Nikt nie ma immunitetu przed spadkiem. Wisła na krawędzi

Piłkarze Wisły Kraków
PressFocus Na zdjęciu: Piłkarze Wisły Kraków

Ostatnie zwycięstwo w połowie grudnia, a przecież – choć za oknami śnieg – mamy wiosnę pełną gębą, wjechaliśmy już w drugi kwartał 2022 roku. 4 punkty straty do bezpiecznego miejsca w tabeli, za to zaledwie jedno “oczko” przewagi nad ekstraklasową czerwoną latarnią z Niecieczy. Efekt nowej miotły? Jerzy Brzęczek jeszcze jako trener Wisły Kraków nie wygrał, choć przecież po drodze miał m.in. mecz pucharowy z III-ligową Olimpią Grudziądz. 

Najwięksi optymiści, najbardziej entuzjastyczni spośród fanów Wisły Kraków, muszą dzisiaj coraz mocniej oswajać się z pytaniem… Ha. Z pytaniem “czy Biała Gwiazda może spaść z ligi” każdy już się oswoił. Dzisiaj trzeba chyba raczej odpowiadać: “co musi się stać, by Biała Gwiazda tego spadku uniknęła”. 

I od razu podpowiadamy, że odpowiedź: “bo to Wisła Kraków i ona nigdy nie spadnie” nie do końca nadąża za rzeczywistością. Historia jest bowiem ważna, ale nie wychodzi na boisko: – Czasy Cupiała możemy zostawić już jako te, których miejsce jest w książce stojącej na półce – mówi nam Mateusz Miga, dziennikarz TVP i autor książki “Sen o potędze”, poświęconej Wiśle jej złotych czasów – Wspominanie ich, nawiązywanie do nich, może wręcz szkodzić. Trochę pomagało przy rozmowach transferowych, bo wielu piłkarzy niezdecydowanym wskazywano tę historyczną stronę: patrzcie, to klub, który ma teraz problemy, ale niedawno walczył o tytuły i chcemy na to miejsce wrócić. Ale to tak naprawdę dawne dzieje. Trzeba skupić się na tu i teraz. Na tym jak sobie radzić w obecnej rzeczywistości.

Nieznośna lekkość punktowania (Warty Poznań)

Przede wszystkim trzeba sobie jasno to podkreślić już na wstępie: przyczyną całego zamieszania jest tak naprawdę Warta Poznań. Długimi fragmentami obecnego sezonu wszystko wydawało się jasne: na dole mamy czwórkę drużyn odstających od peletonu, którą tworzy dwójka beniaminków – Bruk-Bet Nieciecza i Górnik Łęczna, a także beniaminek sprzed roku – Warta Poznań. D’Artagnanem przy tej trójce muszkieterów była Legia Warszawa, ale ją – tak jak i D’Artagnana – ozdabiano gwiazdką, swoistym zastrzeżeniem: są zbyt mocni, by spaść, niedługo się odbiją, w ten czy inny sposób. 

Ekstraklasowe niziny poklepywały się więc po plecach i pocieszały: jest Bruk-Bet, Górnik i Warta, więc spaść raczej nie spadniemy. No a potem zaczęły się dziać rzeczy wielkie – przede wszystkim w Poznaniu, bo “Zieloni” wygrali 4 z 7 pierwszych spotkań w 2022 roku, ale też i w Łęcznej czy Niecieczy, ponieważ obaj beniaminkowie złapali parę punktów na starcie wiosny. 

Przy jednoczesnym spodziewanym odbudowaniu Legii, problemy zaczęły się w zespołach, które do tej pory mogły uchodzić za bezpieczne. Delikatny pożar pobrzmiewa w wypowiedziach przedstawicieli Zagłębia Lubin, Śląska Wrocław czy Jagiellonii Białystok. Bezpieczni nie czują się nawet ludzie ze Stali Mielec, która przecież zgromadziła na koncie już 33 ligowe punkty. Natomiast tak jak w wymienionych klubach mamy delikatny pożar wywołany sensacyjnym marszem w górę tabeli w wykonaniu Warty, o tyle w Wiśle pożoga pożera już kolejne piętra i za moment może wywrócić cały budynek. 

