Leszek Ojrzyński dla Goal.pl: serce krwawi

Leszek Ojrzyński
fot. PressFocus Na zdjęciu: Leszek Ojrzyński

– Informację o zwolnieniu otrzymałem na gorąco po meczu. Można było to zdecydowanie inaczej zakończyć. Nie tak powinno się ludźmi z postępować. We mnie to jednak gdzieś siedzi i serce krwawi, bo przychodziłem do Korony dla ludzi. Miałem też dwa inne zapytania z innych klubów, ale jednak przekonałem się do powrotu do Kielc – powiedział były trener Korony Kielce – Leszek Ojrzyński.

  • Leszek Ojrzyński pod koniec października został zwolniony z Korony Kielce
  • W rozmowie z Goal.pl doświadczony trener opowiedział nie tylko o kulisach rozstania z klubem z Suzuki Arena, ale też o reprezentacji Polski, czy o mundialu w Katarze
  • 50-latek w ostatnich 10 latach prowadził między innymi: Podbeskidzie Bielsko-Biała, Górnik Zabrze, Arkę Gdynia, Wisłę Płock, czy Stal Mielec

Mundial a rozwój

Mundial to często weryfikacja różnych systemów pracy trenera. Pana zdaniem technologia całkowicie wypchnie tradycjonalizm, czy jeszcze będziemy widzieć przy ławkach trenerów z notesami?

Najważniejsze, aby metody były skuteczne. Widać, że przy ławkach wciąż korzysta się z rozwiązania z kartką i długopisem, ale są też trenerzy, korzystający na tabletach z konkretnych rozwiązań ze stałymi fragmentami gry. To w każdym razie nie jest żadna nowość. Trzeba jednak wiedzieć, że w momencie, gdy słońce mocno świeci, to nie zawsze wszystko dobrze widać na ekranie. Zawodnicy nierzadko mieli zatem kłopoty z rozszyfrowaniem tego, co były zaprezentowane w materiale. Forma wydrukowana wydaje się w takich przypadkach znacznie pewniejsza.

Nie da się już jednak uciec od technologii…

Jasne, że tak. Są analitycy, którzy już w przerwie pokazują dzięki technologi, które rzeczy należy skorygować w grze. W polskiej lidze jest to już widoczne w niektórych klubach, a standardem jest to za granicą. Najłatwiej skorygować jakieś rzeczy, widząc to na żywo. Co robiło się przed chwilą dobrze, a co źle.

Trenerom niekorzystającym z technologi będzie trudniej utrzymać się na rynku?

Po to ona jest, aby z niej korzystać. Świat idzie cały czas do przodu, więc siłą rzeczy trzeba się do nowych rzeczy przyzwyczaić. Niektórzy będą z tego korzystać w większym wymiarze, inni w mniejszym. Jest to pewnie też uzależnione od możliwości, czy sztabu. Jeśli ktoś ma departament od analizy, który rozbija na czynniki pierwsze gry kontrolne, mecze mistrzowskie, czy po prostu treningi, to jest to bardzo ważne. Trzeba iść do przodu, chcąc korygować pewne rzeczy i liczyć na to, że pojawią się szybko zadowalające efekty.

Druga przygoda z Koroną dobiegła końca

Brak efektów w postaci zwycięstw skutkował Pana zwolnieniem. Jest duże rozczarowanie taką decyzją władz klubu?

Korona jest zespołem broniącym się przed spadkiem. Za mojej kadencji drużyna znajdowała się w strefie spadkowej, ale to było do przewidzenia, że będzie ciężka walka o ligowy byt. Zostałem zwolniony w momencie, gdy do końca sezonu było dziewiętnaście kolejek. W momencie, gdy decydowałem się na pracę w klubie, to przekonywano mnie, że Korona ma awansować do elity w 1,5 roku. Tymczasem zrealizowałem ten cel w pół roku. Trudno zatem mówić o tym, aby kogoś broniły wyniki. To jest walka. Ja już po spotkaniu drugiej kolejki z Cracovią mówiłem, że jeśli będziemy tak grać, jak zagraliśmy w Krakowie, to będzie nam groził spadek. Trzeba dorównać do Ekstraklasy i ciężko pracować. Na każdym kroku mówiłem, że będziemy może nawet do ostatniej kolejki walczyć o utrzymanie. Mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna. Ja natomiast zostałem zwolniony w połowie drogi, co było moim zdaniem nie fair i się z tym nie zgadzam.

