KaczmarekGate – gównoburza czy dziaderstwo?

Marcin Kaczmarek
Marcin Kaczmarek Na zdjęciu: Marcin Kaczmarek

Objęcie posady trenera Lechii Gdańsk w tym momencie przypomina objęcie posady cyrkowego zaklinacza żmij. Żebym został dobrze zrozumiany: nie chodzi mi o to, że ta szatnią kąsa, bo nie kąsa. Do końca honorowo – choćby Rafał Pietrzak – wyrażał słowa wsparcia dla Tomasza Kaczmarka, odważnie krytykując decyzję władz. Ale w szerszym kontekście, wchodząc w tym momencie do Lechii na tak eksponowane stanowisko, stajesz nie tylko przed trudnym i niebezpiecznym zadaniem, ale także wchodzisz na scenę, gdzie w ostatnim czasie niejednokrotnie działy się sceny wzbudzające salwy śmiechu. Dla niektórych śmiechu przez łzy. Ale śmiechu.

Czy Marcin Kaczmarek, choć jeszcze nie poprowadził żadnego meczu, choć jeszcze nie potrafi odróżnić de Kampsa od Terrazzino, już zdążył pięknie wpisać się w powyższą lechijną narrację?

Narrację lawirującą pomiędzy toksycznością, archaizmem i zażenowaniem?

Czy może jednak mamy do czynienia z klasyczną gównoburzą?

Wypowiedź Kaczmarka, która zrobiła już siedem rund po internecie, to przykład radosnego, przaśnego populizmu:

“Presję mają ci ludzie, którzy zaraz zimą nie będą mieli czym palić”.

Być może kilka lat temu coś podobnego mogło robić wrażenie, ale aktualnie raczej wszyscy widzą, że jest to granie na najniższych instynktach. Jest to odmawianie prawa do wewnętrznego napięcia, do zwykłego stresu, w zasadzie do przejmowania się czymkolwiek, gdy ma się trochę lepszą sytuację materialną. Bo piłkarz Ekstraklasowy ją ma, czołowy sportowiec generalnie ją ma. Więc czym ma się przejmować?

A potem czytamy takie wywiady, jak jeden z najlepszych wywiadów w polskim dziennikarstwie XXI wieku, gdy Paweł Wilkowicz porozmawiał z Justyną Kowalczyk. W którym Justyna zdradzała, że była psychicznym wrakiem. Miała zdiagnozowane stany depresyjne, od wielu miesięcy walczyła z bezsennością i lękiem.

Halo, przecież Justyna Kowalczyk ma sukces i pieniądze, czy nie powinna mieć abonamentu na szczęście?

Czym ma się przejmować, skoro jest zapewniona strona materialna?

Innymi słowy:

Jak można się smucić, czuć presję, nie mówiąc o wpadnięciu w depresję, skoro ma się pieniądze?

No właśnie, tak łatwo rozbraja się podobny populizm.

O presji w sporcie od tamtej pory mówiło się w Polsce dużo. Ostatnio Simona Halep przyznała się do ataków paniki. Pomagały też głosy z innych krajów. Premiera ważnej ksiażki Roberta Enke, daleko wykraczająca poza świat sportu. Otwarcie o problemach mówili tacy giganci jak Gianluigi Buffon, który przecież z daleka wygląda na niezniszczalnego. Gdybym miał poprawić sobie nastrój w trybie nagłym, po prostu odpaliłbym sobie jak Buffon śpiewa hymn Włoch. I już. Gotowe. Tymczasem Buffon w 2019 opowiadał:

Miałem 25 lat i byłem na fali sukcesów. Ale pewnego dnia, przed meczem Serie A, poszedłem do Ivano Bordona, trenera bramkarzy, i powiedziałem: “Ivano, powiedz Chimentiemu [rezerwowemu bramkarzowi – red.], żeby się rozgrzewał i grał. Nie czułem się na siłach. Doznałem ataku paniki i nie byłem w stanie wystąpić.

Jak to ujęła Ania Olkiewicz w reportażu Dominika Góreckiego: “Zaburzenia psychiczne są demokratyczne i mogą dotknąć każdego“. Po prostu.

Dyskredytowanie poczucia presji u sportowca jest czymś zwyczajnie szkodliwym. Ja rozumiem, że są przyziemne, trudniejsze sytuacje. To oczywiste. Ale świadomość tego nie może zarazem oznaczać odbierania ludziom prawa do lęku. Prawa do słabości. Bo każdy nosi swój krzyż. Jakby z daleka nie wyglądał na szczęśliwego, na odnoszącego sukces – możesz być pewny, że nosi swój krzyż.

Dlatego właśnie słowa Marcina Kaczmarka wzbudziły taką a nie inną reakcję. Reakcję, dla mnie, zrozumiałą. Ale tu należy postawić pytanie zasadnicze:

Czy faktycznie o to Kaczmarkowi chodziło? Czy to słowa wyjęte z kontekstu? Jedno zdanie z dłuższej wypowiedzi, odpowiednio krzykliwe, by się poniosło? A po co wchodzić w szczegóły, skoro mogą tę krzykliwość wypowiedzi odebrać?