Bo bez wątpienia na drugim biegunie od “Zielonych” znajduje się właśnie zasłużony krakowski klub. Podczas gdy Warta punktuje nad wyraz dobrze, Wisła punktuje nad wyraz źle. Podczas gdy Warta skorzystała w niesamowity sposób na “efekcie nowej miotły”, Wisła tego efektu nawet nie odnotowała. No i wreszcie kluczowe liczby. Podczas gdy Warta po zimie miała pięć punktów straty do Wisły, tak teraz patrzy na nią z góry, trzymając aż 6 punktów dystansu. 

Powoli staje się jasne – Warta jest na kursie do utrzymania, a gdy ona pozostanie w lidze – jeden z trójki spadkowiczów będzie spadkowiczem sensacyjnym. Niezależnie od tego, czy padnie na Zagłębie, Śląsk, Legię, Jagiellonię czy właśnie Wisłę Kraków – poziom zaskoczenia trzeba będzie określić jako prawdziwą sensację. Aktualnie najbliżej “dokonania” tego wyczynu, jakim jest spadek w towarzystwie dwóch beniaminków jest zespół z Krakowa. 

Zobacz także: Gdzie oglądać mecz Wisła – Piast? Transmisja w TV i online

“Bo to Wisła” już nie działa

Takie podejście “nie, bo nie”, dominowało w Wiśle od dawna. To któryś kolejny sezon walki o utrzymanie, do tej pory się udawało, prędzej czy później to utrzymanie Wisła sobie zapewniała. Ale teraz… teraz sytuacja jest najpoważniejsza. Nie można mówić, że się uda, bo to jest Wisła. Trzeba powiedzieć wprost, że Wisła jest jednym z głównych kandydatów do spadku, w zasadzie trzecim po Bruk-Becie i Górniku Łęczna. Mówi o tym tabela. Mówi punktowanie Wisły wiosną, które jest dramatyczne i stanowi zdecydowany krok do tyłu w porównaniu do rundy jesiennej – mówi w rozmowie z nami Mateusz Miga, dziennikarz i autor książki “Sen o potędze”. 

– W Wiśle było przekonanie, że wiosną szybko pójdzie się do góry i Wisła wykaraska się z kłopotów. Kadra by na to wskazywała. Ale to zostało roztrwonione przez Adriana Gulę, a z Jerzym Brzęczkiem zasada nowej miotły punktów nie dała – mówi nam Miga. 

To o tyle ważne, że faktycznie – taki amulet w stylu “my na pewno nie” ma w niektórych przypadkach uzasadnienie. Odległa przeszłość? Pogoń Szczecin Macieja Skorży, gdy było oczywiste, że kadra kompletnie nie przystaje do osiąganych wyników. Wystarczyło zatrudnić Runjaica, zaczął się marsz w górę. Nieco mniej odległa przeszłość? Piast Gliwice Waldemara Fornalika. Każdy, kto oglądał mecze Piasta widział, że tam roi się od poprzeczek, niewykorzystanych sytuacji, niekorzystnych decyzji arbitrów. Wszyscy powtarzali: zaraz się odbiją, zobaczycie, a Piast Gliwice istotnie po chwili się odbił. Najświeższy przykład to naturalnie Legia Warszawa, gdzie tym “amuletem” była po pierwsze gigantyczna marka i magia tytułu “jedynego klubu bez powojennego spadku z ligi”, ale po drugie: dość szeroka i silna kadra, której poszczególne elementy już pokazywały jakość, nawet i w tym sezonie, w meczach Ligi Europy. 

Wisła Kraków? No właśnie, co ma Wisła Kraków, co nakazuje sądzić, że nie jest faworytem do spadku? 

