Lekarze nie wiedzieli, jakim cudem przeżył. 97. ofiara z Hillsborough

Tragedia na Hillsborough
Tragedia na Hillsborough PressFocus / Twitter

Gdy w 1989 roku Andrew Devine udał się na mecz Liverpoolu, jego życie zmieniło się na zawsze. To cud, że przeżyłeś – mówili mu potem lekarze i najbliżsi. Klub nie zapomniał o nim do końca jego dni. Gdy zespół Jurgena Kloppa wygrał Ligę Mistrzów, pojechał z pucharem pod dom rodziny Devine’ów. Andrew zmarł w ten wtorek w wieku 55 lat. Oficjalnie uznano go 97. ofiarą tragedii na Hillsborough.

  • W wyniku tragedii na Hillsborough życie straciło 96 osób. Andrew Devine przeżył, ale do końca swoich dni poruszał się na wózku.
  • 22-latek doznał w 1989 roku na tyle poważnych obrażeń, że lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Zakładano, że umrze w ciągu 24 godzin.
  • Devine przezył kolejne 32 lata i zmarł we wtorek. Hołd oddali mu Liverpool i znane osobistości ze swiata futbolu.

Rodzinie mówili, że nie przeżyje

Pod koniec maja 2019 roku niemal wszystkie ulice Liverpoolu przystrojone były na czerwono. Piłkarskie święto było zaraźliwe, a radowali się nawet ci, którzy na co dzień nie interesowali się futbolem. Z powodu wygrania Ligi Mistrzów drużyna Jurgena Kloppa wsiadła w piętrowy autobus i podróżowała z pucharem po ulicach miasta. Trasa zaplanowana została tak, by zatrzymać się pod skromnym domem rodziny Andrew Devine’a. Oddano w ten sposób hołd mężczyźnie, który 30 lat wcześniej cudem uniknął śmierci podczas tragedii na Hillsborough.

15 kwietnia 1989 roku był czarnym dniem w historii Wielkiej Brytanii. To wtedy podczas półfinału FA Cup pomiędzy Liverpoolem a Nottingham Forest doszło do jednej z największych tragedii z udziałem kibiców. Andrew Devine co prawda przeżył, ale jego życie zmieniło się na zawsze. Klatka piersiowa 22-latka została zmiażdżona, a mózg pozbawiony dopływu tlenu. Lekarze ratowali go, ale nie dawali mu szans na przeżycie 24 godzin. Andrew nie poddawał się jednak łatwo i choć już zawsze przykuty był do wózka inwalidzkiego, przeżył z rodziną kolejne trzy dekady.

Gdy mijały kolejne miesiące, kolejni lekarze łapali się za głowy. Zrozpaczeni rodzice Andrew słyszeli od nich, że co prawda mogą zabrać syna do domu i tam zapewnić mu opiekę, ale on i tak w przeciągu pół roku umrze. “Nikt, drodzy państwo, nie przeżył mając takie urazy wewnętrzne więcej niż ośmiu lat. Zwykle trwa to najwyżej kilka miesięcy” – mówili medycy. Tymczasem Devine, jak na ironię losu, żył ostatecznie dłużej niż kilku lekarzy, którzy się nim zajmowali.

Nie zmienia to faktu, że Anglik już na zawsze został na wózku inwalidzkim. Nie było szans na to, by wrócił do jakiejkolwiek samodzielności. Stracił zdolność mówienia, a jedzenie otrzymywał przez lata w postaci zmiksowanej papki. Opieka nad Andrew spadła na barki jego rodziców; byłego inspektora policji Stanleya i jego żony Hilary. Pomagały im też pozostałe dzieci; brat Graham, a także siostry Julie i Wendy.

Heroiczna postawa rodziców

Przez lata było wiele łez, ale najważniejsze jest to, że Andrew przeżył i że może żyć w domu z rodzicami. Ma tam zapewnioną całodobową opiekę – mówiła w wywiadzie z 2014 roku dla Liverpool Echo Wendy. – Wiem, że wiele rodzin się rozpada i rozjeżdża się po różnych częściach kraju, ale nie my. My dla Andrew zostaliśmy razem. Rodzinne spory nie mają znaczenia, bo mamy coś znacznie ważniejszego do zrobienia; dbanie o naszego brata. Chcemy przy nim być. To najważniejszy członek naszej rodziny – dodała siostra.

