“Trzeba nienawidzić piłki, by wymyślić Superligę”. Upadek futbolu nigdy nie był bliżej

Kibice Realu Madryt podczas finału LM
Kibice Realu Madryt podczas finału LM PressFocus

Będą protesty, bojkoty, straszenie sądem, wykluczeniem, rozłam i wbijanie szpil w laleczki voo-doo. Później będzie kompromis, bo romantyzm jest ostatnią rzeczą, o jaką można podejrzewać futbol. Strach tylko pomyśleć, co stanie się na końcu.

W niedawno wydanej autobiografii Giorgio Chiellini pisze tak: “Gdy wyobrażam sobie przyszłość, widzę siebie jako szefa ECA (Europejskiego Stowarzyszenia Klubów) przeprowadzającego zmiany w Lidze Mistrzów czy Superlidze. Zapłaciłbym z własnej kieszeni, żeby co tydzień grać przeciwko najlepszym klubom europejskim, żeby tak wyglądała nasza Serie A. (…) Rozgrywki Serie A z dwudziestoma zespołami są nie do utrzymania, we Włoszech nawet osiemnaście to za dużo. Odpowiednią liczbą byłoby szesnaście. (…) Dziś Superliga przeraża, a nie powinno tak być. Nie można tkwić w przeszłości”. Jest też kilka zdań o Andrei Agnellim chorobliwie wręcz dążącym do rewolucji w europejskiej piłce. Jeśli ktoś to czytał, nie może się dziwić, że Juventus zajął miejsce w pierwszym rzędzie buntowników. Nawet jeśli Agnelli dzień zaczynał jako prezes organizacji mającej dbać o dobro kilkuset europejskich klubów, a miesiąc wcześniej przybijał piątki z Aleksandrem Ceferinem po zatwierdzeniu nowego formatu Ligi Mistrzów.

Football doesn’t matter. Money does

Kilka tygodni temu władze Juventusu poprosiły drużynę o odroczenie płatności pensji za marzec, kwiecień, maj i czerwiec, by zapłacić je w kolejnym roku finansowym i dzięki “zaoszczędzonym” milionom euro jakoś zamknąć obecny. To nic nowego, bo Juventus na podobny zabieg zdecydował się rok wcześniej. Podobnie jak Barcelona. Mówiło się nawet, że od sukcesu negocjacji z własnymi piłkarzami zależy jej przyszłość. Inter Mediolan w lutym musiał szukał awaryjnych funduszów, a media informowały o pożyczce 200 mln euro, dzięki którym klub spłaciłby należności z bliskim terminem wymagalności. Arsenal szukając cięć zwolnił klubową maskotkę, którą przywrócono do pracy dopiero, gdy Mesut Oezil postanowił sfinansować jej pensję. Real Madryt, z kosmicznych okienek transferowych robiący niemal swój brand, nie wydał minionego lata ani euro na nowych zawodników. Nikt w czasach pandemii nie dostał po kieszeni tak mocno jak piłkarscy giganci. Skoro szacuje się, że 12 założycieli Superligi straciło w pierwszym roku COVID-19 około 1,5 mld euro, naiwnością było myślenie, że po prostu zaakceptują lata drżenia o lepsze jutro. Wizja Superligi unosiła się w powietrzu od lat, bo gigantom trudno było nie zauważyć, że bez pośrednika, jakim w organizacji Ligi Mistrzów jest UEFA, zarobiłyby więcej. Naturalne wydawało się, że to UEFA bardziej potrzebuje klubów, niż kluby UEFA. Pandemia sprawiła, że łatwiej było wcisnąć czerwony przycisk.