– Mam wrażenie, że nastroje wśród kibiców są podzielone. Część jest bardzo pesymistyczna. Ale część, po Lechii, Lechu i Pogoni, uważa, że zmieniło sie na plus. Dwa punkty, a byłoby więcej, gdyby nie sędziowskie błędy, jednocześnie Kwiatkowskiego i Stefańskiego na VAR. Jest więc podział. Czuć też zarazem u niektórych nową wiarę, bo ten początek Brzęczka był średni. Te trzy mecze poprawiły nastroje – mówi w rozmowie z nami Kamil Kania, prowadzący podcast “Tego Słuchaj Wiślaku”. 

Pytamy dalej, tym razem Marcina Baszczyńskiego, który chyba najdobitniej oddał to, co myśli wielu wiślaków oraz po prostu neutralnych fanów Ekstraklasy. 

– Na to pytanie sam sobie odpowiadam inaczej, zależnie od mojego nastroju i pogody na zewnątrz. Takie myśli zderzają się ze sobą. Raz jest tak, że myślę: nie, to raczej niemożliwe. Wisła nie spadnie. Ale potem, patrząc realnie na zagrożenia, po prostu na tabelę… Przychodzi zderzenie z rzeczywistością i pojawiają się wątpliwości – mówi w rozmowie z nami popularny “Baszczu”. – Cała sytuacja, jaka jest… Wisła miała trudne chwile, wydawało się jednak, że od strony finansowej, organizacyjnej, zaczyna się prostować. A dostała po gębie od strony stricte boiskowej… To znowu sprawia, że wszystko pętli mi się w głowie. Wydawało się przed tym sezonem, że wszystko pięknie, ładnie – za szybko chyba uwierzono, że tak jest. Ja rozumiem skąd się wzięła ta wiara. Bo wszyscy czekali na taką Wisłę. Będąc zmęczonym walką o pozostanie na powierzchni. Środowisko Wisły oczekiwało czegoś więcej. Ale brutalna rzeczywistość okazała się inna. 

To jest ten aspekt, który podkreśla wielu. Przecież to miał być sezon, gdy powoli Wisła kończy tę przydługą walkę o byt, przeciągającą się od pamiętnego dealu z Vanną Ly i Hulkiem Hoganem. Pewne sprawy organizacyjne i finansowe będą się ciągnęły jeszcze przez długie lata, ale te najpilniejsze pożary wydawały się ugaszone. Postawiono na nowe, wcale nie takie tanie nazwiska, wśród nich m.in. na Adriana Gulę. Klub, który powstał ze zgliszczy i zaczął powoli wracać do normalnej kondycji, sportowo wygląda najgorzej od lat. 

Tylko symptomy

Paradoksalnie najwięcej o skali sportowej nędzy Wisły Kraków mówią komplementy ze strony ekspertów czy dziennikarzy, a nawet kibiców “Białej Gwiazdy”. “Z Lechem było już nieźle”. “Gdyby nie sędziowie, może moglibyśmy mieć ze 2 punkty więcej”. “W tych przegranych meczach już graliśmy nieco lepiej”.

Brzmi trochę kuriozalnie, prawda? Albo inaczej, nie chcemy przecież tutaj nikogo obrażać za utrzymywanie kibicowskiego optymizmu. Brzmi jak chwytanie się brzytwy przez coraz mocniej tonącego. Natomiast przy tym deprecjonowaniu “szukania pozytywnych aspektów”, trzeba podkreślić – faktycznie, ostatnio wyniki Wisły wyglądają gorzej, niż jej gra. 