W najbliższym czasie można się spodziewać kilku zmian w składzie Korony. Pan jak to odbiera?

Słyszę, że klub chce sfinalizować pięć transferów. To pokazuje wyraźnie, że problem nie był w trenerze i jego sztabie szkoleniowym, ale w drużynie. Niektórzy zawodnicy nie prezentowali odpowiedniego poziomu na Ekstraklasę i teraz trwają poszukiwania piłkarzy, którzy natychmiast wzmocnią zespół i uratują Ekstraklasę dla Kielc.

Jak wytłumaczy Pan serię dziewięciu meczów bez wygranej, po której przyszłą wiadomość o zwolnieniu?

Liga jest ciężka, a na dodatek mieliśmy swoje problemy. Zawodników przetrzebiły choroby, później były kartki. Staraliśmy się naprawić niektóre rzeczy, ale się nie udawało. Pojawiły się trzy spotkania po kolei, w których mieliśmy łącznie 30 rzutów rożnych, po których powinniśmy zdobywać bramki. Jest różnica, jeśli ktoś dochodzi do sytuacji strzeleckich i ich nie wykorzystuje i nie zdobywa bramek, bo nie ma okazji do tego. My te sytuacje mieliśmy, ale nie potrafiliśmy zamienić ich na gole. Gra może nie była piękna w naszym wykonaniu, bo nie było nas stać na nią. W każdym razie graliśmy na miarę swoich możliwości. Mieliśmy wywalczyć awans w 1,5 roku, udało się znacznie szybciej, więc jakiś szacunek się należy.

Można powiedzieć, że jest Pan ofiarą własnego sukcesu?

W takiej sytuacji, w jakiej jest beniaminek, to tak wygląda ta sytuacja. W większości klubów po jednym udanym sezonie kontrakty z zawodnikami są zwykle przedłużane. Po awansie trzeba dać piłkarzom szanse na to, aby sprawdzili się klasę wyżej. Tym bardziej, jeśli nie ma funduszy na konkretne wzmocnienia, a Korona właśnie nie miała środków na transfery, których ja chciałem. Wzmocnienia w klubie były, jak to prezes powiedział: “na naszą kieszeń”. Jeśli tak sytuacja wygląda, to trudno pracować w takich warunkach. Ja nie ukrywam, że chciałem mieć w swoich składzie takich graczy jak: Piotr Wlazło, czy Said Hamulić. Z drugim z wymienionych byłem praktycznie dogadany. Chciałem też młodzieżowca Daniela Szelągowskiego, ale sprawy zdrowotne pokrzyżowały plany. Ostatecznie żadnego z tych ruchów nie udało się sfinalizować.

“Środek pola nie kreował gry”

Gdzie był największy problem w grze Korony?

To był środek pola, który nie kreował gry. Jest takie powiedzenie: “pokaż mi środek pomocy, a powiem, jak wygląda Twoja drużyna”. Potrzebowaliśmy wzmocnień na tej pozycji, ale zawsze pieniądze stawały na przeszkodzie. Taka jest prawda. Tymczasem teraz stara się przedstawić narrację, że całym złem byłem ja, z czym nie mogę się zgodzić. Utrzymanie było trudnym zadaniem, ale wiem, że ten zespół spokojnie na to stać. Nie dano mi jednak szansy na to, aby skończyć zadanie. Jeśli wciąż będą podejmowane takie ruchy, jak do tej pory, to na wiosnę – czego nikomu nie życzę – po pięciu, czy sześciu kolejkach dojdzie do kolejnej zmiany trenera.