Nie o współczucie dla UEFA tu chodzi

Globalne oburzenie i walka z Superligą niewiele ma wspólnego ze spacerem pod rękę z UEFA. Ten odbywa się bardziej przy okazji. Europejska centrala, idąca przez świat z hasłem “We care about football” już dawno uczyniła z niego spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością i porzuciła pozory, że małych traktuje na równi z wielkimi. Gdy przez pandemię zagrożone były mecze Ligi Mistrzów, można je było zorganizować na neutralnym gruncie, ale w Lidze Narodów dużo mniej znaczącą Ukrainę ukarano już walkowerem za niedoszłe starcie ze Szwajcarią. Przez taki zabieg do Dywizji B spadł zespół, który wygrał dwa z pięciu rozegranych meczów, a w topowej dywizji utrzymał się taki, który na pięć gier ani raz nie schodził z boiska jako zwycięzca. Gdy we wcześniejszej edycji Niemcy sportowo pożegnali się z 12 najlepszych, okazało się, że jednak najlepszym pomysłem będzie rozszerzenie elity do 16 zespołów i wszyscy spadkowicze w niej pozostali. Ograniczenie Ligi Europy do 32 zespołów też prowadzić ma do zapewnienia tym rozgrywkom większej ekskluzywności, a utworzenie pucharu trzeciego sortu jest bardziej skutkiem ubocznym niż działaniem na rzecz zasypywania nierówności w futbolu. Dlatego nad losem UEFA trudno tutaj płakać, bo nawet jeśli jej obecna walka jest związana wyłącznie z utratą wpływów i odpływem ogromnych pieniędzy (a jest), przez co z całego zamieszania wyjdzie mocno poobijana, to obok tego wszystkiego zagrożenie dla piłki nożnej sensu stricto wydaje się być ogromne.

Zabite marzenia

W niedzielę napisałem na Twitterze: “Nie wyobrażam sobie, bym jarał się Superligą. Piłka pozbawiona historii maluczkich bijących wielkich nie ma sensu. Cały świat kibicował Leicester, gdy szedł po mistrza. Albo Wolfsburgowi kilkanaście lat temu. Cała Polska (poza kibicami Legii) Piastowi. A tu bal dla samych książąt”. Dostałem kontrę, że przecież ten Wolfsburg to klub sponsorowany przez globalny, obrzydliwie bogaty koncern. Ale jeśli jednocześnie jest klubem, który do tej pory nigdy nie wygrał Bundesligi, a dopiero co ledwie się w niej utrzymał, ja kupuję tę historię. Tyle mi zostało, bo gdybym miał czekać na lepszą, musiałbym liczyć, aż SSV Ulm rok po roku dojdzie na szczyt, oczywiście korzystając z piłkarzy na półzawodowych kontraktach i nie dokonując żadnego transferu po drodze.

Wszyscy kochali tamten Leicester i Wolfsburg jako przedstawicieli underdogów. Dotychczasowa struktura piłki dopuszczała myśl, że czasem sami się możemy nimi stać. Nie ma nic złego w tym, że w Wiśle Kraków do dziś wspominają mecze z Schalke i Parmą (wtedy zdecydowanie zespołami z wyższej niż z niższej półki), tak jak nie będzie niczego złego, gdy chorwackie media po 20 latach przypomną, jak Dinamo Zagrzeb eliminowało Tottenham mimo trenera zamkniętego w areszcie. Kto nie patrzył przychylnie na młodzież Ajaxu, gdy ta wyrzucała za burtę Real i Juventus po zwycięstwach w Madrycie i Turynie? W formacie zaproponowanym przez 12 klubów myśli, że mały może pokonać wielkiego (zachowując odpowiednią skalę, bo jasne, że chodzi o milionerów wygrywających z miliarderami) nigdy nie wyjdą poza sferę marzeń. Mam poczucie, że te incydentalne niespodzianki i śledzenie losów ich twórców napędzały w głowach kibiców zainteresowanie piłką w podobnym stopniu, co wielkie mecze. Nie mam za to przekonania, że jeśli zostanie tylko to drugie, piłka zwyczajnie się ludziom nie znudzi. W tekście “Guardiana”, w którym Jonathan Liew zauważa, iż Superligę mogli stworzyć tylko ludzie nienawidzący piłki nożnej, czytamy chyba najbardziej trafne zdanie opisujące niebezpieczeństwo całego przedsięwzięcia: “Przegapiłeś mecz Realu z Liverpoolem? Nic nie szkodzi. Zagrają ze sobą jutro, a za trzy dni ponownie”. Skoro na hity nie trzeba będzie czekać, bo będą grane zawsze, przestanie istnieć zjawisko wyczekiwanych meczów. Czy można to już podciągnąć pod brak czekania na piłkę w ogóle?

