Tragedia na Ibrox Park
Tragedia na Ibrox Park Archiwa BBC Sport

Tragedia czarniejsza niż Heysel. W Szkocji wciąż opłakują ofiary

Szkocja przeżywała w swojej historii wiele najazdów i przegranych bitew. W ciągu ostatnich kilku dekad nic nie dotknęło jednak tego kraju tak bardzo jak tragedia, do jakiej doszło w 1971 roku na Ibrox Park. W czasie derbowego meczu z Celtikiem życie straciło 66 kibiców. Większość z nich miała mniej niż 30 lat. Najmłodsza ofiara obchodziła niedawno dziewiąte urodziny.

Dla ośmiu nastolatków z miasteczka Markinch w okręgu Fife miał być to najważniejszy dzień roku. Chłopcy mieli wolne od szkoły i gdyby tego było mało, zdobyli bilety na derbowy mecz Rangers z Celtikiem na Ibrox. Data 2 stycznia 1971 miała na długo zapaść w ich pamięci. Do Glasgow zabierał ich autokar z Glenrothes. Mieli więc przed sobą 2-milowy marsz, a potem blisko dwugodzinną podróż na stadion. Byli sąsiadami i od najmłodszych lat ganiali razem za piłką. Dobrze znali się też ich rodzice. Chłopców dzieliło tylko jedno. Troje z nich kibicowało Celticowi, a pozostali sympatyzowali z Rangers. Najmłodszy miał 13 lat. Pożegnali się ze sobą na przystanku i odjechali. Do domu po meczu wróciło tylko trzech.

Nigdy nie zobaczyli już domu

Brytyjskie stadiony nie cieszyły się w latach 50. i 60. dobrą sławą. Nie chodziło tylko o niebezpieczne zachowania kibiców, ale i o brak odpowiednich środków bezpieczeństwa na obiektach. Nie inaczej było na Ibrox Park, gdzie w 1902 roku po raz pierwszy zawaliła się jedna z trybun. W wyniku zbyt dużego obciążenia drewniana konstrukcja runęła, a życie straciło 25 osób. Dziesiątki kolejnych było rannych. Wydarzenie to zostało jednak zupełnie przyćmione tym, co wydarzyło się 71 lat później. Bilans był tragiczny: 66 ofiar i 140 rannych. Dla porównania najsłynniejsza tragedia w Heysel zabrała 39 żyć.

Ibrox Park mogło pomieścić 120 tysięcy widzów, ale 2 stycznia 1971 roku na trybunach zasiadło 80 tysięcy osób. Chłopcy z Fife wspierający Celtic – Shane Fenton, Peter Lee i Joe Mitchel – udali się na zachodnią część stadionu, aby dołączyć do pozostałych biało-zielonych fanów. Pozostała piątka – Bryan Todd, Ronald Paton, Peter Easton, Mason Philip i Douglas Morrison zasiadła za bramką po drugiej stronie obiektu.

Sam mecz nie należał do zbyt emocjonujących. Przynajmniej do 89. minuty gry. To właśnie wtedy na prowadzenie wyszedł Celtic, gdy do siatki trafił Jimmy Johnstone. Wielu kibiców Rangers stwierdziło, że to koniec i zaczęło opuszczać trybuny. – Zdecydowaliśmy się wyjść, by ominąć tłumy i szybciej przedostać się na autobus. Inaczej czekalibyśmy w tłumie kolejną godzinę – wspominał jeden z fanów cytowany przez BBC. – Dopiero w busie dowiedzieliśmy się, że Rangers w ostatniej minucie wyrównali – dodał. Gol zdobyty w doliczonym czasie przez Colina Steina wywołał zamieszanie, które mogło przyczynić się do tragedii.  

Schody śmierci

Pierwszą oznaką jakichkolwiek kłopotów miały być białe chusteczki. W tamtych czasach były one powszechnie widywane w czasie imprez masowych, gdy robił się zbyt duży tłok lub gdy potrzeba była pierwsza pomoc. Potem rozległy się gwizdy, okrzyki i błagania na szczycie schodów numer 13. Nawoływano, by ludzie nie napierali i się cofnęli. Dramat rozegrał się na kilkudziesięciometrowym odcinku, który prowadził z korony stadionu na ulicę nieopodal stacji metra. Schody były długie i strome. Miały co prawda rozstawione kilka rzędów metalowych barierek, ale tego popołudnia na niewiele się one zdały.

