Futbol u progu wielkiego krachu. Koronawirus nie ma z tym nic wspólnego

Finał Ligi Mistrzów na pustym stadionie
Finał Ligi Mistrzów na pustym stadionie PressFocus

Kryzys spowodowany atakiem koronawirusa może okazać się tylko preludium do prawdziwego krachu, który dopada piłkę nożną. Prawdopodobnie nie doceniamy siły trendu mogącego nieodwracalnie zmienić świat futbolu, jaki znamy.

Czasy się zmieniły

Pamiętam, że będąc dzieckiem, które w połowie lat 90. poważnie zainteresowało się futbolem, miałem marzenie: piłkarska Superliga. Lubiłem Ligę Mistrzów, na wideo nagrywałem pokazywane w nocy skróty, by następnego dnia po powrocie ze szkoły wszystkie dokładnie obejrzeć. Wyniki i strzelców zapisywałem w zeszycie, zresztą kto tak nie robił? Ale przeszkadzały mi te małe kluby, zwłaszcza gdy grały z moją ulubioną drużyną. To wykluczało pokazanie meczu na żywo w telewizji, a w tamtych czasach ilość dostępnej dla mnie piłki stanowiła może 5 proc. tego, co oglądam teraz. Taka sytuacja sprawiała, że do meczu w środku tygodnia siadało się jak w święta do stołu. Superliga w moim wyobrażeniu miała mi tych emocji zapewnić odrobinę więcej. Starcia gigantów, choćby tylko na skrótach wynagrodziłyby te lata oczekiwania na większą dostępność piłki. Czasy się jednak zmieniły. Dziś ważne mecze odbywają się codziennie. Są transmitowane za każdym razem, gdy się włączy telewizor, więc mecz z kimś słabszym potrafi przynieść wytchnienie. I nie mówię tu o wytchnieniu dla piłkarzy.

Piłka nie jest dla piłkarzy

Czytałem ostatnio wydaną właśnie autobiografię Giorgio Chielliniego, wielkiego erudyty i człowieka uchodzącego w środowisku za jednego z najbardziej inteligentnych piłkarzy. Pojawia się tam temat Superligi, której wielkim zwolennikiem jest prezes Juventusu Andrea Agnelli. Chiellini pisze tak: “Gdy wyobrażam sobie przyszłość, widzę siebie jako szefa ECA (Europejskiego Stowarzyszenia Klubów) przeprowadzającego zmiany w Lidze Mistrzów czy Superlidze. Zapłaciłbym z własnej kieszeni, żeby co tydzień grać przeciwko najlepszym klubom europejskim, żeby tak wyglądała nasza Serie A. (…) Rozgrywki Serie A z dwudziestoma zespołami są nie do utrzymania, we Włoszech nawet osiemnaście to za dużo. Odpowiednią liczbą byłoby szesnaście. (…) Dziś Superliga przeraża, a nie powinno tak być. Nie można tkwić w przeszłości”.

Mamy więc jasne stanowisko piłkarza, pod którym ci najlepsi na świecie prawdopodobnie by się podpisali. Problem w tym, że futbol wcale nie jest stworzony dla piłkarzy. Z danych FIFA wynika, że w ostatnich latach liczba zawodowców (graczy, którzy utrzymują się tylko z grania) oscyluje wokół 120 tys. To promil w porównaniu z całą piłkarską społecznością tworzoną przede wszystkim przez kibiców. To właśnie oni – nie piłkarze – generują krążące w świecie futbolu wielkie pieniądze. Bez kibiców – do tego, dlaczego ryzyka takiego scenariusza nie można bagatelizować, za chwilę dojdziemy – świat piłki załamie się na każdym poziomie. Teraz, gdy od roku zmuszani jesteśmy do oglądania pustych trybun, obserwujemy działanie tego mechanizmu w skali mikro. Wg raportu Deloitte, roczne przychody Legii Warszawa z dnia meczowego, to 27,8 mln zł. Wisły Kraków – 11,9 mln, Lecha Poznań – 11 mln. Kluby je straciły. Nie inaczej, choć oczywiście w znacznie większej skali, jest w najlepszych ligach Europy. Nie było przypadku w tym, że Real Madryt przed sezonem nie wydał na wzmocnienia ani euro, a przyszłość Barcelony zależała w ogromnej mierze od tego, czy piłkarze zgodzą się na obniżki.

Dwa powody do zmartwień

Tutaj ważna uwaga – w akapicie powyżej mówimy o pieniądzach, które kluby tracą, gdy kibice “tylko” nie przychodzą na stadion. Gdyby fanów zabrakło na innych płaszczyznach, mielibyśmy krach już w skali makro.