Zobacz także:

Patryk Makuch dla Goal.pl: nienawidzę mieć mętliku w głowie
Patryk Makuch

– Lubię dbać o siebie. Nie zmuszam się jednak do tego. Lubię widzieć, co jem. Nienawidzę mieć mętliku w głowie, czy na pewno to, co zjadłem, będzie mieć na mnie pozytywny wpływ. Konsultuję się w tej sprawie ze specjalistą, który się na tym zna i dbam o to. W kontekście odpoczynku muszę powiedzieć, że lubię

Czytaj dalej…

Pan wspomniał o zawodnikach, których chciał mieć w klubie, a ostatecznie nie udało się ich pozyskać. A czy piłkarze, którzy trafili do Korony latem, byli z Pana rekomendacji, czy decyzję należały tylko do władz Korony?

Różnie z tym było. Analizowaliśmy wzmocnienia przede wszystkim pod kątem finansów, czyli oglądaliśmy zawodników, na których było nas stać. Ja w każdym razie w kwestie pieniędzy się nie angażowałem. Osobą odpowiedzialną za transfery był Paweł Golański, który jest dyrektorem sportowym i to jest osoba, do której należy kierować pytania, dlaczego jedni zawodnicy dołączyli do klubu, a inni nie. Zaakceptowałem tę sytuację. Co miałem zrobić? Wiem, że klub jest w trudnym położeniu, bo ma jeszcze zaległości finansowe z przeszłości, więc ze zrozumieniem starałem się podchodzić do tego, nie wymuszając mega transferów. Oczywiście każde przyjście nowego zawodnika do Korony był za moją aprobatą, bo wychodziłem z założenia, że im szersza kadra, tym lepiej. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że nie tylko ilość jest ważna, ale także jakość. W końcu awansowaliśmy do Ekstraklasy. Nie chce powiedzieć, że z aktualnym stanem kadry nie udałoby się nam utrzymać. Trzeba jednak zwiększyć swoje szanse. Jeśli dokonalibyśmy odpowiednich wzmocnień, byłoby łatwiej.

Cel uświęca środki

W jednym z materiałów Weszlo przekonywano, że Pana styl gry to “pragmatyzm totalny”. Skomentuje to Pan?

Nie zapoznałem się z materiałem, więc trudno mi się do niego odwołać. W każdym razie muszę powiedzieć, że ja zawsze byłem pragmatykiem. Zawsze skupiałem się na tym, aby wykonać cel. Miałem awansować w 1,5 roku, zrobiłem to w pół roku. Teraz miałem wywalczyć utrzymanie. Byłem w trakcie realizacji tego planu, ale nie dano mi dokończyć zadania. Odchodziłem z klubu, gdy strata Korony do miejsca spokojnego o ligowy byt wynosiła punkt. To już jednak historia.

Co najbardziej boli po rozstaniu z Koroną?

Najbardziej? To, że zawiodłem się na pewnych ludziach, którym ufałem. Pewne rzeczy były ustalane inaczej. Nie dano mi dokończyć swojego zadania. Traktuję to jako porażkę. Nie pierwszy raz zostałem zwolniony z klubu. Tu jednak liczyłem na ludzi, którzy mnie zatrudniali. Tymczasem informację o zwolnieniu otrzymałem na gorąco po meczu. Można było to zdecydowanie inaczej zakończyć. Nie tak powinno się z ludźmi postępować. We mnie to jednak gdzieś siedzi i serce krwawi, bo przychodziłem do Korony dla ludzi. Miałem też dwa inne zapytania z innych klubów, ale jednak przekonałem się do powrotu do Kielc.

Decyzja o Pana zwolnieniu miała miejsce po zremisowanym spotkaniu z Piastem Gliwice (1:1). Z perspektywy czasu, jak Pan ten mecz ocenia w wykonaniu swojego byłego zespołu?

Spotkanie nam nie wyszło. Druga połowa nam kompletnie nie wyszła. Zremisowaliśmy, chociaż wszyscy liczyli na zwycięstwo. Z drugiej strony przystępowaliśmy do tego meczu bardzo osłabieni. Niektórzy zagrali po długich przerwach po kontuzji, niektórzy nie byli w pełni zdrowi, ale trzeba było kogoś wystawić do gry. Decyzja po meczu była jednak jaka była. Zapracowałem na szacunek, a go nie otrzymałem.