– Pewne symptomy, że idzie ku lepszemu, widać. Wisła zagrała fajny mecz z Lechem, powinna wygrać. Ale te dobre momenty są zbyt krótkie. Mecz z Lechem – OK, wydawało się, że Wisła naprawdę się podniosła. Ale potem miała wyjazd do Szczecina i atmosfera poszła w dół. Bo można z Pogonią przegrać, bo były fajne momenty, ale w przekroju całego meczu nie można było tego oceniać pozytywnie. Różnica między Wisłą i Pogonią była bardzo wyraźna – to różnica dwóch klas. Trochę to wszystko było zastanawiające po meczu z Lechem – taki krok do tyłu – mówi w rozmowie z nami Mateusz Miga. 

– Pozytywne symptomy symptomami, wszystko ładnie, pięknie, ale niech ten mecz będzie brzydki, ale daje trzy punkty. Te punkty trzeba wydzierać, być do bólu konsekwentnym, pragmatycznym. Punktować, punktować – nic innego się nie liczy. Gol łydką wart jest tyle samo co gol z trzydziestu metrów – stwierdza Marcin Baszczyński i dodaje – Może problemem jest też to, że Wisła była na tym etapie – i w tym momencie presji – patrzenia w górę tabeli, a każdy, kto walczył w drużynie grającej o utrzymanie wie, że to trochę inna bajka? I teraz jest spóźniona reakcja? – zastanawia się Marcin Baszczyński, niejako potwierdzając słowa… Jakuba Koseckiego. To właśnie Kosecki w podobny sposób tłumaczył niespodziewaną walkę o utrzymanie w… Cracovii, kilkanaście miesięcy temu. Gdy masz grupę przyzwyczajoną do walki o inne cele, oraz nastawioną na walkę o inne cele, późniejsze kopanie się w strefie spadkowej jest jeszcze trudniejsze. Zwłaszcza, w takim sezonie jak ten. W sezonie, gdy dół jest niesłychanie wyrównanych. 

– Cały problem Wisły polega na tym, że te drużyny, które walczą o utrzymanie, po prostu punktują lepiej. Mamy ciekawą walkę o mistrzostwo i ciekawą walkę o utrzymanie. Ostatnia Termalika punktuje dobrze, Górnik Łęczna wciąż gdzieś walczy. A to główni kandydaci do spadku. Trzeciego oczywistego nie ma, a jeśli już, to na ten moment jest nim Wisła. Natomiast pozostaje wiara, że jedna, dwie kolejki pod Wisłę się poukładają, ale Wisła musi do tego dołożyć swoje punktowanie – zaznacza Miga. 

Podobnie sprawę widzi Kamil Kania. 

– Patrzysz na Zagłębie – dostali czwórkę od Warty. Ale przecież też zimą wzięli Stokowca, Burlikowskiego, sprowadzili kilku zawodników z porządnym CV, wydając sporo. Za Skowronka był taki sezon, kiedy Wisła utrzymała się słabością innych. Tylko, że tam władze podeszły inaczej do zimowego okienka. Zrozumiały, że spadek jest realny. I wzięto Turgemana, zawodnika od razu do strzelania goli. Tutaj, mam wrażenie, było trochę inaczej. Ostatni mecz rundy jesiennej, kiedy Wisła wysoko wygrała z Bruk-Betem, zamazał obraz. Może pomyślano: idzie ku lepszemu, jak tak wygraliśmy, przekonująco, to będzie dobrze. I tak naprawdę ruchy wzmacniające są od niedawna, ze szczególnym uwzględnieniem Poletanovicia. Co do niektórych transferów zimowych mam poważne wątpliwości, czy to podniesienie jakości – mówi krakowski komentator. 

Kwestia transferów to zresztą osobny, pękaty rozdział. Bo trudno nie zauważyć, że w Wiśle przede wszystkim zawiodły osoby, których CV i dotychczasowe kariery wydawały się gwarantem przyzwoitości. 

Zobacz także: Typy na mecz Wisła Kraków – Piast Gliwice

Od Guli i Pasiecznego do I ligi?