Strzelanie kapiszonami

UEFA wytoczyła najcięższe działa, jakie mogła, ale te wyglądają na kapiszony mogące co najwyżej wywołać trochę kurzu. Kluby Superligi zapewniają o ogromnym zapleczu prawnym, które skutecznie pozwoli im wygrać tę licytację i zmusi UEFA do pójścia na kompromis. Trudno im nie wierzyć. Dokładnie tak samo, jak trudno uwierzyć wielu deklaracjom. Jeśli Bayern Monachium, Borussia i Paris Saint-Germain dziś twierdzą, że do Superligi nie przystępują, to raczej nie w imię żelaznych zasad (zabawne zwłaszcza w kontekście tych ostatnich i ich kreatywnego spojrzenia na Finansowe Fair Play), a tymczasowego interesu. Naiwne są złudzenia, że gdy przyjdzie do dzielenia największego z tortów, oraz zapraszania na swój stadion Juventusu, Realu, Barcelony i Manchesterów, w Monachium, Dortmundzie i Paryżu grzecznie podziękują.

Tak samo naiwnie wygląda grożenie palcem, że kluby zostaną wycofane ze swoich krajowych lig. Te w oficjalnym komunikacie poparły taki pomysł, ale poczekajmy do momentu, gdy Serie A będzie negocjować wartość kontraktów telewizyjnych i marketingowych nie mogąc użyć Juventusu, Interu i Milanu jako karty przetargowej. To samo dotyczy La Liga, Barcelony i Realu. Nawet jeśli te kluby traktowałyby rodzime rozgrywki jak poligon doświadczalny, bo prawdziwe granie miałyby w Europie niezależnie od pozycji wywalczonej we własnym kraju. Choć i tu się pojawia pytanie: skoro w Superlidze nagrody byłyby praktycznie niezależne od tego, czy klub będzie pierwszy czy ostatni, to gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla sportu?

Walka z malejącym zainteresowaniem

Piłka nożna znalazła się na największym zakręcie w historii i nie jest powiedziane, że na końcu będzie happy end. Według badań przeprowadzonych przez ECA w siedmiu europejskich państwach, w tym w Polsce, a przytoczonych w poniedziałek przez Mateusza Święcickiego i Filipa Kapicę na profilu 2AngryMen, 27 proc. milenialsów nie interesuje się piłką nożną, z czego 13 proc. jej nienawidzi. 29 proc. przyznaje, że przestało śledzić futbol, bo ma lepsze rzeczy do roboty. Tylko 49 proc. aktywnych interesuje się futbolem, bo kibicuje konkretnej drużynie. Jeśli nie będzie nowego narybku zakochanego w piłce, a niewiele na to wskazuje, Superliga nie zatrzyma tej agonii.