Zobacz także:

Daniel Bielica dla Goal.pl: ostateczna decyzja należy do władz Górnika
Daniel Bielica

– Moja sytuacja kontraktowa wygląda tak, że sam nie wiele mam do powiedzenia. Moja umowa jest z opcją przedłużenia, więc jeśli władze Górnika zdecydują się na przedłużenie ze mną umowy, to tak będzie. Na dzisiaj jednak o tym nie myślę. Mamy przed sobą ważne mecze, więc ja chce pomóc drużynie, a co będzie, to przyszłość

Czytaj dalej…

Prawdopodobnie na dobre swoją prawdziwą szansę w Koronie otrzyma Kamil Kuzera. Styl gry drużyny pod wodzą tego trenera może się zmienić?

Wszystko jest uzależnione przede wszystkim od wzmocnień. Wszyscy o tym wiedzą. Ja już mówiłem o tym przed startem ligi, bazując na doświadczeniu zebranym w przeszłości w innych ekipach. Okazało się to prawdą. W klubie są jednak osoby, które zaliczyły właśnie pierwsze zetknięcie z Ekstraklasą, więc może jeszcze za mało znają realia tych rozgrywek. Ja natomiast pracowałem w ostatnich 10 latach w sześciu klubach, więc mam punkt odniesienia.

Decyzja o zwolnieniu była niespodziewana, ale na okres przygotowawczy opracowywał jeszcze Pan?

Mieliśmy już przygotowaną rozpiskę związaną ze zgrupowaniem, sparingami, treningami. Wszystko zostało tak przygotowywane, aby komfort pracy był jak najlepszy.

Czesław Michniewicz przygotuje niespodzianki

Jesteśmy po spotkaniu reprezentacji Polski z Chile. Jakie są Pana spostrzeżenia po tym meczu?

Każdy marudzi nad stylem, ale jednak nie można zapominać, że w tym spotkaniu brali udział pewni piłkarze, mający kłopoty z regularną grą. Nie wszyscy oczywiście. Gdy jednak w składzie jest trzech takich graczy, to są widoczne różnice. Zagraliśmy z podobnym przeciwnikiem, jakim może być Meksyk. Było zwycięstwo i zespół zagrał na zero z tyłu, co na pewno należy ocenić na plus.

Grzegorz Krychowiak zapowiedział wprost, że tak jak Biało-czerwoni zagrali z Chile, mają grać na mundialu, wychodząc z założenia, że cel uświęca środki. Nie liczy się gra ładna dla oka, ale końcowy efekt. Pan co o tym myśli?

Mówić można jedno, a robić można zupełnie coś innego. Mam swoje prognozy związane z grą reprezentacji Polski na mistrzostwach świata. Personalnie na pewno w składzie znajdą się Robert Lewandowski i Piotr Zieliński, więc wyobrażam sobie, że taktycznie gra polskiej drużyny będzie wyglądała inaczej. Spodziewam się też innego ustawienia zespołu, ale zobaczymy, jak będzie. Poczekajmy na pierwsze spotkanie na mundialu i wówczas będziemy wiedzieć więcej.

Leszek Ojrzyński (fot. PressFocus)

Co może być mocną stroną reprezentacji Polski na mistrzostwach świata?

Mamy przewagę wzrostową nad wszystkimi grupowymi rywalami, więc przy stałych fragmentach gry może mieć to duże znaczenie. Trzeba jednak zachować czyste konto i próbować grać w piłkę, aby szukać stałych fragmentów gry. Aby to się udało, to trzeba zbliżać się do bramki przeciwnika. Zagraliśmy z Chile w dwóch różnych ustawieniach. To był poligon doświadczalny. Były w grze polskiej drużyny pewne eksperymenty. Wiadomo, że trenerzy nie chcą odkrywać wszystkich kart przed mundialem, a Czesław Michniewicz pokazał już, że potrafi zaskakiwać. Nie inaczej może być w spotkaniu z Meksykiem.