“Na papierze” to prawdopodobnie najbardziej znienawidzona zbitka słów pod Wawelem. Ileż to rzeczy byłoby łatwiejszych, gdyby piłka nożna rozstrzygała się właśnie “na papierze”. “Na papierze” Tomasz Pasieczny wydawał się doskonałym kandydatem na wieloletniego dyrektora sportowego, Adrian Gula – trenerem, który właściwie mógłby w Ekstraklasie wziąć każdego i z każdym odnieść sukces. Ba, to dwaj frontmeni, ale przecież i poszczególne transfery wydawały się bronić. Za każdym z nich stała jakaś historia, za każdym z nich twarde, namacalne argumenty. Żeby zachować stylistykę: “na papierze” ci piłkarze wyglądali dobrze. Ale potem dobry dyrektor, dobry trener i dobrzy zawodnicy musieli sprawdzać, czy w lidze nie przeskoczył ich przepadkiem Górnik Łęczna Kamila Kieresia. 

Dlaczego to się nie udało?

– Zarzuty stawiane najczęściej: zaburzenie proporcji pomiędzy polskimi a zagranicznymi piłkarzami. Chyba brakło spojrzenia: czy to wszystko zadziała razem jako wspólny organizm. CV piłkarzy się broniło, budowano z myślą o tym, by na każdej pozycji mieć dwóch graczy. Ale nie wiem, gdzieś oni razem nie zafunkcjonowali – mówi nam Mateusz Miga, niejako wrzucając kamyczek do ogródka Tomasza Pasiecznego. 

– My, środowisko dziennikarskie, apelowaliśmy, żeby Wisła zatrudniła dyrektora sportowego, żeby była budowana w bardziej rozsądny sposób. Jak teraz tak patrzę na kadrę, to się chwytam za głowę. Kto ją zbudował? nie jest zbilansowana, to jedno. ale te transfery last minute… Wisła za nie będzie płacić. Rozdmuchany został budżet płacowy. Piłkarzy jest bardzo dużo. Jerzy Brzęczek już sobie de facto kadrę zawęził. Jeśli nie daj Boże spadną, to nie dość, ze spadek sam w sobie wiąże się z tąpnięciem finansowym, to przez rozdmuchaną kadrę sprzątanie jej będzie trudniejsze i kosztowniejsze. Nie wiem ile kontraktów jest z takim zastrzeżeniem, że w przypadku spadku są automatycznie rozwiązywane. Na pewno po spadku Wisła zbudziłaby się w nowej rzeczywistości i nie wydaje mi się, żeby była na to przygotowana. Mam więc głęboka nadzieję, że po prostu do tego spadku nie dojdzie. Uważam, że liga też straciłaby na spadku Wisły, by spojrzeć choćby na frekwencję, która jest jedną z lepszych, choć zespół zupełnie nie spełnia oczekiwań – dodaje Miga. 

– Tomasz Pasieczny? Trudny temat, bardzo trudny. Teraz łatwo powiedzieć, jak bardzo się nie sprawdził, jak nietrafione były jego transfery. Ja cały czas podskórnie zastanawiam się, ile Tomasz Pasieczny naprawdę miał wolnej ręki i decyzyjności. To jest bardzo ważna sprawa przy jego ocenie. Natomiast jako dyrektor sportowy, który ściąga Klimenta i ręczy za niego, że na wiosnę będzie lepiej – no cóż, to samo wystawia sobie notę – mówi nam Kamil Kania. Natomiast jednocześnie dodaje – wiele ruchów sygnowanych przez Pasiecznego zwyczajnie się broniło, ekscytację odczuwali nawet dziennikarze. 