Nie wytrzymały one nacisku fanów i się pod ich ciężarem zaczęły się wyginać. Jeden ze świadków, który obserwował całe zdarzenie z pobliskiej kamienicy opisywał całą scenę jako “falę dosięgającą brzegu”. Inny stwierdził, że ludzie zostali rozrzuceni niczym talia kart. Osoby stojące u szczytu schodów przygniotły tych, którzy znajdowali się poniżej. Wielu z nich nie miało drogi ucieczki i zmarło w mękach, będąc przygniecionym innymi ciałami i barierkami.

Na schodach numer 13 już wcześniej dochodziło do wielu niebezpiecznych sytuacji, ale władze klubu – pomimo zaleceń – nic z tym nie zrobiły. Widok po tragedii był straszny, a masa ciał sięgała w niektórych miejscach nawet dwóch metrów. Służby ratunkowe wyciągały żywych, ale wszystko działo się w ogromnym zamieszaniu. Ostatecznie zmarłych postanowiono rozłożyć na boisku, gdzie jeszcze kilkadziesiąt minut temu rozgrywany był mecz. To tam zaczęto ich identyfikować. Prowizoryczną kostnicę zbudowano za jedną z bramek. Widok był tym bardziej przykry, że zginęło wielu nastolatków. Najmłodsza ofiara miała zaledwie osiem lat. Wśród ofiar było pięcioro wspomnianych wcześniej chłopców z Markinch.

Schody śmierci. To tu rozegrał się koszmar. Źródło zdjęcia: BBC Sport Scotland

Śmierć z powodu rzutu monetą

Większość ofiar zmarła z powodu uduszenia, a krwi na miejscu zdarzenia było niewiele. Lekarz, który później rozmawiał z dziennikarzami stwierdził, że ofiary wyglądały tak, jakby po prostu zapadły w głęboki sen. “Umarli leżąc pod dziesiątkami innych ciał, nie mogąc złapać tchu” – napisano na BBC. Reporter Glasgow Herald wspominał, że zbieraniu ofiar towarzyszyła przeraźliwa cisza. Przerywał ją jedynie dźwięk monet wypadających z kieszeni podnoszonych osób. W całą akcję zaangażowali się pracownicy obu klubów. Asystent menedżera Celticu, Sean Fallon był byłym ratownikiem. Udało mu się pomóc i skutecznie reanimować jednego z kibiców.

Wróćmy na chwilę do chłopców z Markinch. Do domu wrócili trzej – Shane Peter i Joe, którzy siedzieli na trybunie Celticu. Dopiero po dotarciu autokarem do swojej miejscowości, 28 mil od Glasgow, dowiedzieli się o tym, co stało się na Ibrox. – Nawet przez myśl nie przeszło nam to, że nasi koledzy mogli zostać stratowani i zginąć – wspominał potem Shane. Co ciekawe, większość uczestników tego meczu dowiedziała się o tragedii dopiero po fakcie. Pierwsze informacje obiegły miasto poprzez radio godzinę po spotkaniu.

Rodziny zaginionej piątki chłopców liczyły rzecz jasna na to, że ci spóźnili się na autobus. W domach wyczekiwano ich cały dzień. Rodzice zebrali się przed północą na stacji kolejowej, licząc na to, że chłopcy przyjadą ostatnim możliwym pociągiem. Jednak z przedziału wysiadły tylko dwie nieznane osoby. Wtedy zaczęto przeczuwać, że stało się coś strasznego.

Peter Easton (13 lat), Mason Philip (14 lat), Douglas Morrison (15 lat) i Bryan Todd (14 lat) mieszkali przy Park View, podczas gdy Ronald Paton (14 lat) miał dom tuż za rogiem. Byli lubiani i znani prawie każdemu na ulicy. Shane, obecnie 67-latek, wspomina, że Peter miał talent do nauki. Mason był najbardziej nieśmiały, podczas gdy Douglas był utalentowany w każdym sporcie, jakiego spróbował. Ronald był natomiast największym fanem futbolu i nie wyobrażał sobie, by nie zabrać kolegów na mecz derbowy. Okazuje się, że Ronald pojechał do Glasgow z powodu wygrania rzutu monetą. Rodzina Patonów miała tylko jeden bilet na mecz 2 stycznia. Jego bliźniak Ian został w domu i dzięki temu przeżył.