Serwis Goal.pl podniósł ten temat około miesiąc temu. Pisaliśmy wtedy tak (poniżej fragment tekstu, całość pod linkiem): O tym, że spadek zainteresowania piłką nie jest wydumany, świadczą liczby. Po mundialu w Rosji FIFA opublikowała raport, w którym triumfalnie ogłoszono: mistrzostwa obejrzało o 2 proc. ludzi więcej niż turniej rozgrywany w Brazylii. Ale gdy się zagłębić, nie jest już tak wesoło. Pomijając fakt, że różnica może wynikać z istnienia stref czasowych (Europa ma o 300 mln mieszkańców więcej niż Ameryka Płd.; na Starym Kontynencie mecze MŚ 2014 rozpoczynające się o 1 w nocy kibice pomijali, podczas gdy cztery lata później godziny dla fanów w Ameryce Płd. były dużo bardziej przystępne), wyniki oglądalnościowe późniejszych faz biły na alarm. Finał miał najgorszą oglądalność od 12 lat, a w stosunku do mundialu w Brazylii liczba widzów spadła o 5,1 proc. Mecz o trzecie miejsce oglądało o 17,4 proc. kibiców mniej, półfinały – o 15,5 proc. W sumie cztery najważniejsze mecze mistrzostw świata w Rosji oglądało o 190 mln widzów mniej niż cztery lata wcześniej. Mimo dobrej dla europejczyków godziny finału MŚ 2018, prawie we wszystkich krajach Europy (wyłączając finalistów – Francję i Chorwację) oglądalność była niższa, niż w przypadku poprzedniego meczu o Puchar Świata. Generujące ogromne przychody dla piłki nożnej Wielka Brytania i Niemcy zaliczyły spadek o 39 proc.

W Lidze Mistrzów, która coraz mocniej zamyka się na świeże powietrze z zewnątrz, a kluby gotują się we własnym sosie, wygląda to jeszcze gorzej. W sezonie 2018/19 spadek widowni w niektórych krajach przekroczył 80 proc., a Karl-Heinz Rummenigge pierwszy raz powiedział na głos: niedługo będziemy mieć problem ze sponsorami. To oczywiście efekt sprzedania rozgrywek do płatnych telewizji, ale tak gigantyczny odpływ fanów sugeruje jedno – zdecydowanie przeszarżowano w szacunkach, ilu kibiców interesuje się piłką do tego stopnia, by płacić za nią jeszcze więcej. Jednocześnie włoska telewizja publiczna RAI zamieściła wyniki, które pokazują wyraźny spadek widowni nawet, gdy piłka jest ogólnodostępna. Wniosek jest jasny: coraz mniej ludzi chce oglądać ciągłe starcia gigantów. Przecież zaraz będą kolejne. I kolejne.

FIFA, ratując się rozszerzeniem mundialu do 48 drużyn, zapewne zagwarantuje więcej kibiców w fazie grupowej (mundial wzbudzi większe zainteresowanie w krajach, które mogłyby przejść obok niego obojętnie), natomiast trend jest wyraźny – ludzie odwracają się od piłki nożnej. Zapewnienie im jeszcze więcej meczów, nawet jeśli motywacją jest zdobycie jeszcze więcej pieniędzy, to jak poprawianie smaku zupy przez dolanie do niej wody. Tylko czy ktoś u szczytu zastanawia się nad tym, że wkrótce ze świecą będzie trzeba szukać kogoś, kto to zje?

Komentarze

Comments 2 comments

E tam, zwyczajnie UEFA nie może w nieskończoność ciemiężyć klubów i prowadzić wyzysku, sami stworzyli swoją super ligę bo LM nie odbiega wiele od SL, sami stworzyli potworki które teraz się dogadały. Żaden tan koniec piłki, wręcz przeciwnie konkurencja w SL będzie na kosmicznym poziomie tak jak zawodnicy i piłka nożna jeszcze się rozwinie bo konkurencja na wysokim poziomie = piłka na wysokim poziomie

> Barrakuda. Marzysz. Po reakcji kibiców w Anglii widać, że mają gdzieś granie na okrągło w zamkniętej grupie bogaczy. Gdzie tu rywalizacja, zaskoczenie, jeśli motywacją jest tylko zarobienie większych pieniędzy bez względu na miejsce? UEFA przetarła drogę SL, ale nie zamknęła drogi dla średniaków. Inna rzecz, że piłki w tv jest za dużo i żaden objazdowy cyrk a’la ESL nie przyciągnie tłumów. Chyba, że w Chinach.