– Jestem bardzo rozczarowany, zarówno trenerem jak i Skvarką. Nie wiem kim bardziej. Gula mam wrażenie okazał się totalnym dogmatykiem. Trochę Wojciechem Stawowym, który nie potrafi odejść od swojej filozofii, idei, a to było Wiśle potrzebne. Nie chodzi o to, że w Wiśle nie chcieli grać ładnie, natomiast nie było materiału na taką grę. Mam wrażenie też, że władze nie pomogły Guli zimą. Do momentu ściągnięcia Poletanovicia. Ja bardzo lubię Zdenka Ondraska, super charakter, wie co znaczy klub, wnosi wiele do szatni – Zdenek jest wielką wartością. Natomiast czy to jest Turgeman, który gwarantuje pewną pulę bramek? Czy może napastnik, który dobrze pracowałby na snajpera? Zdenek pracuje na boisku, podczas meczu z Legią czy Lechią cofał się, harował za innych. Natomiast wtedy też cierpi rola napastnika, a skutecznego napastnika Wisła bardzo potrzebuje – dodaje Kania. 

Podobne zdanie ma Miga. 

– Największe rozczarowania? Kliment i Skvarka. Oni mieli być liderami zespołu. Kliment ściągany jako dziewiątka – słyszeliśmy same superlatywy na temat jego gry. Miał strzelać bramki, a Skvarka miał mu dogrywać. Jakiekolwiek lepsze chwile w ich grze – no cóż, okazały się tylko chwilami. Brzęczek swoimi decyzjami pokazał, że raczej na nich nie liczy. Nie podnoszą się z ławki. Może ich przywróci, może do nich dotrze, może da im impuls. Ale tak to wyglądało w ostatnich tygodniach – mówi nam dziennikarz TVP. – Gula? Zagadkowa sprawa. Gula był symbolem fajnych ruchów Wisły przed sezonem. Ja też byłem nastawiony pozytywnie. Trudno ocenić, dlaczego to wszystko nie zadziałało. Może za dużo było kierunku słowacko-czeskiego, te proporcje zostały zachwiane. Nie udało się w zespole Adriana Guli zbudować drużyny, takiej “rodziny” z szatni. Myślę, że kibice Wisły z rozrzewnieniem wspominają drużynę prowadzońa przez Macieja Stolarczyka. Tamta Wisła radziła sobie w arcytrudnych warunkach. Piłkarze czasem nie otrzymywali pensji, a grali tak, że cała liga zazdrościła i stylu, i niesamowitego charakteru tego zespołu. 

To transfery “in” oraz trener. Ale przecież były też “out” i na nich skupił się w rozmowie z nami Marcin Baszczyński. 

– Jeśli chodzi o transfery, to czas pokazał, że OK, trzeba sprzedawać zawodników, bo potrzebne są pieniądze. Ale też nie stać Wisły w tym momencie, żeby tak szybko tak bezboleśnie umieć zastąpić liderów. Nie było czasu tak ukształtować zespołu, który już w miarę zaczynał wyglądać. Mówię o Aschrafie i Yeboahu, którzy byli motorami tej drużyny – podkreślił były piłkarz Wisły. 

– Wisła jest teraz w takim dziwnym rozkroku. Najgorsze, jeśli po tym sezonie uzna się, że to analityczne spojrzenie, statystyczne, nowoczesne, nie ma sensu, bo gdy zostało wprowadzone, to Wisła spadła. Więc lepiej wziąć Franciszka Smudę i patrzeć jak piłkarze wchodzą po schodach. Smuda powiedział w prywatnej rozmowie o Guli, że jemu się nie uda w Wiśle, bo ma żabę w kieszeni, czyli że ma pecha. Od początku Smuda mówił, że to się nie uda. Dziś wszyscy od nowoczesnego spojrzenia na Wisłę muszą czuć się przegranymi, bo to Smuda i jego zdanie o żabie w kieszeni okazało się trafne – stwierdza Miga.

Telefon do przyjaciela

Gdy jest naprawdę źle – warto zadzwonić do przyjaciela, albo kogoś z rodziny. Tym przyjacielem, członkiem rodziny, dla rodzeństwa Błaszczykowskich okazał się Jerzy Brzęczek. To właśnie były selekcjoner objął stery i najdelikatniej rzecz ujmując: świata z miejsca nie zmienił. Nie zmienił nawet Wisły, a przynajmniej: nie zmienił jej na plus. 

