Kup pan Brazylijczyka

Neymar
Neymar fot. Vladimir Astapkovich / Sputnik/ Hepta / Sport

Pięć tytułów mistrzów świata, najmniej kilkunastu zawodników w gronie najważniejszych futbolistów w historii dyscypliny. Na transferowej liście wszystkich czasów dwa najdroższe transfery w historii. Czyli marzenie trenerów i prezesów klubów – Brazylijczycy.

Czytaj dalej…

Kiedy startuje Liga Mistrzów, zawsze są w pierwszej trójce pod względem liczebności, jakby ich kraj znajdował się w Europie. Kiedy przychodzi faza pucharowa zwykle dystansują już Francuzów, Włochów i Niemców.

I chociaż złe języki mówią, że są niezydyscyplinowani taktycznie, nie pracują jak roboty i jak przystało na młodych ludzi lubią się bawić, tańczyć a jeszcze chętnie ściągają ze sobą do Europy całą rodzinę, to jednak ciągle płaci się za nich więcej niż za zapewnie odpowiedzialnych, zdyscyplinowanych, rozważnych, taktycznie zaawansowanych Szwedów, Duńczyków czy nawet Niemców!

Bo co jak co, ale na Brazylijczyka ludzie gotowi są ruszyć cztery litery i zajechać na stadion, wydać 100 euro na bilet.

Polowanie na talenty

Neymara, Ronaldinho, Ronaldo czy Romario każdy chciałby mieć w swoim zespole. Diablo skuteczni a do tego potrafiący porwać publiczność. Albo boczni obrońcy z Brazylii. Od dekad najlepsi. Djalma Santos, który wygrał z Brazylią mundiale w 1958 i 1962 roku zmienił wyobrażenie o możliwościach ludzi atakujących z głębi boiska. Nelinho, Leandro, Jorginho, Cafu i zastępy kolejnych jedynie umacniały przekonanie o supremacji Brazylijczyków na tej pozycji. W 2020 mogą sobie pozwolić na odpuszczenie podstarzałego Felipe Luisa, mającego kłopty z motywacją Marcelo, a i tak mają wybór o jakim każdy inny selekcjoner może tylko zamarzyć.

Defensywny pomocnik? A proszę bardzo, z Realu Madryt, FC Barcelony, Manchesteru City czy Liverpoolu?

Marzą sobie o Brazylijczykach też w Polsce. Sam byłem uczestnikiem dwóch wypraw “po złote runo”, kiedy to polscy inwestorzy starali się pozyskać nie samych zawodników, co kapitał na stworzenie platformy transferowej.

Z platformą tak jak i z Pogonią – nic nie wyszło. Jak zwykle, zabrakło pokory. Bo wprawdzie nie każdy Brazylijczyk to piłkarz (o dziwo, nie każdy Chińczyk jest pingpongistą, Japończyk judoką, a ciemnoskóry Amerykanin koszykarzem!) ale zdecydowana większość tamtejszych zawodowych futbolistów świetnie w gałę haratać potrafi.

Założenie było takie, że łatwo będzie ich wyrwać, bo w końcu Europa…

Nie jednemu psu Burek…

Bardzo często w rozmowach o futbolu słyszę “u nas w Europie”, co zapewne ma oznaczać, że czujemy się nie tylko współobywtelami wspólnoty opartej na podobnych rzymsko-chrześcijańskich podstawach etyczno-prawnych, ale też tak samo patrzymy na kwestie futbolowe.

Zaiste trudno mi się z tym zgodzić po kilku seansach porównawczych pomiędzy La Ligą, Bundesligą a rodzimą Ekstraklasą. Jakiś czas temu zrobiłem bowiem taki eksperyment: usiadłem w restauracji, zamówiłem pierogi, żur i coś do picia, grał telewizor. W telewizorze produkowali się piłkarze, byli to zawodnicy Ekstraklasy. Nie pomnę drużyn, może była to jakaś powtórka, dla eksperymentu to nie jest ważne.

Pomyślałem tak: jeśli przez czas, w którym spożywać będę dania złożone z czempionów polskiej kuchni piłkarze wymienią chociaż raz więcej niż trzy skuteczne podania z pierwszej piłki to zostaję w restauracji i oglądam mecz. Żur pochłonąłem szybko bo głodny byłem, ale z pierogami nieco się pieściłem. Herbatę już wlałem w siebie szybko. W sumie ze 25 minut zeszło. Ale piłkarzom się nie udało. Ani razu…

Hm, i to ma być wspólne europejskie podejście do futbolu? Że niby tak samo piłka krąży na boiskach Ekstraklasy jak na Allianz Arena, Camp Nou czy BayArena?
Inna kultura gry, inne podejście do futbolu, innej klasy widowiska.