Mundial ma cieszyć, a nie generować kontrowersje

Zapaliła mi się czerwona lampka, jak powiedział Pan o różnicy wzrostu. Natychmiast przypomniał mi się mecz z mundialu w 2002 roku z Koreą Południową…

Koreańczycy wyróżniali się szybkością. Poza tym można być niskim, ale bardzo skocznym. W przypadku zespołów z Azji tak to zwykle wygląda. Reprezentacja Polski na tamte mistrzostwa świata udała się z pewnymi problemami. Dzisiaj mam wrażenie, że sytuacja jest inna. To będzie mundial, w którym drużyny mają bardzo krótki okres przygotowawczy, co może być dla nas plusem. Mamy w kadrze zawodników młodych i doświadczonych, a nasze najmocniejsze ogniwa są w dobrej dyspozycji.

Jakie jest natomiast Pana wewnętrzne podejście do organizacji mundialu w Katarze?

Nie powinien odbywać się w tym kraju. Krótko i na temat.

Proszę jednak o rozwinięcie myśli…

Wiadomo, jaka jest kultura w tym kraju, ilu ludzi zginęło przy organizacji turnieju. Jak są łamane prawa człowieka. To nie idzie w parze z mundialem, który powinien być synonimem radości dla wszystkich ludzi, a nie jest tak. Ponadto niewykluczone, że jeszcze w trakcie mistrzostw świata będą wychodzić sprawy, które będą niepokoić. Są też niektóre sprawa zatajane, jeśli chodzi o sprawy światopoglądowe. Mundial ma być świętem, a nie budzić kontrowersje. Tymczasem wybór Kataru na gospodarza turnieju wywołał fale dyskusji.

Wiem, że będzie Pan na czas mundialu współpracownikiem Kanału Sportowego. Będzie można często widywać Pana przy omawianiu różnych kwestii taktycznych w sprawie turnieju?

Na wszystko przyjdzie czas. Na razie skupiam się na tym, aby wyciszyć się w Ziemi Świętej. Już wcześniej zaplanowałem sobie wyjazd w to miejsce. To było jedno z moich marzeń i jestem podekscytowany, że się urzeczywistni. Każdą wolną chwilę będę natomiast chciał wykorzystać na to, aby być na bieżąco z tym, co dzieje się na mundialu.

Czytaj więcej: Jacek Bąk dla Goal.pl: pierwsza reakcja? Co tu się odpier….!

Komentarze

Na temat “Leszek Ojrzyński dla Goal.pl: serce krwawi

Zaraz,zaraz. Trener tak się wybiela a w kwestii transferów to nie on chciał do składu chociażby Zarandie? Wiedząc w jakiej jest dyspozycji,formie. Ile trener dał mu minut na boisku żeby potwierdził przydatność dla zespołu? Poza tym-problemy,kadrowe,zdrowotne,pauzowanie za kartki,ok. Tylko dlaczego bez względu na to kto był na boisku i z kim by Korona nie grała jej “gra” wyglądała tak samo? Sytuację bramkowe? Ile ich było? Ile było meczy bez oddania strzału celnego? Problem w zawodnikach a nie trenerze? To od czego jest trener że nie widzi że jego zawodnicy nie potrafią celnie podać piłki na odległość kilku metrów? Tyle miesięcy w klubie i brak jakichkolwiek rozwiązań stałych fragmentów gry. Dobór zawodników do wyjściowej jedenastki w większości neczycinajmniej dziwny. Brak reakcji trenera na wydarzenia na boisku.itd,.itd. serce krwawiło patrząc na “grę” Korony trenerze. Szacunek za to co robił pan w Kielcach ponad 10 lat temu,ale teraz to była porażka. Nie rozwinął się pan trenersko przez te lata,ma pan swój sztywny schemat i się go trzyma. Zamiast się żalić wystarczyło wziąć porażkę na klatę,jak facet