– Jakub Błaszczykowski podjął wielkie ryzyko. W przypadku spadku krytyka Kuby będzie ogromna. Retorykę można sobie wyobrazić: Kuba zatrudnił wujka, a wcześniej brata na pozycję prezesa, i spadł z ligi. Historycznie to będzie bardzo źle widziane. Natomiast to nie do końca tak, bo ten zatrudniony wujek przecież więcej ryzykuje, niż ma do wygrania. Nie prowadził ostatnio II ligi, tylko reprezentację Polski – podkreśla Miga. 

– Wierzę w Jerzego i sztab ludzi, których on ma. Jestem spokojny o przygotowanie, tak fizyczne, ale też mentalne. Uważam, że Jerzy jest w stanie sobie z tym poradzić. Oby tylko nie zabrakło czasu i kolejek, bo tak to wygląda. Wierzę, że suma szczęścia zawsze się zrównuje i te pechowe – jak mecz z Lechem Poznań – gdzieś zwrócą na koniec też szczęściem, jeszcze przed końcem sezonu – dodaje Baszczyński.

Co stałoby się z klubem, gdyby zdarzył się spadek?

– Trzeba powiedzieć, że trójka, która zarządza klubem, nawet wliczając jej nietrafione decyzje sportowe, których jest sporo, zrobiła bardzo dużo dobrego, żeby poprawił się stan finansów klubu. 2-3 lata temu spadek oznaczałby katastrofę, brak wpływów z Canal+ i Ekstraklasy mógłby sprawić, że nie byłoby jak tego wózka ciągnąć, tak oni pospłacali część długu. Wygląda to, mim zdaniem, obiecująco, i przy ewentualnym spadku nie ma takiej katastrofy, jaka byłaby jeszcze niedawno. Nie ma widma, nie wiem, zaczynania od A-klasy. Krytyka więc krytyką, ale za to należy się obecnym władzom szacunek.  Natomiast mam wrażenie, że dla niektórych spadek wciąż jest nierealny. Perspektywa, że Wisłę będzie się oglądać co tydzień w Polsacie. Natomiast pewien jestem, że kibice się nie odwrócą – stwierdza Kania.

Niektórzy w wiślackim środowisku zauważają: OK, symptomy są, zaufanie do Brzęczka, jest się czego złapać. Sytuacja nie jest beznadziejna, jest tylko zła. Natomiast nie ma już na co czekać. Kolejek jest tyle, co nic. Każdy mecz to gra o wszystko. 

Z Piastem trzeba wygrać. To bez dwóch zdań – mówi nam Miga – Nie będzie to łatwe, Piast praktycznie nie traci bramek. A kolejek do końca coraz mniej. Nie można czekać nie wiadomo na co – trzeba punktować. W Wiśle wszyscy doskonale zdają sobie z tego sprawę. To trochę mecz – wóz albo przewóz.

–  Ja powiedziałem: ewentualny spadek bądź jego brak typował będę po tych dwóch spotkaniach. Co by nie mówić, błędy sędziowskie czy nie, za Brzęczka Wisła wciąż nie wygrała. Jak tego szybko nie zmieni, to sie po prostu nie utrzyma. Inni nie śpią. Warta potrafi wygrywać. Śląsk wziął Tworka, coś też już wygrał – stwierdza Kania.

Najtrudniej ostateczne stanowisko zająć Baszczyńskiemu. Baszczyński powiedział wymownie:

– Na ten moment nic nie powiem w tym temacie. Bo nie dopuszczam takiej myśli, że do tego dojdzie. Jak dojdzie, możemy siąść, podzielę się swoimi uczuciami. Póki co, nie dopuszczam.

Jeśli Wisła nie wygra z Piastem, trudno będzie dalej nie dopuszczać. 

Jakub Olkiewicz i Leszek Milewski

Komentarze