Spisałem sobie w jakim kontekście padają powyższe słowa:

Zdaję sobie sprawę, że jeśli wybierany jest nowy trener, to zawsze będą ci, którzy będą oceniani na początku, że jest OK, dajmy mu szansę, ale będą też tacy, którzy z góry założą, że to jest nieodpowiednia osoba na tym stanowisku. W takich żyjemy czasach, to wszystko funkcjonuje w ten sposób, że trzeba sobie z tym radzić, a jeśli ktoś nie potrafi wytrzymać presji związanej z tym zawodem, to nie powinien go uprawiać, bo nie da rady, to jest naturalne. Ja za każdym razem powtarzam jak się mówi o presji w piłce, że presję to mają dopiero ci ludzie, którzy w zimie nie będą mieli czym napalić. To jest presja, a ludzie, którzy żyją w dobrych, komfortowych warunkach, kochają to co robią, muszą sobie z tym radzić. Albo dają radę i funkcjonują na najwyższym poziomie, a jeśli nie, to prędzej czy później przepadają. To nieodzowne prawo, nie tylko w sporcie, ale w ogóle w funkcjonowaniu, jeszcze w takich czasach jak dziś, kiedy wszystko biegnie, kiedy zmian jest mnóstwo, kiedy ludzie oczekują efektu tu i teraz, kiedy chcą jak najszybciej zobaczyć postęp i tak dalej. To jest naturalne. Nie mam z tym problemu”.

Podstawowa kwestia tutaj polega na tym, że – jak zgaduję – pytanie dotyczyło presji, której poddany jest własnie trener Marcin Kaczmarek. Presji obejmowania ostatniej drużyny w lidze. Presji obejmowania zespołu w klubie, który jest bałaganem. Presji powrotu w takich okolicznościach na karuzelę ESA po dwóch latach nieobecności.

Tak. Brać dzisiaj Lechię, to jest presja.

I Kaczmarek w tym kontekście odpowiadał.

Przede wszystkim chcąc zaznaczyć, że jest tej presji świadomy, że jest na nią gotowy.

Kiedyś spytałem Tomka Łapińskiego, któremu wszyscy wróżyli pracę trenera, dlaczego nim nie został. Odpowiedział (wywiad dla Weszło):

“Jest szczególna przyczyna, że nie poszedłeś w trenerkę?

“Bardzo prosta. Po pierwsze, chcąc być trenerem trzeba nim być 24 godziny na dobę. Nie ma innej opcji. Życie rodziny na tym cierpi non stop, czy tego chcesz czy nie. Niektórzy trenerzy udają, że się odcinają w domu od spraw zawodowych, ale to bujda. Jest z rodziną, a i tak połowę głowy ma zajęty sprawami klubu. Po drugie, ja mam sporo zainteresowań innych niż piłka, a gdybym poszedł w trenerkę, musiałbym je poświęcić. Gdybym wbijał się w trenerkę, to wszystko poszłoby w kąt. No i po trzecie, ta praca to niesłychany poziom wysiłku psychicznego i stresowego. To jest straszna robota. Moim zdaniem wszyscy trenerzy na świecie za mało zarabiają, zarówno ci dobrzy jak i ci słabsi. Nikt nie jest w stanie zapłacić odpowiedniej sumy, żeby wynagrodzić cienie roboty, jaką wykonują”.

No właśnie. Ale kto jest na to gotowy, kto tym żyje, ten właśnie w tym środowisku – środowisku pod ciśnieniem – rozwinie skrzydła. Myślę, że do tego nawiązywał Kaczmarek.

Ale niestety na tym się nie zatrzymał.

Powtórzył banialuki o tym, że ludzie żyjący w komfortowych warunkach nie mają prawa nie czuć presji. Użył określenia “ZAWSZE POWTARZA”. Gdyby skupił się tylko na sobie, jeszcze bym zrozumiał. Bo jak traktujemy siebie to nasza indywidualna sprawa. Ale wyszedł poza te ramy.

I, choć spodziewam się dementi, spodziewam się poruszenia tego tematu przy najbliższej okazji – a tych będzie miał sporo, wracając na karuzelę jest już pewnie do niego długa kolejka chętnych po wywiad – tak dziś, niestety, dołożył swoją cegiełkę do, w moim przekonaniu, złej sprawy.

Inna kwestia, to że miał rację co do tych szybkich czasów. Od razu się o tym przekonaliśmy. Konferencja prasowa to nie zaplanowana z góry wypowiedź, czasem mówi się coś w emocjach, a czasem coś się po prostu palnie. A to nie tylko musi się potem ponieść, co może przemienić się w szkodliwą, ciążącą później łatkę. I tym też mógłby się Kaczmarek zasłonić, gdyby nie “ZAWSZE POWTARZAM”.

Niemniej szczerze, to wciąż uważam, że sprawa będzie żyć tylko do najbliższej rozmowy z trenerem – może brakło szczegółów, może brakło tylko subtelności w wyrażeniu swojej myśli. Mówimy o inteligentym człowieku. Tylko brnięcie w błąd będzie świadczyło przeciw temu. Sam błąd jest tylko przyczynkiem.

Leszek Milewski

Komentarze