A Brazylijczycy są spragnieni widowiska. A za show chcą pieniędzy. To oczywiste, że do Europy, tak jak do Azji czy na Bliski Wschód jadą dla pieniędzy.
Może w Europie trochę bardziej dla sukcesu sportowego, ale jeśli szejk czy chiński nuworysz odpowie 15 milionami euro za sezon na cztery miliony Chelsea czy Romy to nawet “samorozwój zawodniczy” musi zagryźć zęby i schować się w głębokim kącie. Oscar, Hulk, Alex Teixeira pojechali przecież ze znanych klubów Europy wprost do Chin dostawszy stawki godne Messiego czy Ronaldo w Barcelonie i Realu. Cóż może zaoferować Ekstraklasa? Milion dolarów rocznie? Nawet w Brazylii da radę zarobić takie pieniądze. Rozwój zawodniczy? Hm, pod okiem którego ze sławnych trenerów? Szansę na przeskok do topowego klubu europejskiego? Poważnie? A który nasz piłkarz przechodzi prosto z Ekstraklasy do Juventusu, Bayernu, Liverpoolu czy Manchesteru City i gra. Bo to, że jest jednym z 50 zawodników na kontrakcie jeszcze nie stanowi o sukcesie sportowym, jak otwieranie drzwi w biurowcu Google nie oznacza, że mamy wpływ na losy informatycznego giganta.

Natomiast Brazylijczycy do Hiszpanii, Niemiec, Francji, Włoch przylatują bezpośrednio ze swojej ligi i dają radę. Oczywiście, że nie każdy jest Neymarem czy Rivaldo, lecz taki Renan Lodi wskakuje od razu do pierwszego składu Atletico Madryt, Bruno Henrique z miejsca zostaje kierownikiem w drugiej linii Olympique Lyon a nastolatkowie typu Vinicius czy Rodrygo idą do Realu wprawdzie na ławkę ale w jednym sezonie łapią więcej minut niż Jerzy Dudek przez cztery…

Którzy więc może się skusić na naszą ligę? Skusił się Paulinho – do dziś nie można ŁKS-owi zapomnieć, że przepuścił późniejszego uczestnika dwóch mundiali, gracza Tottenhamu i Barcelony. – Bartek, dlaczego tak zioniesz złośliwym jadem – zapyta niejeden czytelnik niniejszego tekstu.

A to dlatego, że na terenie Brazylii działa kilkaset (!!!) szkółek piłkarskich związanych z największymi klubami Europy i Ameryki Południowej (dacie wiarę, że najwięcej ma Boca Juniors?!), że byli zawodnicy znanych europejskich klubów (a liczy się ich setkami) współpracują jak doradcy i konsultanci dla bayernów, hamburgerów, werderów czy innych juventusów.

Kiedy Borussia Dortmund chce czegoś dowiedzieć się o młokosie polecanym przez skauta to konsultacje robi z Dede i Julio Cesarem, Bayern z Elberem i Paulo Sergio, Barcelona z Edmilsonem i Rivaldo itd, itp.

U nas wybór jest znacznie skromniejszy. Jeden Mariusz Piekarski jest naszym człowiekiem w znającym tamtejszy rynek. Kilku Brazylijczyków, którzy nie wyszli dalej niż Ekstraklasa doradza jak łowić talenty, na których potem rodzime ekipy zarobią fortunę sprzedając ich dalej, do bogatych klubó Europy.

Że niby u nas infrastruktura lepsza? Brazylijczyk wreszcie sztangę i atlas do ćwiczeń siłowych zobaczy? Że dwa boiska treningowe ? Tylko ludzie nie mający wyobraźni o potędze Sao Paulo FC, Flamengo, Santosu czy Atletico Mineiro mogą myśleć, że sprawy właśnie tak się mają.

Otóż, mają się tak dalec inaczej, że specjalizujący się w porywaniu do Europy Brazylijczyków Portugalczycy już dawno infiltrują kluby niższych klas rozgrywkowych by tam wyrwać talent na kilkadziesiąt tysięcy euro. Zresztą nie tylko oni. Przypomnicie sobie klub, w którym grał Gabriel Martinelli nim trafił do Arsenalu? IV-ligowe Ituano!

Piszę o tym wszystkim dlatego, że startuje kolejne okienko transferowe. Znowu zaczną się rozmowy na temat młodych Brazylijczyków. Znowu ktoś powie, że niewiele są warci, nie pracujący, nie obeznani taktycznie, nie znają europejskiego futbolu. A potem zaczniemy Ligę Mistrzów, jak zwykle bez polskiej ekipy, jak zwykle z 60-70 Brazylijczykami w składach wszystkich faworytów rozgrywek, a komentatorzy jak zwykle mówić będą o kolejnym talencie na miarę tego czy innego legendarnego asa z talii pięciokrotnych mistrzów świata.

Nie, wielcy nie znajdują ich w kapuście, nie wiedzą o nich dlatego, że śledzą informacje z wyscout. Wiedzą bo mają uszy i oczy na miejscu, a kiedy jadą po zawodnika to wiedzą po którego, a nie jak prezes Lazio w latach 30. XX wieku, kiedy kupiwszy bilet na parowiec do Rio de Janeiro zakontraktował pół drużyny, na zapas, bo nie wiadomo kiedy znowu wybierze się za ocean…

Skauting to praca u podstaw, a tymczasem u nas od wielu lat najlepszy ruch dla piłkarza to wyjazd do 20. roku życia. Jedyny, który zaprzeczył tej regule nazywał się Robert Lewandowski, miał lat 21…

Pisząc to wszystko konsultowałem się z kolegą dziennikarzem z Brazylii stojącym na czele komórki skautingowej Liverpoolu. Tylko w Brazylii jest ich trzech. W pierwszym sezonie pracy The Reds nie kupili nikogo na tamtejszym rynku. Komórka raczej będzie rozszerzana niż likwidowana…

Bo sport to zawsze długotrwała praca u podstaw, a pośpiech nieustannie wskazany przy łapaniu pcheł.

(Bartłomiej Rabij)

Komentarze