Okładki czołowych brytyjskich gazet po tragedii z 1971 roku. Źródło zdjęcia: BBC Sport Scotland

Ktoś potknął się na schodach

W 1971 roku wieści nie rozchodziły się tak szybko jak obecnie, dlatego identyfikacja zmarłych trwała wiele dni. Rodziny z Glasgow i okolic przyjeżdżały do miasta szukać swoich zagonionych. Brat Braya Todda, Kevin, miał zaledwie pięć lat, gdy doszło do tych wydarzeń. – Byliśmy w czasie podróży do rodziny, gdy w radiu pojawiły się wieści, że miała miejsce tragedia. Rodzice się przerazili i martwili o mojego brata. Ten nie dawał później znaków życia i nie wrócił do domu. Zostałem z mamą, a ojciec pojechał do Glasgow na identyfikację ciał. Tam znalazł mojego brata – wspominał Kevin.

W pogrzebach zmarłych 66 osób uczestniczyli piłkarze i władze obu klubów. W lokalnych gazetach pojawiły się zdjęcia zmarłych nastolatków z Markinch. Opłakiwała ich cała Szkocja. Stali się oni symbolem tej tragedii. Opinia publiczna oczekiwała wyjaśnień, jak mogło do tego dojść. Nie było to jednak takie proste. Pierwsza teza mówiła o tym, że część fanów, która opuszczała już trybuny, słysząc o golu miała zacząć się cofać. Tymczasem z drugiej strony napierała na nich rzesza kibiców wychodzących ze stadionu. W czasie śledztwa odrzucono jednak taką możliwość. Jeden ze świadków mówił, że tragedię wywołał upadek nastolatka, który siedział na plecach swojego kolegi i upadł na tłum przed sobą. Inni mówili, że dwóch chłopców potknęło się, schodząc ze schodów. Ostatecznie w końcowym raporcie stwierdzono, że przyczyną było stracenie równowagi przed jedną lub więcej osób.

W wyjaśnienie tej sprawy zaangażował się brytyjski rząd. Powstał raport Wheatleya, który obwinił za całe zdarzenie przede wszystkim Rangers. Szkocki klub ignorował bowiem wcześniejsze zalecenia odnośnie renowacji i lepszego zabezpieczenia stadionu. Bez winy nie były też futbolowe władze, które nie wprowadziły do lat 70. skutecznych i przejrzystych przepisów dotyczących bezpieczeństwa na imprezach masowych. Na zmiany trzeba było jednak poczekać, bo przebudowa stadionu rozpoczęła się sześć lat później.

Nikt nie wciągnął wniosków

Co gorsza, piłkarski świat patrzył na całe zdarzenie, ale nie wyciągnął z niego wniosków. Dochodziło bowiem do kolejnych tragedii takich jak Hillsborough (1989) i Heysel (1985). Trzeba było kolejnych ofiar, by stadiony piłkarskie zmieniły się raz na zawsze.

W Glasgow do dziś pamięta się o zdarzeniu z 1971 roku. Rodziny zmarłych kibiców żyją po dziś dzień i nadal pamiętają o swoich bliskich. Kilka dni temu minęło dokładnie 50 lat od tamtych zdarzeń. Tego samego dnia, 2 stycznia, znów doszło do derbowego pojedynku na Ibrox Park. Tym razem, z powodu pandemii koronawirusa, nie było tam kibiców. Na obiekcie panowała wymowna cisza, a przedstawiciele obu klubów zapalili symboliczne znicze. Po koszmarnych schodach numer 13 nie ma już śladu. Krewna jednego ze zmarłych kibiców powiedziała jednak, że mimo upływu lat śnią się jej po nocach.

Ze Szkocji dla goal.pl Michał Wachowski

Komentarze