie kontynuowana. Stało się jednak inaczej. Klub popadł w długi i otarł się o bankructwo. Niewiele brakowało, a po raz pierwszy w historii spadłby do niższej klasy rozgrywek.

Jeszcze w 2013 roku dług Flamengo opiewał na ponad 200 milionów dolarów. Zmiany u władz i reorganizacja finansów pozwoliły jednak wygrzebać się z dołka. Na sukces sportowy czekać musieli jednak do 2019 roku. To właśnie wtedy udało się zatrudnić cenionego za swoją pracę w Europie Jorge Jesusa. Gdy przybył do klubu Flamengo zajmowało trzecią lokatę w tabeli ze stratą ośmiu punktów do lidera. Pięć miesięcy później zespół ten był już na czele i sięgnął po upragnione mistrzostwo kraju. Przewaga nad drugim Santosem wyniosła aż 16 punktów.

Kibice za nimi szaleją

Jak wynika z badań przeprowadzonych w 2020 roku tylko w samej Brazylii Flamengo kibicuje aż 40 milionów kibiców. Pod tym względem klub ten wyprzedza Santos czy Palmeiras. A trzeba przy tym pamiętać o rzeszach fanów rozsianych po całej Ameryce Południowej, a także innych zakątkach świata.

Flamengo zostało docenione przez FIFA, która umieściła go na dziewiątym miejscu na liście najlepszych zespołów piłkarskich XX wieku. Ze względu na ciemny kolor koszulek w latach 70. ubiegłego wieku kibice rywali zaczęli przezywać piłkarzy i fanów Flamengo sępami. Z czasem to pejoratywne określenie przemieniono na coś pozytywnego. Dziś sęp jest maskotką tego klubu, a fani sami używają tego przydomku na stadionie. Jeśli już o obiekcie mowa, swoje mecze rozgrywają na legendarnej Maracanie.

To właśnie Flamengo może poszczycić się frekwencyjnym rekordem w Brazylii. W 1983 roku na finale mistrzostw krajowych przeciwko Santosowi zgromadziło się aż 155 tysięcy widzów. Sępy wygrały wówczas 3:0.

Mieli Zico i Ronaldinho

Obecnie w składzie Flamengo gra kilku piłkarzy, którzy robili karierę w Europie. Należą do nich David Luiz, Filipe Luiz czy Diego. W przeszłości w czarno-czerwonej koszulce występowały takie gwiazdy jak wspomniany Zico czy Ronaldinho. Działacze od lat nieustannie podkreślają jednak jedno – ich najważniejszym ogniwem są kibice. To właśnie dla nich zastrzeżono symbolicznie numer 12. Obecnie mecze na Maracanie ogląda średnio 55 tysięcy widzów.

Już niebawem tamtejsza publiczność będzie oklaskiwać nikogo innego jak Paulo Sousę. Od czasu zatrudnienia Jorge Jesusa portugalscy trenerzy kojarzą się Brazylijczykom z sukcesami. Zwłaszcza, że Abel Fereira, który prowadzi z powodzeniem Palmeiras, też pochodzi z tego kraju. “Flamengo się nie odmawia” – napisał swego czasu dziennik O Dia. Decyzja Sousy, który zdecydował się porzucić reprezentację Polski, tylko potwierdza tę regułę.

Komentarze