Planowane utworzenie Superligi (albo Ligi Mistrzów w formacie, o którym mówi Agnelli, kwestia nazewnictwa), wydaje się być pierwszym krokiem do urealnienia czarnego scenariusza. W zamyśle wszystko ma się przełożyć na jeszcze więcej pieniędzy i jeszcze więcej kibiców, ale jeśli praktyka nie pójdzie z teorią pod rękę, piłka przestanie wyznaczać rytm życia. A to przełoży się na finansowe możliwości tego sportu. Powody, by się martwić są dwa. Pierwszy: zwiększona liczba hitowych meczów, która sprawi, że nawet największy szlagier spowszednieje, a starcia, na które jeszcze niedawno czekaliśmy, staną się tak standardowe, że nic się nie stanie, jeśli je przegapimy. Po sobie widzę, że już teraz liczba meczów jest przytłaczająca do tego stopnia, że ostatnio nie mogłem sobie przypomnieć, kto grał w finale Ligi Europy 2020. A przecież ten mecz widziałem i odbył się niewiele ponad pół roku temu. Wszystko zaczyna się zlewać w całość. Drugi: zmniejszające się zainteresowanie piłką wśród potencjalnych nowych kibiców. Amerykanie tłumaczyli kiedyś, dlaczego piłka nożna nie może się przebić do ich mainstreamu tym, że “ich” sporty przywyczaiły ludzi do szybkich i wielokrotnych zmian wyniku. Bo jak można ekscytować się jednym-dwoma golami w przeciągu 45 minut? Można to przyrównać do obecnie dorastającego pokolenia na świecie, dla których wyznacznikiem jakości stała się zwięzłość informacji. Tik-tok najchętniej promuje format zamykający się w 15 sekundach wideo, który w widzeniu świata młodym okiem jest znacznie atrakcyjniejszy od meczu piłkarskiego.

Miażdżące liczby

O tym, że spadek zainteresowania piłką nie jest wydumany, świadczą liczby. Po mundialu w Rosji FIFA opublikowała raport, w którym triumfalnie ogłoszono: mistrzostwa obejrzało o 2 proc. ludzi więcej niż turniej rozgrywany w Brazylii. Ale gdy się zagłębić, nie jest już tak wesoło. Pomijając fakt, że różnica może wynikać z istnienia stref czasowych (Europa ma o 300 mln mieszkańców więcej niż Ameryka Płd.; na Starym Kontynencie mecze MŚ 2014 rozpoczynające się o 1 w nocy kibice pomijali, podczas gdy cztery lata później godziny dla fanów w Ameryce Płd. były dużo bardziej przystępne), wyniki oglądalnościowe późniejszych faz biły na alarm. Finał miał najgorszą oglądalność od 12 lat, a w stosunku do mundialu w Brazylii liczba widzów spadła o 5,1 proc. Mecz o trzecie miejsce oglądało o 17,4 proc. kibiców mniej, półfinały – o 15,5 proc. W sumie cztery najważniejsze mecze mistrzostw świata w Rosji oglądało o 190 mln widzów mniej niż cztery lata wcześniej. Mimo dobrej dla europejczyków godziny finału MŚ 2018, prawie we wszystkich krajach Europy (wyłączając finalistów – Francję i Chorwację) oglądalność była niższa, niż w przypadku poprzedniego meczu o Puchar Świata. Generujące ogromne przychody dla piłki nożnej Wielka Brytania i Niemcy zaliczyły spadek o 39 proc.

W Lidze Mistrzów, która coraz mocniej zamyka się na świeże powietrze z zewnątrz, a kluby gotują się we własnym sosie, wygląda to jeszcze gorzej. W sezonie 2018/19 spadek widowni w niektórych krajach przekroczył 80 proc., a Karl-Heinz Rummenigge pierwszy raz powiedział na głos: niedługo będziemy mieć problem ze sponsorami. To oczywiście efekt sprzedania rozgrywek do płatnych telewizji, ale tak gigantyczny odpływ fanów sugeruje jedno – zdecydowanie przeszarżowano w szacunkach, ilu kibiców interesuje się piłką do tego stopnia, by płacić za nią jeszcze więcej. Jednocześnie włoska telewizja publiczna RAI zamieściła wyniki, które pokazują wyraźny spadek widowni nawet, gdy piłka jest ogólnodostępna. Wniosek jest jasny: coraz mniej ludzi chce oglądać ciągłe starcia gigantów. Przecież zaraz będą kolejne. I kolejne.

FIFA, ratując się rozszerzeniem mundialu do 48 drużyn, zapewne zagwarantuje więcej kibiców w fazie grupowej (mundial wzbudzi większe zainteresowanie w krajach, które mogłyby przejść obok niego obojętnie), natomiast trend jest wyraźny – ludzie odwracają się od piłki nożnej. Zapewnienie im jeszcze więcej meczów, nawet jeśli motywacją jest zdobycie jeszcze więcej pieniędzy, to jak poprawianie smaku zupy przez dolanie do niej wody. Tylko czy ktoś u szczytu zastanawia się nad tym, że wkrótce ze świecą będzie trzeba szukać kogoś, kto to zje?

Komentarze

Comments 2 comments

Mimo, że piłką podobnie jak autor zainteresowałem się w latach 90′ z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy w lidze mistrzów grali mistrzowie krajów zamiast wicemistrzów, drużyn z trzecich i czwartych miejsc. Wówczas właśnie mecze w LM to było święto a nie kolejny odgrzewany kotlet.

Zgadzam się z tym. Powinni grać tylko mistrzowie krajów. Obecnie za dużo jest meczów Lidze Mistrzów o nic. Cierpią na tym narodowe federacje.Zresztą i tu nikogo nie obchodzi że Niemcy czy Polacy wygrywają np z San Marino 10 czy 13 do zera. W latach 90-tych moich ulubionych było lepiej. Mniej meczów ale stawka większą.