Można tylko zastanawiać się jak potoczyłoby się życie Andrew, gdyby nie Hillsborough. Był najstarszym z rodzeństwa i uchodził za duszę towarzystwa. – Spędzał mnóstwo czasu na zewnątrz. Miał dziewczynę, znajomych. Kochał łowić ryby i jeździć na rowerze. Nie mam wątpliwości, że założyłby rodzinę i miał gromadkę dzieci – przekonywała Wendy. Z kolei Graham dodawał: – Byłem najmłodszy z rodzeństwa, ale Andrew nigdy nie dał mi tego odczuć. Mieliśmy świetny kontakt. Bardzo pomagał zarówno nam, jak i rodzicom.

Gdy doszło do tragedii, a Andrew zabrali lekarze, jego ojciec wydzwaniał po szpitalach. – Proszę szybko przyjechać, jeśli chce pan pożegnać się z synem – usłyszał w słuchawce telefonu pan Devine. 22-latka zabrano do szpitala Sheffield’s Royal Hallamshire. Jego rodzice spędzili przy jego łóżku sześć kolejnych tygodni. Członkowie rodziny byli przy nim także później, gdy przynoszono go do innych placówek medycznych.

– Nie znam większych bohaterów niż mama i tata – przyznał w wywiadzie Graham. Opowiadał jak spędzali z Andrew godziny na zajęciach z fizjoterapii i w basenie do hydroterapii. Dla osób postronnych byłoby to może niezauważalne, ale rodzice dostrzegali to, że ich syn wykonał przez lata ogromny progres. Nie było szans, by kiedykolwiek stanął na nogi czy odzyskał samodzielność, ale jego życie było przynajmniej znośne. Wiedział, że był kochany. Nigdy nie stracił też pasji do spędzania czasu na świeżym powietrzu i do futbolu. – Latem jeździliśmy w przyczepie kempingowej po Walii. Gdy była dobra pogoda, braliśmy go też na wózku inwalidzkim na mecze Liverpoolu – wspominał Graham.

97. ofiara z Hillsborough

W jednym z wywiadów pojawiło się pytanie czy Andrew i jego tragedia nie zostały przez Liverpool zapomniane. – To nieprawda – odparła bez wahania Wendy. Wszyscy uszanowali po prostu decyzję rodziców, którzy poprosili media o to, by pozwolić im żyć w spokoju. Dowodem na to, że klub z Anfield o Andrew wcale nie zapomniał były nagrania po wygraniu Ligi Mistrzów z 2019 roku. Autokar z piłkarzami i pucharem zatrzymał się wówczas dokładnie pod domem Andrew, by ten mógł z bliska nacieszyć oczy trofeum.

Devine odszedł w wieku 55 lat. O jego śmierci informowały dzienniki i serwisy internetowe na całym świecie. Kondolencje przesłał nie tylko Liverpool, ale i znane osobistości ze świata futbolu, na czele z dawnym kapitanem The Reds, Kennym Dalglishem. “Myśli moje i Marine są teraz z rodziną Devine’ów. Zwłaszcza z jego wspaniałymi rodzicami, którzy otaczali go tak wspaniałą opieką” – napisał na Twitterze Dalglish.

W minioną środę przeprowadzono sekcję zwłok. Badający ciało Andrew koroner oświadczył, że pan Devine zmarł w wyniku obrażeń jakich doznał 32 lata wcześniej na stadionie. Został oficjalnie uznany za 97. ofiarę tej tragedii. Rodzice, gdy usłyszeli ten werdykt, poczuli ulgę. Uważają, że sprawiedliwości stało się zadość.

“Nasz żal jest przytłaczający, ale mamy też świadomość, że mieliśmy szczęście mieć Andrew z nami przez 32 lata od tragedii na Hillsborough. Z ulgą i zadowoleniem przyjmujemy wniosek koronera, pana Andre Rebello, mówiący o tym, że Andrew został bezprawnie zabity, co czyni go 97. ofiarą śmiertelną tragicznych wydarzeń, które miały miejsce 15 kwietnia 1989 roku” – czytamy w oświadczeniu rodziny. “Andrew był ukochanym synem, bratem i wujkiem. Wspierała go rodzina i zespół oddanych opiekunów. Jak zawsze myślimy o wszystkich, których dotyczy tragedia Hillsborough. Prosimy jednak w tym smutnym czasie o poszanowanie naszej prywatności” – dodano.

Czytaj także: Sensacyjnie ograli Real Madryt. Teraz chcą podbić Ligę Mistrzów

Komentarze